Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Rybacy akceptowali ją tak, jak akceptowali wszystko, co przynosiło morze, a ona przecież przywędrowała plażą. Zasłaniała twarz? Morze nie musi się tłumaczyć ze swoich darów. A ona znalazła spokój, wewnętrzny rytm, i uczyła się cierpliwości. Po raz pierwszy od miesięcy nie miała wrażenia, że każdy ją obserwuje, ocenia, próbuje wykorzystać we własnych planach.
Kendet’h zaś, z całą swoją melodyczną recytacją oraz rytmem, jaki narzucał dniom i nocom, niósł ukojenie. Odkrywała go na nowo, każdą z sześciuset dwudziestu dwóch modlitw. Wyciszała się, uspokajała.
Teraz była po prostu awyssą, i od kilkunastu dni czekała na znak od Matki.
Echa wydarzeń w Białym Konoweryn docierały do niej przez tych, którzy dwa razy dziennie ładowali do łodzi beczki ze świeżymi rybami i płynęli do portu na targ.
Odbył się Taniec Oblubienic, gdy osiem wybranek Varaly obwożono po mieście na grzbietach słoni, oczywiście z twarzami ukrytymi pod welonami. Lud witał je radością i jedwabnymi szalami rzucanymi pod nogi zwierząt.
Książę przejechał wzdłuż murów na grzbiecie Mamy Bo i rzucał w tłum drobne złote monety.
Af’gemid Bawołów został obwołany zdrajcą, bo trzy razy nie stawił się na wezwanie Pałacu.
Plotki, rozpuszczane nie wiedzieć przez kogo, mówiły, że Laweneres nie spełnił jeszcze swojego obowiązku wobec żadnej ze Świętych Dziewic.
W całym mieście powoływano pod broń oddziały nuawachi, a dla słoni szyto nowe zbroje.
Dwie plantacje zostały spalone do cna przez niewolników.
Af’gemid Trzcin został wezwany do pałacu.
Liczący tysiąc jeźdźców oddział Słowików wyruszył, by stłumić bunt w zarodku.
Kapłani Ognia ogłosili, że Kamień Popiołu miał wizję płomienia, który wyjdzie z Oka, by przywrócić sprawiedliwość i ukarać grzeszników.
Książę wydał prawo, według którego każdy niewolnik, który ucieknie i przez rok, jeden miesiąc i jeden dzień nie zostanie schwytany, odzyska wolność.
Z tysiąca jeźdźców wysłanych na południe wróciło dwustu. Niewolnicy zastawili na nich pułapkę na wąskiej grobli przecinającej podmokłe pola, gdzie konie grzęzły aż po brzuchy. Siekiery, proce, proste łuki i prymitywne piki powaliły większość Słowików, a ich szable, włócznie i pancerze zasiliły armię buntowników.
Osiem kolejnych plantacji, kopalnie w Diwires, warsztaty tkackie i farbiarskie z tamtej okolicy puszczono z dymem. Armia niewolników rosła z dnia na dzień, liczyła już ponoć dziesięć, dwadzieścia, pięćdziesiąt tysięcy ludzi. Podobno dowodził nimi były porucznik meekhańskiej armii, Kahel–sawKirhu, demon o sercu z kamienia i duszy czarnej jak smoła. To on żywcem spalił trzydziestu szlachetnie urodzonych właścicieli plantacji, a zarządców kopalni zesłał do najniższych sztolni i kazał zawalić za nimi tunele.
Af’gemidzi Trzcin i Słowików zarządzili pełną mobilizację, we wszystkich ahyrach uzbrajano każdego, nawet młodsze Pisklęta i Gałązki oraz służbę.
Dwa oddziały Bawołów z Renete Górnego zostały pokonane w bitwie pod miastem. Niewolnicza armia zdobyła tysiąc mieczy, pancerzy, hełmów i tarcz.
Af’gemid Bawołów ogłosił, że Laweneres może nie być prawdziwym księciem, a jego prawo do tronu musi zostać potwierdzone przez całą hierarchię Świątyni Ognia, gdyż zwycięstwa zbuntowanych niewolników świadczą o gniewie Agara.
Demenaya znikła i nikt nie wie, gdzie jest.
Książę spędza każdy dzień na ucztach i pijaństwie, nie troszcząc się o los księstwa, a odezwy w jego imieniu wydaje książęcy truciciel wraz ze swoją kochanką Varalą.
Święte Dziewice wciąż pozostają dziewicami, bo Laweneres nie potrafi spełnić swojego obowiązku.
Obrar Płomienny, Wielki Książę Kambehii prowadzony przez święty gniew samego Agara, pokonał niewolników, którzy zbuntowali się na jego ziemiach, i zaprowadził tam porządek.
