Ścieżka Sztyletów
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #8
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karłowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:
— Zapewne cieszysz się, że Dziedziczka Tronu jest już w drodze do Caemlyn, lordzie Pelivar. — Słyszała, jak napomykały o tym niektóre Zasiadające.
Pelivar przybrał nieprzenikniony wyraz twarzy.
— Elayne Trakand ma całkowite prawo wystąpić z roszczeniami do Tronu Lwa — odparł beznamiętnym tonem.
Widząc, że Egwene wytrzeszcza na niego oczy, cofnął się niepewnie. Może sobie pomyślał, że jest zła, bo wspomniał jej tytuł, ale na to akurat Egwene ledwie zwróciła uwagę. Pelivar wspierał roszczenia matki Elayne względem tronu i Elayne była pewna, że ją też poprze. Mówiła o Pelivarze z czułością, zupełnie jak o jakimś ukochanym wuju.
— Matko — mruknęła jej do ucha Siuan — powinnyśmy ruszać, jeśli chcemy dotrzeć do obozu przed zachodem słońca. — Udało jej się nadać tym cichym słowom stosownie ponaglające brzmienie. Słońce minęło swój szczyt drogi przez nieboskłon i teraz chyliło się już ku zachodowi.
— Przy takiej pogodzie człowiek nie powinien zostawać poza domem po zmroku — wtrącił pospiesznie Pelivar. — Jeśli mi wybaczysz, też muszę się przygotować do wyjazdu. — Odstawiwszy swój puchar na tacę przechodzącego obok służącego, zawahał się w pół ukłonu, po czym odszedł z miną człowieka, który właśnie uciekł z pułapki.
Egwene miała ochotę zazgrzytać zębami z frustracji. Co ci mężczyźni myśleli o ich umowie? O ile można to było nazwać umową, ostatecznie została im narzucona. Arathelle i Aemlyn miały więcej władzy i wpływów niż większość mężczyzn, a jednak to Pelivarowi, Culhanowi i im podobnym towarzyszyli żołnierze; nadal mogli spowodować, że wszystko, co nawarzyła, wybuchnie jej w twarz niczym beczka z oliwą do lamp.
— Znajdź Sheriam — warknęła — i każ jej, żeby natychmiast wsadziła wszystkich na konie, choćby nie wiadomo co! — Nie mogła się zgodzić, by Zasiadające zyskały całą noc na roztrząsanie tego, co się tego dnia zdarzyło, na planowanie i spiskowanie. Musieli wrócić do obozu, zanim zajdzie słońce.
19
Prawo
Zasiadające bez żadnych oporów dosiadły koni; podobnie jak Egwene chciały już czym prędzej odjechać, zwłaszcza Romanda i Lelaine, obie zimne niczym owiewający je wiatr, z oczyma ciskającymi błyskawice. Pozostałe stanowiły wcielenie opanowania Aes Sedai, którym wionęło od nich niczym jakąś duszącą wonią, a jednak ruszyły do swych wierzchowców tak szybko, że porzuceni przez nie arystokraci rozdziawili usta, a jaskrawo odziani służący aż się potykali przy pakowaniu jucznych koni, żeby tylko za nimi nadążyć.
Egwene narzuciła ostre tempo po zaśnieżonej drodze; Daishar je wytrzyma, a wystarczyło jedno spojrzenie w stronę lorda Bryne’a i skinienie głowy w odpowiedzi, by się upewnić, że ich eskorta da radę poruszać się równie prędko. Siuan na Beli i Sheriam na Skrzydle dogoniły ją w pędzie. Przedzierali się tak przez śniegowe zaspy sięgające koniom do pęcin, Płomień Tar Valon marszczył się na lodowatym wietrze i nawet wtedy, gdy trzeba było zwalniać, bo końskie kopyta zapadały się w skorupę zlodowaciałego śniegu, to i tak posuwali się miarowo do przodu.
Zasiadające nie miały innego wyboru, jak tylko dotrzymać tempa, mimo że traciły możliwość prowadzenia rozmowy po drodze. Ten, kto przy tak forsownej jeździe nie zwracał uwagi na własnego konia, ryzykował, że jego zwierzę połamie sobie nogi, a on sam skręci kark. A mimo to zarówno Romanda, jak i Lelaine jakimś sposobem zgromadziły przy sobie swe koterie i obie grupki brnęły przed siebie otoczone zabezpieczeniami przeciwko podsłuchiwaniu. Dwie Zasiadające wygłaszały jakieś tyrady, Egwene potrafiła sobie wyobrazić, na jaki temat. Pozostałe Zasiadające, skoro już o nich mowa, przez jakiś czas jechały zwartą gromadą, cicho o czymś rozmawiając i stale rzucając chłodne spojrzenia to nią, to na siostry otulone saidarem. Jedynie Delana ani razu nie włączyła się w którąś z przelotnych rozmów, cały czas trzymając blisko Halimy, która nareszcie zdradzała oznaki zmarznięcia. Miała skurczoną twarz i przytrzymywała płaszcz blisko ciała, ale jednocześnie starała się pocieszać Delanę, niemal bezustannie coś do niej szepcząc. Delana rzeczywiście zdawała się potrzebować pociechy; ściągnięte brwi tworzyły zmarszczkę na jej czole, co ją naprawdę postarzało.
