Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza

Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:

Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
1 ... 118 119 120 121 122 123 124 125 126 ... 151
Перейти на страницу:

Z zamyślenia wyrwał ją tupot stóp po mokrym piasku. Krzyki i śmiech.

Taki, który luzuje broń w pochwie.

Nadbiegali od strony miasta, najpierw jeden, mały i chudy, potem kilku większych, z kijami i sznurami w dłoniach. Najbliższy z nich zamachnął się i sieknął kawałkiem liny przez plecy uciekającego. Chłopak nie krzyknął, nie zapłakał, pochylił tylko głowę i przyspieszył.

To nie była jej sprawa. To miasto i wszystko, co z siebie wypluło, zostawiła już za sobą.

Ale potem zobaczyła twarz uciekającego, spoconą, zmęczoną, przeciętą brzydką, podpuchniętą pręgą po pocałunku liny, i zrozumiała, że nie wszystko może zostawić z tyłu.

Samiy.

Jej laagvara.

Wstała i ruszyła im naprzeciw.

Większość ścigających zatrzymała się, gdy tylko ją ujrzeli, lecz jeden szczególnie zawzięty nie odpuścił. Jakby widok wojowniczki Issaram był dla niego codziennością.

Może powinna wyciągnąć szable?

Samiy minął ją, pędząc i rozpryskując bosymi stopami krople wody. Napastnik wziął zamach ciężkim kijem, jak gdyby zamierzał nim cisnąć, i jednocześnie spróbował minąć ją z lewej strony. Złapała go za ramię, zakręciła w pędzie, szarpnęła w przeciwną stronę, wytrącając z równowagi. Gruchnął na piasek, ale nie przestała się obracać, używając wygiętego już pod dziwnym kątem ramienia jak dźwigni. Spojrzała mu w oczy, wypełnione złością i pogardą i zgasiła tę złość i pogardę, przekręcając ramię, aż trzasnęło w łokciu.

Mężczyzna wrzasnął, kij wypadł z tracących czucie palców. Jednym płynnym ruchem wyjęła talher z pochwy i trzasnęła go głowicą w skroń.

Wyprostowała się, wiedząc, jak wygląda to, co widzi reszta napastników. Zamaskowana zabójczyni z szablą w dłoni, leżący u jej stóp mężczyzna, którego powaliła w mniej niż dwa uderzenia serca, broń w jej ręku.

Grupka mężczyzn, jeszcze przed chwilą gotowa do samosądu, zaszemrała niepewnie, zbiła się ciaśniej. Deana wskazała na leżącego.

– Zabierzcie go. I sobie idźcie.

Nie potrzebowała wielu słów, zresztą nie miała zbytniej ochoty na gadanie. Patrzyli na nią niepewnie, nie wiedząc, jakie mają szczęście. Gdyby od przeszło miesiąca nie medytowała nad brzegiem, gdyby nie wylała z siebie gniewu i złości, siekąc morze szablami, gdyby nie osiągnęła wewnętrznego spokoju, och, na Miłość Matki, gdyby spotkali ją w dniu, gdy uciekła z miasta, plaże ozdabiałoby teraz pół tuzina trupów, a fale zlizywałyby krew z piasku. A tak, poprzestała na krótkiej demonstracji siły, która podziałała na nich jak ceber lodowatej wody wylanej za kołnierz.

Odwróciła się. Teraz ważniejszy był Samiy.

Jej towarzysz walki.

Spojrzał na nią spode łba, pręga po uderzeniu w twarz podpuchła już porządnie, tak że na lewe oko chyba nic nie widział. Splunął na piasek, w krwawej flegmie błysnął ząb.

– Po co się wtrącałaś?

Zaskoczył ją. Gniew i złość w jego głosie były równie wielkie jak te, które przed chwilą zgasiła uderzeniem szabli.

– Powinnam cię zostawić? – Nawet jeśli suanari nie był jej rodzimym językiem, chłopak powinien wyczuć ironię. – Jak rozumiem, prawie ich miałeś. Jeszcze chwila, a leżeliby na ziemi, błagając o zmiłowanie?

Splunął jeszcze raz, kolejna plama czerwieni przełamała doskonałą monotonię piasku.

– Jego zostawiłaś. I teraz go zabiją.

