Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #3
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: satan
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Tak czy inaczej w zaledwie kwadrans obóz New’harr stracił szóstą część swoich rydwanów.
Trzecia Fala zajęła pozycję na jego czele, rozciągnęła się szeroko, by uzupełnić lukę po Pierwszej. Der’eko zgrzytnął zębami w bezsilnej złości, obserwując pobojowisko, do którego się zbliżali. Pamiętał – choć nie powinien tego wspominać – jakie to uczucie, siedzieć w siodle, czuć pod sobą żywego konia, jego ciało,’ pracę mięśni, każde uderzenie kopyta o ziemię, każdy oddech. Czuć, jak wali mu serce i jak twoje własne dostosowuje się do tego rytmu, aż stajecie się jednością. Być może to ostatnie wspomnienie stanowiło tylko część snów, które go czasem nawiedzały, lecz były to sny wyjątkowo wyraźne i niosące jeden przekaz, krwawo teraz potwierdzony. Koła są gorsze od kopyt, a gdyby Wozacy zamiast trzech tysięcy rydwanów mieli sześć tysięcy jazdy, to starcie wyglądałoby inaczej.
Gwizdki przekazały rozkazy wzdłuż linii rydwanów.
„Równaj!”. „Czekać!”.
Koczownicy wycofywali się w kierunku własnego obozowiska, gdzie widać było kolejne oddziały szykujące się do walki. Jechali spokojnie, powoli, z arogancją tych, którzy opuszczają pole zwycięskiego starcia. Gorzki policzek dla dumy Verdanno.
Za jego rydwanem zatrzymał się kolejny pojazd, Lamerei skinął dłonią.
„Przeskakuj”.
Der’eko oddał lejce swojemu łucznikowi i zeskoczył na ziemię. Gdy tylko zamienili się z łucznikiem dowódcy, Awe’aweroh Mantoru zwolnił nieco, aż znaleźli się kilkadziesiąt kroków za Trzecią.
– Jakie straty?
Lamerei używał anaho, cedząc słowa półgębkiem. Oczywisty wybór, pozostałe języki dały się czytać oczami, a jasne było, że teraz wszystkie oczy wlepione są w ich rydwan.
– Trochę rannych. Wszystkie wozy przyprowadziłem z powrotem.
– Szczęście Pani Stepów było z tobą. Z Pierwszej wróciło trzydzieści załóg.
Trzydzieści! Było gorzej, niż się spodziewał.
– Okaleczają konie – głos starszego mężczyzny obniżył się jeszcze. – Strzelają w nogi, oczy, chrapy, czasem rzucają oszczepy w koła. Atakują ze wszystkich stron naraz, wybierają po kilka załóg, rozbijają szyk. Młyn rozwalili w mniej niż kwadrans.
– W poprzedniej wojnie...
– W poprzedniej wojnie nie było takich wielkich obozów, a my nie mieliśmy skrzydeł ani tak dobrze chronionych zaprzęgów. Ale wtedy oni starali się raczej zdobywać konie, niż je zabijać. Potrzebowali zwierząt i niewolników.
Tak. To się zmieniło. To oraz fakt, że jak na razie nie próbowali uderzać na karawanę. Der’eko obejrzał się, było coś uspokajającego w niewzruszonej pewności, z jaką ściana pancernych wozów sunęła przed siebie.
– Nie patrz tak na nie. – Awe’aweroh zdawał się czytać jego myśli. – Na razie przejechaliśmy ledwo milę, a siła wędrującego obozu jest złudna. Bez rydwanów oni rozbiją karawanę po kilku godzinach, ciężkie wozy są sto razy więcej warte, gdy tworzą zwartą ścianę, niż gdy wędrują. Dlatego zaczęli od oskrobania obozu z Fal. Jak nie będzie rydwanów, tysiąc konnych zmusi nas do zatrzymania się. Widzisz? Już idą następni.
Der’eko spojrzał we wskazanym kierunku. Od strony obozu koczowników zbliżała się kolejna szara horda. Nie, nie horda, poprawił się w myślach. Armia. Jadą zbyt równo, za spokojnie, bez problemu dzielą się na Skrzydła i a’keery, a wszystko w ruchu, kłusem. To jest cholerna armia konna, wyrosła na tysiącu potyczek i setkach bitew. Zlekceważyliśmy ich w poprzednim starciu, sądząc, że skoro mamy lepsze pancerze i większe konie, to po prostu po nich przejedziemy. Rozbiliśmy ich u podnóża gór, więc wydawało się nam, że już zawsze będą uciekać, gdy zobaczą nasze rydwany. Jak wiele innych ludów przed nami, pozwoliliśmy sobie na chwilę pogardy, widząc gromadę kurdupli w skórzanych pancerzach, wojłokowych kaftanach albo baranicach, dosiadających małych koników i władających małymi, śmiesznymi łukami. Nawet Imperium potrzebowało kilku lat i musiało wykorzystać wszystkie siły, by ich powstrzymać.
