Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
– Wszystko się zmieniło przez ten miesiąc. – Kopnął ze złością piasek. – Wszystko. Mówią, że Obrar przyprowadził dziesięć tysięcy zbrojnych, bo z mniejszą siłą nie dotarłby do miasta. I że i tak musiał stoczyć trzy bitwy, w których zabił dziesięć tysięcy zbuntowanych niewolników. I że ich główna armia maszeruje na Konoweryn. Sto tysięcy ludzi.
Wszedł w morze i przez chwilę maszerował, energicznie rozchlapując wodę.
– Af’gemid Trzcin trzyma się go jak cielę matki, przywódca Bawołów też. Tylko Słowiki stoją jeszcze przy Laweneresie… Nie, źle powiedziałem, nie przy… obok. Między nim a resztą. Zgodzili się na próbę w Oku, na walkę między dwoma książętami przed obliczem Pana Ognia. Bardziej pilnują, żeby nie uciekł, niż… jego. Ich też przeraziło to, co dzieje się za murami. Mniejsze ahyry padły, większe miasta zamknęły bramy i wysyłają błagania o pomoc, plantacje płoną, kopalnie i warsztaty obracają się w ruinę. Właściciele dają gardła, a niewolni ze wszystkich klas odpłacają im za lata krzywd.
Tym razem jawnie wzruszyła ramionami.
– Nie trzeba było kupować tylu niewolników z Północy. Ktoś mógłby powiedzieć, że owoce gniewu wyrosły z ziarna krzywd.
– Jakiś kiepski poeta z pewnością. – Samiy zerknął na nią szczeliną opuchniętego oka i niespodziewanie uśmiechnął się szeroko. – Za to ktoś rozsądny powiedziałby, że gdybyśmy nie kupili tych ludzi, to łupiący Imperium konni barbarzyńcy wyrżnęliby ich na miejscu. Każda rzecz ma więcej niż jedną stronę.
– Mruknął wąż, zaczynając zjadać mysz od ogona – parsknęła. – Ktoś inny powiedziałby, że gdyby Konoweryn i inne księstwa nie nawoływały o niewolników do pracy, koczownicy nie najechaliby Meekhanu i nie braliby ludzi w niewolę. Kto wie, może nawet woleliby handlować z Imperium.
– Może… Nie wiem. – Tym razem to Samiy wzruszył ramionami. W jego uśmiechu pojawił się smutek. – Teraz jednak Świątynia zgodziła się, by Obrar udowodnił czystość swojej krwi. To stało się wczoraj, na oczach wszystkich, którzy zmieścili się na placu wokół Oka. Książę Kambehii wszedł do środka, pokłonił się na cztery strony świata i wyszedł. A potem głośno rzucił wyzwanie Laweneresowi. Jutro… jutro stoczą walkę w Oku, na śmierć i życie. A miasto będzie na to patrzeć i padnie na kolana przed zwycięzcą.
Zdumiało ją, że słowa Samiyego tak mało nią wstrząsnęły. Zapach ciężkich perfum wypełniający jej pamięć sprawiał, że były to już obce sprawy obcych ludzi.
– Sądziłam, że Konoweryn kocha swojego księcia – mruknęła możliwie obojętnym tonem. – Pamiętam, jak go witano.
– Kocha. I nikomu nie uśmiecha się całowanie kambehijskich sandałów. Żołdacy Obrara już rządzą się tu jak w podbitym kraju. Ale to miasto Oka, miasto Agara. I jeśli Pan Ognia uznał Płomiennego za swoje dziecko… nikt nie przeciwstawi się jego woli. Nie w chwili, gdy resztę księstwa trawi pożar, a karki obciążone obrożami hardzieją nawet wewnątrz murów. Gdyby Agar jednym znakiem wskazał, że dzieje się niesprawiedliwość, Obrar i jego armia nie wyszliby stąd żywi. Poza tym – kornak splunął na piasek, tym razem już bez krwi – kto stanie na czele obrony? Świątynia jawnie popiera „wybawcę”, Trzciny i Bawoły też, lojalność Słowików jest krucha. Pałac opustoszał, większość dworaków znikła, zaszyli się w swoich rezydencjach, szykując szaty na powitanie nowego pana. Suchi… – chłopiec odwrócił się w jej stronę i pokazał otwartą dłoń – … Suchi mówi, że przy upadającym władcy nigdy nie zostaje więcej ludzi, niż jest palców w jednej ręce.
Kopnął nadpływającą falę z taką złością, że ochlapał się po czubek głowy. Skręcił i zaczęli się wspinać na nadbrzeżną wydmę.