Och… To było jak ostrze wgryzające się w ciało między łopatkami. Dwa krótkie, rwane zdania, a poczuła się, jakby szkarłatna plwocina trafiła ją w twarz. Jak… jak mógł…

– Powiedziałaś… tam na pustyni… powiedziałaś, że jesteśmy towarzyszami walki… powiedziałaś: będę chronić wasze plecy… cokolwiek się stanie…

Płakał. Uderzyłaby go za poprzednie słowa, za niespodziewany cios w plecy, zdradzieckie, niesprawiedliwe oskarżenie, ale teraz stał przed nią, taki drobny i chudy, wstrząsany bezgłośnym szlochem. Z dłońmi zaciśniętymi w pięści, z twarzą przeciętą rosnącą w oczach opuchlizną. Spod przymkniętych powiek ciekły mu łzy.

– Zostawiłaś go…

Niespodziewanie odezwał się w k’issari i nie wiedzieć czemu zabrzmiało to dużo gorzej niż w miejscowym języku. Jakby słowa wypowiedziane w jej ojczystej mowie, w mowie, która niosła w sobie dary kendet’h, nabrały właściwego, sięgającego kości sensu.

Nazwałaś go towarzyszem walki i zostawiłaś.

Ale jakie to właściwie miało znaczenie, wobec wspomnienia wypełnionej różem i zapachem kobiecych perfum sypialni, w której go znalazła.

Laagvara to łańcuch, który ma dwie obroże – odpowiedziała w tym samym języku. – Nie możesz mi nakładać jednej, jemu zdejmując drugą.

Zerknęła za siebie. Pięciu mężczyzn, niosących szóstego, było już sto kroków od nich. Znalazła pretekst do zmiany tematu.

– Zalazłeś im za skórę, tratując Mamą Bo stragan?

Kornak nie odpowiedział od razu. Dała mu chwilę, demonstracyjnie odwrócona, by ochłonął. Jesteśmy tym, kim jesteśmy i sami niesiemy ciężar naszych decyzji i win, aż do bramy Domu Snu. Mogła zrozumieć rozpacz dziecka, któremu wali się świat, ale róż i zapach perfum nadal wypełniały jej wspomnienia.

– To… – Smarknął głośno, odkaszlnął i splunął jeszcze raz. – To aktorzy obenusiy. Ćwiczyli nowe przedstawienie na plaży poza miastem. Nie spodobała im się moja ocena.

Spojrzała na niego. Wciąż się trząsł, lecz już nie płakał. Mierzył ją uważnie jednym zdrowym i jednym zapuchniętym okiem.

– Nie wiedziałem, że tu jesteś. – Rozluźnił zaciśnięte dłonie. – Suchi mówił, że ukrywasz się w karawanseraju.

Poczuła lekkie ukłucie zadowolenia. Więc jej prosty podstęp się powiódł.

– Nie próbował mnie stamtąd wyciągnąć?

– Nikt nie wejdzie do issarskich domostw, chyba że najpierw wybije ich mieszkańców. A gdyby Issarowie w odwecie zamknęli naszym karawanom drogi przez pustynię… – Wzruszył chudymi ramionami, a ona mimo wszystko się uśmiechnęła. No tak, handel ponad wszystko. – A książę…

– Nie mów o nim – przerwała mu szybko, słowami i gestem. – Nic nie mów.

Zacisnął wargi w wąską kreskę, założył ręce na piersi. Gdyby nie był taki mały i chudy, wyglądałoby to niemal zabawnie, postawa wyzwania wobec wojowniczki Issaram.

– Jak chcesz. Opowiem ci więc – skrzywił się gorzko – o innym księciu. Obrar Płomienny jest w mieście. Razem z dziesięcioma tysiącami zbrojnych.

Miała ochotę wzruszyć ramionami. Sprawy Południa już jej nie obchodziły. Mimo to, bardziej przez szacunek dla swojego laagvara niż przez szczerą ciekawość, zapytała:

– Wpuścili go za mury? Z armią? A Słowiki nie zaprotestowały?

– Nie, nie… Świątynia Ognia go zaprosiła, a Bawoły i Trzciny poparły. Słowiki nie ośmielili się walczyć.

Ruszył z powrotem w stronę miasta. Chcąc nie chcąc, podążyła za nim. Przez chwilę szli obok siebie, milcząc.

– Ktoś mi powiedział – zaczęła, by przerwać ciszę – że Świątynia nie chce Obrara na tronie książęcym, bo mógłby podmienić wszystkich kapłanów na swoich ludzi, a Rody Wojny nie przyjmą go, by nie założył im prawdziwych niewolniczych obroży. Miejscowi kupcy też…

Samiy przerwał jej gestem.

1 ... 118 119 120 121 122 123 124 125 126 ... 151
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)