Lord z planety Ziemia
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:
Redrak z trudem stłumił śmiech.
– Kapitanie, przecież to nie bijatyka na miecze płaszczyznowe. Jaka może być pozycja strategiczna w pięciowymiarowej przestrzeni? Gdyby na planecie była baza wojskowa z flotą i statkami hiperprzechwytywania… A tak…
Zamilkłem. Właściciel kasyna dla wysoko postawionych osób znał się na sztuce wojennej nie gorzej niż ja. Kasyno dla wysoko postawionych… kasyno… Serce zabiło mi szybciej.
– Redrak – przeszedłem na szept – kto bawi się w tym twoim chlewie… teraz?
– Nie mogę podać nazwisk – powiedział z urazą Redrak.
– Podaj stanowiska, pilocie! I spróbuj wreszcie ruszyć głową!
– Wiceprezydent She… z pewnej planety. Dowódca sztabu…
federacji planet. Główny koordynator związku galaktycznego przemysłowców. – Redrak mówił coraz wolniej. Chyba zrozumiał. – Pułkownik Ma… jednej z brygad projektu „Siewcy”.
– Aż tak? – zapytałem stropiony.
– Ziemianie to też ludzie… i lubią hazard – wymamrotał Redrak.
– Teraz już rozumiesz?
– Ale… położenie kasyna na Ar-Na-Tinie to tajemnica! Nikt z gości nie wychodził z tego budynku!
– Zdradę wykluczasz?
Redrak milczał.
– A wiedzę absolutną?
– Co to takiego?
– Obojętni, Redrak. Bajka twojego dzieciństwa. Taka sama, jak bajka o Siewcach.
– To niemożliwe, kapitanie – wyszeptał Redrak. – Nawet gdyby Fangowie się dowiedzieli… Żeby zablokować hipertunel, trzeba mieć ze dwadzieścia statków przechwytujących. Słabo zorientowany wektor…
– Redrak, o teorii hiperprzestrzeni wiem niewiele więcej niż o balecie. Ale zapewniam cię, Fangowie mają te dwadzieścia statków! Jeśli wezmą do niewoli albo zabiją przywódców najbardziej rozwiniętych planet galaktyki, będzie po nas. Ta wojna potrwa pół godziny, nie będzie czasu na przygotowanie zastępstw!
Redrak patrzył na mnie w milczeniu. Niewiele się zmienił, tylko twarz zeszczuplała, stała się bardziej smutna.
– Co proponujesz?
– Odeślij swoich klientów do domu. Uprzedź ich o zagrożeniu atakiem Fangów. Niech każdy z nich wyśle kilka statków dla ochrony Ar-Na-Tina.
Redrak gwałtownie cisnął pucharem w mglistą tarczę pola siłowego. Parasol energetyczny z piskiem niezadowolenia przepuścił przez siebie kawałek metalu i pół litra płynu.
– Nie, Siergiej.
– Co?
Stropiłem się. Może dlatego, że niegdyś Redrak, spętany hipnokodem, nigdy mi się nie sprzeciwiał. Nawet wtedy, gdy wydałem rozkaz… Redrak podporządkował się, przytłoczony nieprawdopodobnym faktem, że jestem Siewcą, władcą Świątyń, ożywionym bogiem.
– Siergiej, nie mogę wyrzucić swoich gości. To… to byłoby ze szkodą dla mojego interesu. Zaszkodziłoby mojej reputacji. A tym bardziej nie mogę zdradzić, gdzie znajduje się Złote Kasyno. Sam rozumiesz, czynnik psychologiczny…
Tak, rozumiałem. Lecz musiałem nalegać, ponieważ wiedziałem.
– Oszalałeś. Fangowie szykują atak na twoją planetę. Mam gdzieś, że mafia rządzi tym światem. Ale jeśli nie chce go chronić…
– Siergiej, nie mogę zniszczyć swojego interesu! Życie to gra. I to ja mam w ręku asy.
Pokręciłem głową.
– Nie, Redrak. To ja mam asy. Jeśli nie możesz gwizdnąć na swój biznes… Cóż, statki Tara pomogą ci zrozumieć sytuację.
Staliśmy naprzeciwko siebie. Przyjaciele i wrogowie, którzy widzieli śmierć z bliska. Jeden z nas był panem, drugi niewolnikiem.
Przez twarz Redraka przemknął smutek.
– Siergiej… Kapitanie, Siewco, przyjacielu, lordzie!
Poczułem dreszcz.
– Siergiej… Czy ty naprawdę nie rozumiesz? Nie masz władzy na statkami Tara! Ani nad planetami sprzymierzonymi! Twoja władza to tylko tradycja, teksty w starych książkach, stare bajki, wyprawy fanatyków! Światami rządzą pieniądze, ponieważ to one są siłą. Terry pozwolono wrócić na tron, ponieważ to przyciągnie turystów – jedyna królewska rodzina w galaktyce. Ale jeśli rozkażesz statkom zaatakować Ar-Na-Tin i mnie, dowódcy sztabów przypomną sobie, kto włada Tarem.
