Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza

Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:

Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
1 ... 115 116 117 118 119 120 121 122 123 ... 151
Перейти на страницу:

– Obiecałaś mi szczerość, więc dałem ci to samo. Nie lubię mieć długów. – Sięgnął do sakwy i wyciągnął jeszcze jedną butelkę. – Boję się. Cały czas żyję w strachu, że któregoś dnia obudzę się i mnie nie będzie. Uczepiłem się wspomnień o samym sobie sprzed kilku lat i każdy nowy gest, skojarzenie czy uczucie usiłuję przystawiać do nich, sprawdzam, czy pasuje.

Nie odpowiedziała, wpatrując się w niego szparkami oczu.

– To prowadzi donikąd. Poza tym jak patrzę na tego głupiego gówniarza, jakim byłem, szczyla, któremu w głowie były tylko popijawy i pieniądze, to czasem chciałbym sam złapać się za łeb i natrzaskać sobie po pysku. Muszę ruszyć naprzód, a jedyną drogę, jaką mam, to pozbyć się go albo przywdziać zbroję z tatuaży.

Skinęła głową, i nagle cały świat jak gdyby odstąpił, wydawał się mniej przyciskać go do ziemi. Zawzięta uwaga Czarnych Wiedźm i ich boga znikła.

A Aonel zamknęła oczy i kołysała się powoli w tył i w przód. Złodziej spokojnie pociągnął kilka łyków z butelki. Rozmowa z bogiem zazwyczaj trochę trwa.

– Oum zdecydował. Powie ci, jak się go pozbyć. A potem będziesz miał dziesięć dni na opuszczenie wyspy. Jeśli tego nie zrobisz, będziemy walczyć. Zgoda?

Złodziej nie musiał się zastanawiać nad tą propozycją. Mnisi habit i tak zaczął go już uwierać.

Zgoda.

Rozdział 14

Morze szumiało, liżąc plażę drobnymi falkami. Deana siedziała na piasku i nie odrywała wzroku od wody. Nieskończoność. Cierpliwość. Spokój. Jakby patrzyła w twarz bóstwa. Nie Bliźniąt Mórz, tych kapryśnych, złośliwych dzieci, lecz dostojnego, starszego niż świat bytu, który wie, że pośpiech jest ojcem głupoty, a na wszystko przyjdzie odpowiednia pora.

Jakby stała przed obliczem Matki.

To było dziwne, że musiała dopiero uciec z pałacu, by odnaleźć to miejsce. Wcześniej widziała tylko port, brudny i śmierdzący niczym koszula starej ladacznicy, hałaśliwy jak jej pijacki śmiech. Tamtejsze morze, jeśli można było je tak nazwać, kryjące się między brzuchami statków, wyglądało niczym tłusta zupa ugotowana z resztek znalezionych w rynsztoku. Jednak teraz, na plaży milę za miastem, z bezkresem wód tulących się do horyzontu, wiedziała, że zaczęła od złej strony. To jakby oglądając rasowego konia, skupić wzrok na miejscu, gdzie na skórze usiadł mu bąk. Dla morza port nic nie znaczył, wystarczyłby jeden porządny sztorm albo wielka jak góra fala wznosząca się od dna, by w jednej chwili zmyć tę obrzydliwość z brzegu.

Tylko po co?

Nieskończoność. Cierpliwość. Spokój.

Na wszystko przyjdzie pora.

Zamknęła oczy, wsłuchując się w łagodny szum. Czy to właśnie czekało na końcu drogi każdego Poszukującego? Pamiętała kilka osób z afraagry, które wyruszyły na pielgrzymkę i wróciły odmienione. W ich oczach gościł spokój, ruchy traciły nerwowy pośpiech, uśmiechy potrafiły być irytująco pobłażliwe. Jestem tylko małą falką w nieskończonym tańcu wieczności. Ale to nie znaczy, że jestem mniej ważny niż ci, którzy byli przede mną, i ci, którzy nadejdą po mnie.

Medytacje w Kan’nolet przynosiły takie dary. I wpatrywanie się w monotonne trwanie morza również.

Minęło dwadzieścia osiem dni od chwili, gdy opuściła… uciekła z pałacu. Zabrała tylko podstawowe rzeczy, ubranie, garść pieniędzy, broń. Przy talherach zawahała się na mgnienie oka, ale w końcu była przecież ich właścicielką. Tańczyła z nimi od miesięcy, dała nowe pochwy, rękojeści naznaczyła odciskami własnych dłoni. W końcu – teraz już potrafiła się uśmiechnąć do tego wspomnienia – zimny pragmatyzm wygrał z porywem serca, bo człowiek bez broni jest tylko w połowie wolny.

Znikła nocą i krążyła po mieście aż do świtu. Następny dzień spędziła w karawanseraju, na widoku, szukając noclegu do wynajęcia i wypytując o pierwszą karawanę, która wyrusza na północ. Nie liczyła na to, że coś znajdzie, sezon wędrówek jeszcze się nie zaczął, ale musiała coś robić, być w ruchu, działać. Gdyby przystanęła na chwilę, dopadłyby ją myśli, które chciała zostawić za sobą.

