Lord z planety Ziemia
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:
Weszliśmy po skrzypiących drewnianych schodach. Niektóre drzwi były otwarte. W ciemności majaczyły jakieś worki i skrzynki.
– Przemysł i handel dopiero się tutaj rozwijają – powiedział przepraszającym tonem Lans. – Więc to jednocześnie dom i magazyn.
– A przestępczości nie ma?- zainteresowałem się.
– Nie wiem. Ale chyba złodziejstwo nie jest tu cenione. – Aha. Miejscowi bandyci Jak się okazuje, mają własną etykę. Drzwi do pomieszczeń mieszkalnych były przymknięte. Lans pchnął je i znaleźliśmy się w długim, wąskim korytarzu. Zatrzymałem się wstrząśnięty.
– Lans, czy ten przemysłowiec drukuje książki?
– Nie, tylko zbiera.
Ściany korytarza pokrywały rzędy półek. Biegły aż do sufitu, równiutkie i milczące. Na nich stały książki. W lśniących plastikowych oprawach, w twardych kartonowych i w poszarpanych papierowych okładkach. Niektóre bardzo zniszczone, w przezroczystych pokrowcach – ranni żołnierze wielkiej armii. Nad każdą półką metalowa tabliczka z wygrawerowanymi w standardzie napisami: Literatura romantyczna. Erotyka. Kulinaria. Większość książek, o dziwo, wydano w XX i XXI wieku. Antykwariat. Nawet znajdowałem znajome tytuły.
– Poczekaj – poprosiłem cicho Lansa. – Tylko zerknę…
Mistyka. Magia. I książki: Młot na czarownice… Strach, Wampiry. Wilkołaki, Bajki japońskie… co tu robią bajki? Psoty wolnego smoka…
Powieści rycerskie. Też rzędy znanych i nieznanych tytułów… Pieśń o Rolandzie. Broń średniowiecznej Europy… Ruscy bohaterowi bylin…
– Chodźmy – dotknął mojej ręki Lans.
– To nieprawdopodobne – wzruszyłem ramionami. – Te książki są rzadkością nawet na Ziemi. A tutaj, na peryferiach galaktyki…
– Większość książek to reprinty – wyjaśnił Lans. Przesunąłem palcem po grzbietach. Jakbym na chwilę wrócił do dzieciństwa…
Lans znowu dotknął mojej ręki i ocknąłem się. Trzeba działać, a nie zachwycać się starodawnymi księgami. Ale gdy szedłem za Lansem, pojawiło się dziwne wrażenie. Jakby w duszy, tam gdzie ziała wycięta ostrzem Obojętnych dziura, coś się pojawiło.
Odchylając zasłonę, która pełniła tu rolę drzwi, weszliśmy do pokoju.
2. Bibliofil
Djini, przemysłowiec z planety Ar-Na-Tin, był młody. Mógł mieć dwadzieścia pięć lat. Niewysoki, barczysty, z rozbieganymi oczami, przypominał raczej barmana z nocnego lokalu niż dobrze prosperującego biznesmana. Nalewając mnie i Lansowi różowego wina z ogromnej butli, szybko opowiadał o swojej działalności.
– Nasza planeta jest zacofana, imperatorze… Ale to nawet lepiej, szybciej można się wybić… Kto nie zdążył, ten się spóźnił, komu główka pracuje, ten spędza urlop na Shedmonie. Proszę spróbować wina… graańskie, na całym Ar-Na-Tinie są tylko dwie butelki, jedna w mojej piwnicy, druga na moim stole… Nasi biznesmeni – co oni się tam znają na interesach! – wszystko zainwestowali w eksport żywności, zajęli się hodowlą zwierząt i ceny od razu spadły. Teraz dławią się nawzajem, konkurują. A ziemskiej czekolady, lejańskich słodyczy, graańskiego wina wszyscy chcieliby skosztować. Kto nimi handluje? Ja. A bydła mam tylko ze trzysta łbów, żeby utrzymać pozycję społeczną. Ci nasi kretyni do tej pory bogactwo mierzą liczbą rogatych łbów, zamiast swoich… A jak Ziemia sprzeda nam syntezatory żywności, to co zrobią? No? Dobrze Siewcy postępują, taki towar trzeba przytrzymać… Za pomyślność prarodzicielki Ziemi, imperatorze!
Gdy przetrawiałem fakt, że syntezatory żywności są tajemnicą poliszynela, Djini dolał wina. Wypiliśmy za Siewców, za Korpus Desantowy, za Wiecznego Pastucha, za Ar-Na-Tin, za pomyślność domu imperatorskiego Tara, za zdrowie obecnych, za piękne panie – nam w końcu wszystko jedno, za co pijemy, a im przyjemnie.