Nie ją jedną coś trapiło. Wprawdzie pozostałe siostry uparcie starały się zachować pozory, promieniując absolutną równowagą ducha, za to Strażnicy wyglądali, jakby oczekiwali, że w każdej chwili spod śniegu coś na nich wyskoczy, i wiecznie wodzili w krąg wzrokiem, pozwalając połom płaszczy powiewać swobodnie za plecami, aby mieć wolne ręce. Kiedy Aes Sedai niepokoiła się czymś, niepokoił się również jej Strażnik, a Zasiadające były zanadto zaabsorbowane, by jeszcze myśleć o uspokajaniu mężczyzn. Widząc to, Egwene tylko się cieszyła. Jeśli Zasiadające były niespokojne, oznaczało to, że nie podjęły jeszcze żadnej decyzji.
Kiedy Bryne wysforował się naprzód, żeby naradzić z Uno, skorzystała z okazji i wypytała Siuan oraz Sheriam o to, czego się dowiedziały na temat poczynań Aes Sedai i Gwardii Wieży na terytorium Andoru.
— Niewiele — odparła Siuan przez ściśnięte gardło. Kudłata Bela wyraźnie bez trudu znosiła to tempo, inaczej niż Siuan, która jedną dłonią ściskała kurczowo wodze, a drugą rozpaczliwie przytrzymywała się łęku. — Na ile potrafiłam się rozeznać, krąży o tym wszystkim z pięćdziesiąt różnych plotek, przy czym żadna nie znajduje potwierdzenia w faktach. Opowieści z gatunku tych, które powstają z niczego, ale równocześnie mogą się okazać prawdziwe. — Bela zgubiła krok, gdy jej przednie kopyta zapadły się głęboko w śnieg i Siuan jęknęła głośno. — Ażeby te wszystkie konie sczezły w Światłości!
Sheriam nie dowiedziała się więcej. Pokręciła głową i westchnęła z irytacją.
— Moim zdaniem to czyste brednie, Matko. Jak świat światem wśród ludzi zawsze krążyły plotki o siostrach, które się gdzieś podstępnie zakradają. Czy ty się kiedyś nauczysz jeździć konno, Siuan? — dodała głosem nagle ociekającym szyderstwem. — Wieczorem nie będziesz mogła chodzić! — Sheriam musiała mieć nieźle stargane nerwy, skoro pozwoliła sobie na taki wybuch. A ponadto stale wierciła się w siodle, co znaczyło, że zapewne sama znajdowała się w stanie, jaki wróżyła dla Siuan.
Siuan, której spojrzenie w jednej chwili stwardniało, otworzyła usta, wyraźnie gotowa wycedzić coś jadowitego, niepomna, że mogła obserwować je któraś z jadących za sztandarem.
— Uspokójcie się, obydwie! — warknęła Egwene. Zrobiła długi, uspokajający wdech. Sama czuła się nieco skonfundowana. Niezależnie od tego, w co wierzyła Arathelle, każdy oddział wysłany przez Elaidę będzie zbyt liczny, by można mówić o niepostrzeżonym zakradaniu się gdziekolwiek. A zatem ich celem musiała być Czarna Wieża, co z pewnością należało traktować jako zarzewie katastrofy. Lepiej dalej skubać to kurczę, które masz przed sobą, niż wspinać się w ślad za innym na drzewo. Zwłaszcza kiedy to drzewo rośnie w innym kraju i być może nie siedzi na nim żadne kurczę.
A jednak kiedy już dojeżdżali do obozu, liczyła się ze słowami przy wydawaniu poleceń Sheriam. Była Zasiadającą na Tronie Amyrlin, a to oznaczało odpowiedzialność za wszystkie Aes Sedai, nawet za te, które podporządkowały się Elaidzie. Za to głos miała twardy jak skała. Za późno, żeby się bać, gdy już się schwyciło wilka za uszy.
Treść rozkazów sprawiła, że Sheriam zrobiła wielkie oczy.
— Matko, jeśli mi wolno spytać, dlaczego?... — Zawiesiła głos pod wpływem zimnego spojrzenia Egwene i przełknęła ślinę. — Stanie się, jak powiadasz, Matko — powiedziała powoli. — Dziwne, pamiętam dzień, kiedy ty i Nynaeve przybyłyście do Wieży, dwie młode dziewczyny, które nie potrafiły zdecydować, czy mają być podniecone czy przestraszone. Tyle się zmieniło od tego czasu. Wszystko.