W Białym Konoweryn niektóre dzielnice stały się niebezpieczne dla wolnych ludzi. Nocą ci, którzy noszą obroże, i to z każdej kasty, wymykają się z domów swoich właścicieli, spotykają na ulicach, szepczą, knują, układają plany, gromadzą broń i nasłuchują.
Nasłuchują wieści zza murów.
W ciągu dziesięciu dni wszystkie plantacje położone dalej niż trzydzieści mil od miasta spłonęły, a ich właściciele zostali zamordowani.
Armia niewolników liczy już sto tysięcy głów.
Książę nie wychodzi z pałacu, tylko pije i oddaje się rozpuście, lecz na pohańbienie Agara!, nie tknął jeszcze żadnej z Oblubienic.
Wojska Kambehii przekroczyły granicę i ratując życie tysiącom wolnych obywateli, z marszu rozbiły kilka band, mordujących i rabujących okoliczne miasteczka.
Świątynia Ognia wezwała Laweneresa do stawienia się przed obliczem Rady. Odmówił.
Buntownicy złupili Samnię, dziesięciotysięczne miasteczko słynące z wyrobu porcelany, i zabili wszystkich jej mieszkańców. Nawet ciężarne kobiety i małe dzieci.
Książę nie chce wycofać oskarżenia Af’gemida Bawołów o zdradę.
Obrar Płomienny ogłosił, że jest gotów przyjść Białemu Konoweryn z pomocą. Czeka tylko na zaproszenie.
Wieści z miasta, przynoszone wprost z targowisk, gdzie przekupnie ochrypłymi krzykami ogłaszali swoje ceny, a zduszonymi szeptami powtarzali najnowsze plotki, brzmiały jak opowieści z drugiej strony świata. Tu, w jej wiosce, morze szumiało niestrudzenie, piasek przyjmował pieszczotę nagich stóp, by po chwili pozwolić falom zlizać ich ślady ze swojego grzbietu, wiatr czesał przybrzeżne rośliny o liściach długich i wąskich jak sztylety.
Tylko to się liczyło.
Deana medytowała, ćwiczyła, modliła się, wpatrywała w taniec fal.
Czekała na znak od Matki.
Interludium
Statek zachybotał się i przewalił z boku na bok, jak krowa leżąca na łące i zajęta trawieniem. Porównanie było o tyle adekwatne, że ta łajba przypominała krowę zarówno kształtem – pękaty kadłub był ledwo trzy razy dłuższy niż szerszy – jak i usposobieniem. Sposób, w jaki z flegmatycznym uporem pokonywała fale, musiał wzbudzać u Bliźniąt Mórz tyle samo rozbawienia, co irytacji.
Co roku setki takich kryp pokonywało morskie szlaki między Amonerią a PonkeeLaa, wioząc w swych brzuchach w jedną stronę sztaby żelaza i stali, bele surowych materiałów, glinę do wyrobu porcelany, barwniki do tkanin, piasek i sodę do wytopu szkła, a w drogę powrotną zabierając skóry, cynę, miedź i srebro, bursztyn i kamienie szlachetne. Przypominało to wrzucanie w ogień garści trawy, by z popiołów wyciągnąć diamenty. Dlatego też piraci interesowali się tylko statkami wracającymi na kontynent i dlatego statki te miały wysokie burty, jeszcze wyższe kasztele na dziobie i rufie, często ozdobione lekkimi balistami, oraz załogę składającą się z wilków morskich o twarzach pooranych wiatrem i spojrzeniach ostrzejszych niż kordy i tasaki, z którymi się obnosili.
Jeśli „Pijany Śledź” był krową, to taką z pancerną skórą, żelaznymi kopytami i rogami ze stali.
Stojący za sterem bosman zmierzył ponurym spojrzeniem dwójkę pasażerów, która pasowała do jego wizji statku jak jedwabna kokardka umocowana do grotu kopii. Mnisi. Dwóch braciszków, za których kapitan musiał zainkasować małą fortunę, bo zwykle „Śledź” nie brał szczurów lądowych na pokład. Teraz stali na dziobowym kasztelu i gapili się w morze, jakby nie wiedzieli, że to może przynieść pecha. Bliźnięta nie lubią, gdy takim wypatrywaniem próbuje się przyspieszyć podróż. Zresztą, dokąd mogą się spieszyć tacy dwaj miłośnicy Wielkiej Matki?, niech jej wola zawsze idzie w zgodzie z wolą Ganra i Aelurdi. Do PonkeeLaa, które zaczyna przypominać kocioł oszalałej wiedźmy? Perła Wybrzeża robi się niebezpiecznym miastem dla wyznawców Baelta’Mathran, niech panuje wiecznie w zgodzie z Bliźniętami, a mądry marynarz trzyma się z daleka od takich spraw. Jeśli nic się nie zmieni, następny kurs „Pijany Śledź” będzie musiał odbyć do ArMittar albo innego północnego portu.