W głowie mi szumiało, chociaż graańskie wina nie są zbyt mocne. Djini opowiedział, w jakie sfery inwestuje i jak trudno zajmować się biznesem na planecie, gdzie papierowe pieniądze weszły w obieg trzydzieści lat temu. Zaproponowałem toasty za zwycięstwo nad Fangami, za rozwój gospodarki i klęskę Obojętnych. Sprzeciwów nie było.
Lans zaproponował toast za wielką ziemską literaturę. Djini go poparł, choć przyznał się, że czyta tylko w przekładzie na standardowy oraz w ojczystym chińskim, a rosyjskiego i angielskiego dopiero się uczy. Potem przyniósł porcelanowy dzban likieru z owoców czom. Spróbowaliśmy i zauważyłem dowcipnie (zrozumiał mnie tylko Lans), że słowo czom nie na darmo jest anagramem pewnego rosyjskiego słowa. Djini przyznał, że likier jest dość słaby, i zaraz na niskim stoliczku pojawił się osiemdziesięcioprocentowy dziki smok. Zalecenie na etykietce, żeby pić w stanie podgrzanym, zignorowaliśmy. Potem zaproponowałem, żeby wypić za Klenijczyków, za ich obrzędy i za stuprocentowy spirytus. Obraz lekko się rozdwoił. Djini pogrzebał w zakamarkach swojego mieszkania-magazynu i znalazł zakąskę: drobno pokrojone ogórki i ryż posypany czarnym pieprzem. Znajomość nieubłaganie zbliżała się do chwili, gdy będzie można porozmawiać o interesach.
Za oknem zaczął mżyć deszcz. Wypiliśmy za Święto Słońca i wymogłem na Djinim obietnicę, że rosyjskiego nauczy się wcześniej niż angielskiego. Następnie opowiedziałem o bloku NATO i Układzie Warszawskim, wywołując wybuch śmiechu Lansa i Djiniego. Od dwóch starodawnych ugrupowań lekko i naturalnie przeszedłem do Ziemi i Fanga.
Pięć minut później Djini przyrzekł, że jutro o dziewiątej rano zostaniemy przyjęci przez prezydenta. Po dziesięciu minutach oznajmił, że Wielki Pastuch nie może zrobić nic konkretnego. Po piętnastu – że nawet wszyscy handlowcy i przemysłowcy Ar-Na-Tina, włączając hodowców bydła i rzeźników, nie zdołają pomóc w przygotowaniu planety do wojny.
Po półgodzinie już wiedziałem, że Djini nie powie nam, kto właściwie posiada realną władzę na Ar-Na-Tinie.
Położyłem głowę na miękkich wałkach kanapy, ze smutkiem studiując półkę z książkami o arystokracji, zajmującą honorowe miejsce nad stolikiem z gazetami. Tytuły płynęły przed oczami: Hrabina de… Gdy król… Hrabia Monte…
Chyba trzeba będzie działać z ominięciem władz planety. Rozdać narodowi broń. Przekupić policję. Przeprowadzić rozmowy z oficerami. Armia musi być gotowa do wojny.
Ciekawe, co poradziłaby mi teraz Księga Gór - czyli moja podświadomość?
Księgą Gór Djini miał. Po chińsku, rosyjsku i angielsku, jeśli różniły się czymś więcej niż napisem na okładce. Biorąc z rąk Djiniego znajomy tomik, otworzyłem go na środku, na chybił trafił. Na chwilę zabolały mnie oczy, pojawiło się wrażenie, że na stronie wydrukowano tylko kilka linijek tekstu, a pozostałą część pokrywają tajemnicze runy. Po chwili tekst przybrał normalny wygląd.
Człowiek, który rzucił wyzwanie losowi, to ulubione widowisko bogów.
No, no. Banalne, lecz jakże pasujące do sytuacji.
Ale nastanie dzień, gdy bogowie zmęczą się patrzeniem. Nawet wszechpotężny pragnie czasem zmierzyć się z jakimiś siłami. To straszne, gdy nie ma zamka, do którego pasowałby klucz, gdy znikły pytania, na które nie ma odpowiedzi. Siła istnieje tylko w zmaganiu, absolutna moc równa jest bezsilności.
Po plecach przebiegł dreszcz. Księga Gór nie częstowała mnie już cytatami z ulubionych książek czy omszałymi mądrościami. Ona, to znaczy ja, próbowała powiedzieć to, co jeszcze nie zostało zrozumiane, ale już przesuwało się przez granicę podświadomości.