Milczałem. To ja byłem niewolnikiem. Panem był Redrak.
– Siergiej, nie chciałem ci tego mówić. Do moich planet należy również Tar. Dopóki księżniczka… imperatorowa Tara wysyła statki na poszukiwanie swojego męża, to jeszcze można znieść. Ale gdy rozkaże szturmować Ar-Na-Tin, prawda wyjdzie na jaw.
Milczałem.
– Siergiej… Ten świat należy do mnie. Rozkażę zmobilizować wszystkie siły, postawię armię w stan gotowości. Cała armia Ar-Na-Tina będzie ci posłuszna. Ale zrozum, nie ty rządzisz. Rządzi siła. Nie przerąbiesz jej mieczem, nawet atomowym. Broń Ar-Na-Tina, Ziemi, Tara. Walcz, bo umiesz i lubisz to robić. Tylko pamiętaj: rządzi siła, a nie imperator Tara!
Odwróciłem się i wyszedłem, zostawiając właściciela Ar-Na-Tina, byłego pirata i pilota Redraka.
– Siergiej, nie masz racji! Pomogę ci, tylko zrozum… Splunąłem i wszedłem w dziurę windy grawitacyjnej.
3. Niebieski pył
Terry, kocham cię – powiedziałem. Ekran pokrył się zakłóceniami, widocznie obok promienia łączności przeszedł statek – ziemski, tauryjski, a może statek Fangów, co za różnica…
– Siergiej, jesteś pewien, że na Ar-Na-Tinie wszystko jest w porządku?
Terry patrzyła z niepokojem i nieufnie. Zbyt dobrze się znaliśmy…
– Terry, wszystko jest w najlepszym porządku. Tą planetą rządzi Redrak, mój przyjaciel. Zabrałem z miejscowej Świątyni wszystkie statki…
…zaledwie trzy, Świątynia nie jest przystosowana do obrony planety.
– …krążownik i kutry patrolowe Tara, zmobilizowałem miejscowych wojaków. Wszystko będzie dobrze, Terry.
– Mogę wydać rozkaz sztabowi wojskowemu Tara. Oni są przeciwni, ale trzy lub cztery krążowniki…
– Nie trzeba, Terry. Wszystko jest w porządku. Proszę, nie denerwuj się. Będzie dobrze.
Skinęła głową, niepewnie, jakby wbrew sobie. Dziewczynka, którą kiedyś umiałem kochać, Terry Tar, imperatorowa.
– Terry, wszystko w porządku. Kończę. Mam mnóstwo spraw. Kocham cię.
Ekran zgasł.
– Kłamałeś, Siergiej? – zapytał z wysiłkiem Lans.
– Oczywiście. Przecież nie umiem kochać.
Wstałem z fotela i popatrzyłem Lansowi w oczy.
– To nic, ten świat opiera się nie tylko na przyjaźni i miłości. Rozumiesz? Jest jeszcze praca, są sprawy, które trzeba załatwić.
– Łatwiej je odebrać niż przyjaciół.
– Nie, Lans. Sens życia można odebrać tylko razem z życiem. Uwierz mi.
– Wierzę ci, kapitanie.
Zastanawiałem się tylko sekundę. Krzyknąłem:
– Kuter! Natychmiast! – zawołałem.
Szara mgła. Zimno. Bezcielesne cienie. I fotel kutra stworzonego poprzez statek Siewców na mój rozkaz.
– Naprzód – westchnąłem. – Dwa dźwiękowe, trzy… Czarna kula grawikompensatora skurczyła się. Opływowa sylwetka statku znikła. Pod kutrem płynął nagi step.
– Jeszcze szybciej – wyszeptałem. – Jeszcze…
Wzlot z planety? – zapytał statek.
– Nie. Maksymalna szybkość nad powierzchnią.
Od kogo uciekamy?
– Ode mnie.
W takim razie nie uciekniemy. Zaśmiałem się.
– Jesteś rozumny?
W ograniczonym stopniu. Jestem odbiciem twojego rozumu.
– W takim razie nie uciekniemy… Szybciej! Zielonoszary step, niekończąca się wstęga pod pędzącym kutrem. Żółte niebo w pęknięciach ołowianych chmur.
– Wiesz, w jakim gównie siedzę?
Wiem.
– Masz dla mnie jakąś radę?
Przerwa. Szarozielono, błękitnie… Na tej planecie woda nie jest rzadkością, w przeciwnym razie Ar-Na-Tin nie stałby się eksporterem żywności.