To były gorzkie myśli, zabarwione odrobiną ponurego rozbawienia, którego źródło tkwiło w świadomości, że Se-kohlandczycy kłaniali się Gallegowi, Panu Burz, a ludy, dla których ważniejsza była Pani Stepów, musiały zginać przed nimi kark. Władczyni Koni została upokorzona przez konną armię.
– Powinniśmy siedzieć w siodłach.
Wyrwało mu się to bezwiednie, jako zwieńczenie myśli tłukących się od dłuższego czasu po głowie. I zaraz rzucił okiem na dowódcę, spodziewając się potępiającego wzroku i oburzonej miny. Ale Lamerei nie odrywał spojrzenia od zajmujących pozycję koczowników.
– Są jakieś dwie mile od nas, ale nie dadzą nam spokoju... O, widzisz, ruszyli. Macie zakaz atakowania, choćby wjeżdżali wam między konie. Możecie strzelać, ale nie oddalajcie się dalej niż sto jardów od wozów. Na wszystkich są dodatkowi kusznicy, będą nas wspierać.
Taka taktyka nazywała się Atłasowa Koszula. Rydwany trzymały się karawany blisko, jak koszula ciała, i ostrzeliwały wroga wraz z załogami wozów bojowych. Traciły jednak w ten sposób swój główny atut, ruchliwość i szybkość. A przecież cały czas wbijano im do głowy, że wolny rydwan to martwy rydwan.
– Wiatr ustał. – Starszy mężczyzna mamrotał, nie patrząc na Dereka. – Nie pozwolę wam znikać w tumanach kurzu, bo już z nich nie wyjedziecie. Modlę się do Szarowłosej, by te chmury, które mamy nad głowami, pokropiły choć odrobinę, tyle, by pył przykleił się do ziemi, ale na razie nie raczyła mnie wysłuchać. Więc macie się trzymać blisko, nawet jeśli będziemy ponosić większe straty.
Zamilkł na chwilę, ruszając szczęką, jakby żuł kawał surowego mięsa.
– Jeżdżę rydwanem, odkąd skończyłem sześć lat i wyrosłem na tyle, by zobaczyć coś nad krawędzią kosza. Nigdy nie złamię Przysięgi. Ale dwadzieścia lat w Imperium, między jeźdźcami różnych ludów... gdyby Pani Stepów dała mi jakiś znak... wsadziłbym was wszystkich na konie... Gdyby dała znak. No... biegnij już. Trzecia czeka.
* * *
Kyh Danu Kredo zatrzymał spienionego konia przed namiotem Yawenyra. Kopuła z żółtego jedwabiu wyrastała kilka łokci ponad inne, będąc i tak – mimo swych rozmiarów – ledwo namiastką prawdziwego Złotego Namiotu. Ten prawdziwy stał w Koh Dalen, pośrodku Wielkich Stepów, w centrum królestwa Wolnych Plemion, miał trzysta jardów średnicy i składał się z wielu połączonych ze sobą namiotów, obleczonych milami najdroższych tkanin w kolorach od bladej żółci lipowego miodu, do ciemnego, agresywnego oranżu noszonego na głowie przez żmije stepowe. Konstrukcja tutaj wyglądała przy nim jak namiot niewolników.
Mimo to serce se-kohlandzkich plemion biło obecnie właśnie w tym miejscu.
Zeskoczył z siodła, zatrzymując się przed rozciągniętym na ziemi czerwonym sznurem.
– Kyh Danu Kredo prosi o posłuchanie u Ojca Wojny, Prawej Dłoni Gallega, Pana Burz.
Upokorzenie miało gorzki smak. On, jeden z pięciu najpotężniejszych ludzi Stepów, musi opowiadać się jak byle sługa i czekać, aż jeden z ponurych strażników wejdzie do środka i powiadomi Yawenyra o jego obecności. I wszystko to na oczach setek Jeźdźców Burzy, szykujących się wokół do bitwy. Żaden z nich nie spoglądał na niego otwarcie – zerkali szybko, kątem oka, ale i tak uśmiechali się lekko, jakby do własnych myśli, i ostentacyjnie przechodzili obok, rozmawiając półgłosem. Jeźdźcy wiedzieli, że łaska Ojca nie spowija już jego Syna, a że byli dumą Wolnych Plemion, pozwalali sobie na więcej niż inni.