Lord z planety Ziemia
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:
W tym świecie szczęśliwi są tylko szaleńcy, powiedział pisarz ustami boga, który zstąpił na ziemię. Ciekawe, po co na nią zstąpił?
– Nie pamiętam – powiedziałem na głos. Lans popatrzył na mnie zdumiony.
Zapominamy o spełnionych marzeniach, ale żeby pragnąć, trzeba być słabym, żeby czuć, trzeba zamknąć oczy i uszy. Tylko w bajce karą za spełnione marzenia bywa utrata wspomnień. W życiu nagrodą za utratę pamięci są pragnienia. Powiedz, gdy przeczytałeś książkę, która staje się twoim przyjacielem, czy nie marzyłeś, by wszystko zapomnieć i przeczytać ją na nowo? Czy nie zdarzyło ci się, zapraszając przyjaciół na film, który już oglądałeś, zachwycać się ich zachwytem? Czy ceniłeś to, co przychodziło łatwo, czy to, co przychodziło z trudem?
Pragnienie najsilniejsze jest na pustyni.
Siła wypełniona jest słabością. Jej imię – obojętność.
Walka jest interesująca jedynie dla słabego.
Odłożyłem książkę. Nie rozumiem. Nie mogę zastanawiać się nad tym, czego nie chcę zrozumieć. A dziki smok bynajmniej nie sprzyjał procesom myślowym. Chociaż niewykluczone, że tylko rozluźnione przez alkohol komórki mózgu mogły zdecydować się na poznanie prawdy.
Wiedziałem: od tego, czy zdołam uwierzyć w to, czego już się domyślam, zależy moje – i pewnie nie tylko moje – życie.
Zasłona w drzwiach ostrzegawczo zaszeleściła, wpuszczając do pokoju osiłka w szarym ubraniu. Obrzucił nas szybkim, lekko mętnym spojrzeniem, zatrzymał wzrok na Djinim i niemrawo wyciągnął do niego rękę.
– Siemasz.
Młodzik był nieźle wstawiony. Djini ożywił się.
– Witaj, Rish. Skąd wracasz?
– Od Kulawego. Trochę nostalgiowaliśmy… – Chłopak opadł na najbliższe krzesło. Lans uśmiechnął się ironicznie. Coś było nie tak.
– Nudzicie się? – zapytał serdecznie Rish. – Może zagramy w karcięta?
Djini wyszedł bez słowa i wrócił z talią kart. Kolory były nieznajome, figur osiem – Szeregowiec, Sierżant, Pilot, Lord, Książę, Imperator, Siewca… Obróciłem w palcach polakierowane karty, położyłem je na stole.
Upojenie mijało. Już mogłem dostrzec niepewność w ruchach Lansa i zauważyć, że Djini stał się dziwnie milczący i przestał dolewać nam smoka.
– Zagramy? – powtórzył Rish. – Pokera znacie?
Lans pokręcił niepewnie głową.
– To proste. – Rish zaczął rozdawać karty. – Teraz to najmodniejsza gra.
Mówił w standardzie, ale nie dlatego, że uznał nas za przybyszów z innej planety, po prostu galaktyczny był tutaj modny, tak jak u nas francuski za czasów Puszkina.
– A więc tak… bierze się karty…
– Lans, pamiętasz, jak uczyłem ciebie i Redraka? – zapytałem. Lans skinął głową, nadal nie rozumiejąc, co się dzieje. Wziąłem ze stolika telefon i spytałem ostro:
– Jak się połączyć z Kulawym? Szybko!
– Sześćset trzy… – zaczął odruchowo Rish i zamilkł, przyglądając mi się badawczo. Powiedział z wyrzutem: – Kulawy sam decyduje, z kim będzie rozmawiał…
– No, no! Nasz ostrożny przyjaciel został potężnym mafiosem! – zakpiłem: – Nostalgiować to znaczy pić koktajl Nostalgia, prawda, Rish?
Rish skinął głową. Djini zakręcił się w fotelu i powiedział półgłosem:
– Rish, to imperator Tara Rish zarechotał, odchylając się na krześle. Pod rozchylonymi połami marynarki błysnęła rękojeść blastera.
– A ja… ja… jestem Wielki i Wieczny Pastuch… Aleś zasunął, Djini…
– Numer wideofonu – przypomniał Lans.
– Sześćset trzynaście, siedem, dziewięć – wypalił nagle Djini. Popatrzyłem na niego z zainteresowaniem. Rzeczywiście był dobrym handlowcem; właśnie dokonał ryzykownej inwestycji.