Deana pomyślała, jak dużo się zmieniło, odkąd opuściła miasto. Jutro ślepy mężczyzna i młody książę wejdą w krąg wypalony na kamiennej posadzce, by stoczyć pojedynek. Pojedynek? To słowo brzmiało w tej sytuacji śmiesznie, koślawo, nie na miejscu. W jej rodzimym k’issari słowa „pojedynek” i „prawość” miały wspólny rdzeń, aachi, zakładający, że pojedynek to uczciwe starcie równych sobie przeciwników. A tutaj dokona się morderstwo, w imię pradawnych zwyczajów i spokoju nowej dynastii. Nie istnieje inna droga, krew przelana w Oku namaści nowego władcę Białego Konoweryn, jakby był zwykłym watażką pustynnej bandy walczącym na noże o przywództwo.
Tylko że te myśli nadal nie potrafiły poruszyć jej serca. Sprawy Południa pozostaną sprawami Południa. Ją czeka droga do domu i los, jaki sama sobie wykuje pod sprawiedliwym spojrzeniem Matki.
Wspięli się na wydmę i dłonie Deany mimowolnie dotknęły rękojeści szabel. Trzydzieści kroków od nich grupka mężczyzn i kobiet rozłożyła się niewielkim obozem. Wojowniczka rozpoznała kilku z tych, którzy ścigali Samiyego.
– Jeśli przyprowadziłeś mnie tu, żebym ich pozabijała, to od razu mówię, że nie znam się tak dobrze na sztuce, żeby ocenić, ile są warci.
Chłopiec uśmiechnął się i usiadł na piasku. Klapnęła obok niego, demonstracyjnie przesuwając pochwy z talherami na brzuch. Te kilka wyraźnie wrogich spojrzeń, którymi ich obrzucono, przypaliło piasek.
– Patrz. – Chłopak skrzyżował nogi i podparł brodę na zaciśniętych w pięści dłoniach. – Oto proroctwo najbliższych dni.
Najwyraźniej trafili na początek próby. Mężczyzna w bieli – gdyby ktoś miał jakieś wątpliwości, z oczami przewiązanymi czarną opaską – leżał na czymś w rodzaju sofy, otoczony półnagimi kobietami. Unosił do ust puchar i jednocześnie podszczypywał kochanki. Za jego plecami kilku obszarpańców z niewolniczymi obrożami biegało tam i z powrotem, trzymając zakrwawione noże w rękach. Co jakiś czas jeden czy dwóch przechadzało się przed twarzą ślepca, demonstracyjnie potrząsając bronią i trzymanymi za pęki włókien tykwami, na których wymalowano wykrzywione w przerażeniu twarze. Gorszego przedstawienia obciętych głów nie mogła sobie wyobrazić.
– Obenusiy nigdy nie słynął z subtelności. – Samiy włożył do ust źdźbło nadmorskiej trawy i zaczął żuć. – Ale nawet jak na nich to…
Machnął ręką.
Przy wtórze dzikiej muzyki przed oczyma Deany przewinęła się cała masa postaci. Szlachetni wojownicy w żółci, zieleni i brązie walczyli ze zbuntowanymi niewolnikami, zawsze jeden wojownik przeciwko grupce napastników. Pokurczony, ubrany w czerń karzeł, plączący się tu i tam, co chwila dolewał ślepcowi wina, kilka dziewcząt z twarzami zasłoniętymi przejrzystymi woalami szlochało bezgłośnie w kącie. Wreszcie pojawił się wyższy od wszystkich o głowę olbrzym w szarej szacie, który wielkim mieczem kosił dziesiątki szubrawców z obrożami na szyjach. Kobiety i dzieci rzucały mu jedwabie pod stopy, a on śmiało wkroczył w rozłożony na ziemi szkarłatny krąg, by przy wtórze ogłuszającej muzyki zrzucić szarości i ukazać się w złocie i czerwieni. Ślepca brutalnie zrzucono z sofy i zawleczono przed oblicze nowego władcy do Oka, gdzie nieudolnie skrzyżował z nim szablę i padł.
Proroctwo przyszłych wydarzeń.
Wszystko zostało już zaplanowane… Nie wiedziała, do kogo należał ten głos, brzmiący w jej głowie. Wszystko zostało już zaplanowane. Jutro odbędzie się egzekucja. A potem nowe Dziecię Ognia stanie na czele połączonej armii Kambehii i Konoweryn i ruszy stłumić bunt. A po nim dwa najpotężniejsze księstwa Południa mające za sobą Świątynię Ognia przypomną wszystkim, że dawna nazwa królestwa Daeltr’ed powinna znów być używana. A wszystko, w imię Agara Czerwonego. Każda rzecz, której próbował zapobiec Laweneres, spełni się, tylko że dziesięć razy gorzej, niż obawiał się młody książę.
A minęło tylko trzydzieści kilka dni, odkąd opuściła pałac.