Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #3
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: satan
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Patrz – zdawał się mówić, patrz, co z was zostanie.
* * *
Gyr’konwes, zwany Tyczką, zatrzymał kulejący zaprzęg i wyskoczył z kosza. Nie musiał podchodzić do zwierząt, by wiedzieć, że już po nich. Konnica, która przed chwilą rozbiła jego Strugę, oddalała się, widocznie nikomu nie chciało się zawrócić wierzchowca, by zająć się załogą ostatniego rydwanu.
Koczownicy zmienili strategię i osiągnęli to, czego Wozacy się obawiali – przewagę liczebną. Pierwsza Fala spodziewała się, że jedzie przepłoszyć z drogi karawany kilka a’keerów, nie więcej niż tysiąc konnych, bo reszta będzie nadal czekać na okazję do bezpośredniego ataku na wędrujący obóz, lecz wpadła w sprytną pułapkę. Syn Wojny zignorował karawanę i wykorzystał kurz podniesiony tysiącami kopyt, by rzucić do walki resztę swoich jeźdźców przeciw rydwanom, a Verdanno nagle znaleźli się w kręgu pięciu tysięcy Se-kohlandczyków. Dowodzący Falą Ken’sor Gewalor rozkazał utworzyć Młyn z Brązu, olbrzymie, potrójne koło, w którym rydwany pędzą jeden za drugim z rozwiniętymi jedwabnymi proporcami, a łopot jedwabnych flag i łoskot tyrkaczy w szprychach odstraszają konnicę i powstrzymują ją od bezpośredniego ataku. Taki szyk pozwoliłby im przetrwać do czasu nadejścia posiłków.
Nie przewidzieli tylko, że kurzawa okaże się tak gęsta, iż skutecznie zasłoni ich przed wzrokiem karawany, oraz tego, że koczownicy zmienią nie tylko strategię w bitwie, ale i taktykę ataków.
Sucze syny strzelali do koni. Ale nie, jak dotychczas, z daleka, mierząc w cały rydwan, tylko wstrzymywali się z wypuszczeniem strzał do ostatniej chwili, nie odpowiadając nawet na pociski Verdanno, po czym dopadali poszczególne Strugi i zasypywali je strzałami, mierząc nisko, w końskie nogi. Mały cel, ale jak dziesięciu łuczników pośle po kilka pocisków w nogi jednego konia, to biedne zwierzę musi zostać trafione. Wydawałoby się, że bok, nawet chroniony pikowanym pancerzem, będzie lepszym celem, ale koczownicy nauczyli się już, że jedna strzała w nodze zatrzyma konia skuteczniej niż nawet tuzin w boku.
Była to taktyka, która pozbawiała ich zdobyczy, bo większość tak poranionych zwierząt nie nadawała się do niczego, ale za to taktyka wyjątkowo skuteczna. Tym bardziej że przy każdym ataku koczownicy koncentrowali się tylko na kilku rydwanach. Czwarta Struga straciła w pierwszym starciu trzy załogi, w drugim cztery, w trzecim kolejne trzy, a w czwartym już pięć, bo trzy rydwany zderzyły się w pełnym pędzie, tworząc kłębowisko końskich i ludzkich ciał, połamanego i zakrwawionego drewna i metalu. Se-kohlandczycy łuskali Młyn z Brązu warstwa po warstwie, jakby zdejmowali łupiny z cebuli, wyskakiwali z tumanów kurzu w pozorowanych atakach, by nagle skręcić i zniknąć, nie oddając jednego strzału, a wtedy kolejny a’keer uderzał z innego miejsca i wyrywał z szyku następne rydwany. Tym razem szybkość i zwrotność dawały przewagę koczownikom, a na dodatek sucze syny zachowywali się tak, jakby własne straty nie miały dla nich znaczenia.
Ktokolwiek nimi dowodził, musiał być naprawdę zdesperowany.
Tyczka podszedł do koni, ten z prawej strony zaprzęgu miał dwie strzały w przedniej nodze i trzy w tylnej. Groty koczowniczych strzał były szerokie, liściaste, zakończone zadziorami, a wystrzelone z bliska zadawały równie szerokie i paskudne obrażenia, jak noże z zębatymi ostrzami. Z jednej z ran wystawały kawałki kości. Koń patrzył na niego, nie odwracając łba, dysząc ciężko i drżąc. Wiedział.
– Tak, Koral. – Tyczka podszedł do zwierzęcia, przecinając po drodze uprząż, i delikatnie pogładził go po miękkich chrapach. – Ty i ja dziś jeszcze staniemy przed obliczem Klaczy o Białej Sierści. Powiedz jej, że Gyr’konwes, Drugi z rodu Damehortów, nazywany przez wszystkich Tyczką, idzie twoim śladem, by ucałować jej Kopyto.
Dźgnął nożem pod pikowany pancerz, tuż za przednią nogą, a koń stęknął, parsknął żałośnie i upadł. Drugie zwierzę, ranione tylko w jedną z przednich nóg, miało jeszcze szansę. Jeżeli można tak nazwać niewolę u koczowników. Ale jego los był w rękach Pani Stepów, Verdanno skracali męki tylko tym koniom, których nie dało się uratować.