– Skąd wiesz? – zapytał groźnie Rish. Tylko patrzeć, a sięgnie po broń. Wybrałem numer. Na ekranie pojawiła się sympatyczna dziewczęca buzia.
– Kulawego do aparatu, kochanie – zażądałem nonszalancko.
Zapadło milczenie.
– Pamięć masz dobrą? – nadal nie zmieniałem tonu. Dziewczyna skinęła głową. – Przekaż Kulawemu: „Redrak, pokazałeś karty:
Ostatnie zdanie wymówiłem po rosyjsku. Dziewczyna znikła z ekranu.
– Jeśli to pijackie wygłupy… – zaczął Rish. Ale na ekranie wideofonu już pojawiła się zaspana twarz jego zwierzchnika.
– Cześć, Redrak – powiedziałem z ulgą. Aż do tej chwili wcale nie byłem pewien, czy mój domysł jest słuszny. – Daleko cię zaniosło, pilocie.
– Zawsze ciągnęło mnie na zacofane planety – powiedział Redrak. – Chyba pamiętasz, Siergiej.
Pamiętałem. I nie mogłem powstrzymać się od uwagi:
– Na których zawsze pakowałeś się w kłopoty…
Redrak skinął głową. Staliśmy na płaskim dachu jego domu – ogromnego, przysadzistego. Parter zajmowało kasyno, restauracja i chyba niewielki burdelik. Na pierwszym piętrze mieściły się apartamenty Redraka-Kulawego, stojącego na czele przestępczego świata Ar-Na-Tina.
– Jasne, pakowałem się… ale też nieźle zarabiałem. Pamiętasz, jak opowiadałeś o ziemskich gangsterach, mafii i biznesie gier? Powiedzmy szczerze, że sobie zakpiłeś…
Uśmiechnąłem się. Owszem, przesadzałem, przedstawiając ziemskich przestępców jako magów i czarnoksiężników…
– Początkowo nie brałem poważnie ziemskiego doświadczenia. Ale gdy się dowiedziałem – w głosie Redraka pojawiła się nutka szacunku – że Ziemia to planeta Siewców, zrozumiałem, że tak właśnie trzeba działać. Znalazłem tę planetę… szczerze mówiąc, specjalnie szukałem jak najbliżej Tara. Pomogłem im się wygrzebać z depresji gospodarczej, stałem się szanowanym obywatelem. I zacząłem tworzyć swoje Monte Carlo. Miejscowe prawa popierają gry hazardowe, nie opodatkowują wygranych.
– Twoja szopa niezbyt przypomina Monte Carlo – zauważyłem.
– Oczywiście. To tylko do użytku osobistego, dla miejscowych graczy, tylko kształcenie specjalistów. Ale trzydzieści dwa procent domów gry na Shedmonie, czterdzieści dwa na Shuuru… i jeszcze tu i tam… należy do mnie. A tu toczy się poważna gra. Na minus siódmym poziomie mieści się generator tunelowego hiperpola. Gracze przybywają tu bezpośrednio, bez żadnych statków.
– Ho, ho…
Redrak uśmiechnął się zadowolony i powtórzył:
– To wielka gra. W tej szopie trzykrotnie przegrywano całe planety… i to całkiem niezłe.
– Ile planet należy do ciebie?
– Tych, które wygrałem, czy tych, które kupiłem?
Zaśmiałem się.
– Redrak, coraz bardziej mnie zdumiewasz. A najdziwniejsze, że nie mogę się na ciebie gniewać… No to ile masz planet?
– Osiem – odpowiedział poważnie były pilot „Terry”.
– Włączając Ar-Na-Tin?
– Czy to jest planeta? Twoje zdrowie, imperatorze! Wypiliśmy jeszcze po łyku grzanego wina z dużych metalowych pucharów. Stanie pod szarym niebem, na przenikliwym wietrze i picie gorącego wina z przyprawami było na wpół zapomnianą rozrywką z czasów mojej młodości.
– Narkotykami też handlujesz?
– Tylko dla klientów kasyna… I nie takimi jak niebieski pył czy żużel.
Zastanowiłem się i powiedziałem, unosząc puchar:
– Twoje zdrowie, Redrak.
Zaczął kropić deszcz. Nad nami z ledwie słyszalnym szelestem rozwinęło się pole siłowe.
– Mając pieniądze, można żyć komfortowo na najbardziej zacofanej planecie. Ale nie na odwrót – zauważył Redrak.
– Na tej planecie już niedługo będzie bardzo gorąco – powiedziałem sucho.
Redrak zerknął spode łba.
– Jesteś tego pewien, Siergiej? Dla Fangów ta planeta nie ma żadnego znaczenia.
– Ma znaczenie strategiczne… – zacząłem.