Zaciskając zęby, maszerowała przez karawanseraj, a wszyscy, nawet uzbrojeni po zęby weterani setek wędrówek przez pustynię, schodzili jej z drogi. Ludzie tak naprawdę porozumiewają się bez słów, a jej gesty, chód, całe ciało mówiło…

Wolała nie wiedzieć, co mówiło.

Wynajęła trzy kwatery w trzech różnych miejscach, płacąc za kilka dni z góry, demonstracyjnie porozmawiała z różnymi issarskimi wojownikami, wypytując, czy znajdzie się dla niej miejsce w ich domostwach, i gdy tylko słońce schowało się za ścianę gór, wymknęła się do portu. Długie nici pałacowej pajęczyny powinny splątać się w karawanseraju w spory węzeł, a zanim ktoś je rozplącze, ona znajdzie sobie bezpieczną kryjówkę, do czasu, aż wyruszy w drogę powrotną.

Następną noc spędziła w pobliżu portu w dzielnicach, gdzie nawet Słowiki zapuszczały się co najmniej w sześcioosobowych oddziałach. To było jej mahiiuri – czas próby, niema prośba do Matki, by wskazała jej drogę. Jeśli bogini chciałaby, by ona, Deana d’Kllean z plemienia d’yahirrów, zakończyła swoją pielgrzymkę tu i teraz, z pewnością natchnęłaby serca miejscowych bandytów niezłomną odwagą. Dlatego kilka razy zatrzymywała się w podejrzanych zaułkach, nasłuchując, jak wypełnia je nabrzmiała grozą cisza. Może miało to coś wspólnego z tym, że jedną dłoń trzymała na wysokości twarzy, gotowa do ściągnięcia ekchaaru. Legendy o szalonych wojownikach Issaram szukających śmierci w walce do ostatniego tchu były żywe także na Dalekim Południu.

Ta noc była pełna rozczarowań, lecz ciotka Deany zawsze powtarzała, że mahiiuri to krzyk i tupanie nóżką rozczarowanego dziecka. Bogini nie można zmuszać, by wskazywała ci palcem, jaką ścieżkę masz wybrać. W końcu jej największym darem dla ludzi była wolność wyboru.

Lecz ta desperacka wędrówka miała i tę zaletę, że szpiedzy z pałacu, nawet jeśli któryś podjął trop Deany i odważył się za nią zapuścić w cuchnące brudem i śmiercią uliczki, zamiast śledzić jej kroki, musieli zatroszczyć się o bardziej przyziemne rzeczy. Jak choćby zachowanie życia.

Jeżeli – ta myśl była gorzkokwaśna – ktokolwiek w ogóle zadał sobie trud, by jej szukać.

A potem znalazła wioskę rybacką, której mieszkańcy z pogodnym fatalizmem przyjęli to, że zajęła jedną z opuszczonych chat, jakby obecność zamaskowanej wojowniczki była dla nich czymś zwyczajnym. I odkryła kojącą moc szumu morza, długich medytacji, modlitw o wschodzie i zachodzie słońca oraz ćwiczeń.

Po jednym z wściekłych treningów, który przerwała, gdy zorientowała się, że tkwi po pas w wodzie i ostrzami okłada fale, stała przez dłuższą chwilę, mokra od stóp do głów, zdyszana, z bronią trzymaną w drżących dłoniach. Potem wyszła na brzeg i po raz pierwszy od wielu lat wyrecytowała cały kendet’h, wszystkie modlitwy, których znaczenia kiedyś nie do końca rozumiała, lecz które teraz stały się dla niej przeraźliwie jasne.

Jesteśmy tym, kim jesteśmy. I tak już zostanie.

Wioseczkę położoną milę od miasta, składającą się z tuzina zajętych i pół tuzina pustych chat, zbudowanych z resztek wyrzuconych przez fale, zamieszkiwali niscy, ciemnoskórzy ludzie, których suanari miękko kląskał prostymi słowami i wyrażeniami. Żyli na brzegu morza od zawsze, jak zdradził jej jeden ze starszych rybaków, od chwili, gdy słońce pierwszy raz wzeszło nad światem, przecierając pełne zdumienia oczy. A gdy morze czasem zabierało ich chaty, sieci, dobytek, zaczynali wszystko od nowa, budując wioskę w innym miejscu, by ranem i wieczorem wypływać na głębinę w dłubanych łodziach, składających się z dwóch połączonych kadłubów, i łowić… nie łowić, by przyjmować dary Bliźniąt, a później wymieniać je na rzeczy, których sami nie potrafili zrobić. I oczywiście, by cieszyć się życiem.

1 ... 115 116 117 118 119 120 121 122 123 ... 151
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)