Raz-dwa odciął go od rydwanu i pogonił klepnięciem w zad.
– Skończyłeś?
Ver’san nie ruszył się z miejsca, co było dość oczywiste, zważywszy, że strzała przebiła mu udo i przyszpiliła do burty. Gdy oba konie odcięto, kosz przechylił się mocno do przodu i łucznik miał kłopot z utrzymaniem równowagi. Rana tętniła jaskrawą czerwienią, mimo opaski założonej powyżej.
– Tak. Oba są wolne.
– Dobrze. – Twarz Ver’sana była blada, wargi zacisnął w wąską kreskę. Potem się uśmiechnął. – Pamiętasz Eso’nę?
– Widziałem ją dziś rano, głupcze.
Gyr’konwes szybko sprawdził kosz. Został im jeden dziryt, kilka strzał w kołczanie, miecz i toporek. No i kavayo, oczywiście. Wystarczy.
Gdzieś w tumanie kurzu mignęli konni.
– Byłem z nią... wczoraj. Prezent dla dzielnego łucznika. Może... może nie cały umrę.
– No tak, to, że za dziewięć miesięcy na świat przyjdzie jakieś strasznie brzydkie dziecko, ma mnie pocieszyć?
Tyczka szybko podniósł łuk i wbił przed sobą kilka strzał w ziemię. Obejrzał się, przewrócony kosz powinien częściowo osłonić mu plecy. Jego towarzysz półklęczał, trzymając oburącz drzewce wystające mu z uda. Szarpnął nagle, wyrywając grot z burty i krzycząc chrapliwie. Usiadł od razu na ziemi, opierając się o koło rydwanu.
– Zazdroś... cisz...
– Nie. Ale chyba masz rację, wizja niewinnego dziecka z twoją gębą sprawia, że człowiek woli umrzeć tu i teraz.
– He... he... hhhh...
Gyr’konwes obejrzał się, łucznik siedział na ziemi, plama szkarłatu rozlewała się wokół niego jak jedwabna peleryna w kolorze cesarskiej purpury.
„Żegnaj, przyjacielu”.
Rozejrzał się, kurz ograniczał widoczność do trzydziestu jardów. Może zdoła ze dwa razy wystrzelić.
Zobaczył, jak wiatr czesze trawę, a po chwili w jego polu widzenia znalazło się kilkudziesięciu jeźdźców.
Powinniśmy walczyć w siodłach, jak te sucze syny, pomyślał. Nałożyłaś na nas ciężkie brzemię, Pani Wszystkich Koni.
I napiął łuk.
* * *
Rogi zabrzmiały: krótko, długo, krótko, krótko, długo. „Pomocy!”.
To było wezwanie dla każdej Fali, Strumienia i Strugi, by bronić karawany. Cokolwiek robiłeś, jakiekolwiek zwycięstwo znajdowało się tuż przed twoim nosem, miałeś je porzucić i pędzić do obozu, bo obóz był w niebezpieczeństwie.
Albo w obozie dostrzeżono, że ty pakujesz się w kłopoty, z których nie wyniesiesz cało skóry.
Der’eko już po przejechaniu trzystu jardów widział, że prowadzi swoich ludzi do ataku na pięć tysięcy konnych. Pył i kurz wzbijane przez konie, jeśli były podarunkiem Pani Stepów, to podarunkiem dla obu stron: koczownicy nie mieli szans na skryte obejście karawany, lecz jednocześnie, gdy walka już rozgorzała, karawana stawała się ślepa na to, co działo się na polu bitwy.
Zawrócili. Z bólem serca, bo mniej niż pół mili przed nimi szarobury koczowniczy potwór pożerał właśnie resztki Pierwszej Fali, a oni nie pragnęli niczego więcej, niż utoczyć mu krwi. Kilka a’keerów wyrwało się w ich stronę, jakby prowokując do ataku, ale dalsza walka byłaby szaleństwem. Nawet gdyby Lamerei rzucił do bitwy wszystko, co miał, dzięki czemu być może wyrównałby szanse i rozbił te pięć Skrzydeł, to Fale poniosłyby zbyt wielkie straty, a przecież rolą rydwanów nie było zwycięstwo w polu, tylko osłona ciężkich wozów, zdobycie czasu dla karawany, by ta mogła zamienić się w niezdobyty obóz. Być może trzydzieści lat temu, gdy do bitew stawały hordy dzikich wojowników, dla których nie liczyło się nic prócz wojennej chwały, załogi nie posłuchałyby rozkazu i runęły na wroga. Ale teraz Verdanno nie szli po chwałę, tylko po własną ziemię i należną im zemstę, a mieli dość czasu, by zrozumieć, że zemstą należy cieszyć się jak dobrze schłodzonym piwem, spokojnie i bez emocji. Pomknęli więc w stronę pancernych wozów, ostrzeliwując się tylko zawzięcie, choć Se-kohlandczycy nie naciskali ich zbyt gorliwie. Najwyraźniej zadowolili się zniszczeniem jednej Fali lub też, co równie prawdopodobne, kończyły im się strzały.