Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
– Nie lekceważ mnie – mruknął.
– Nie lekceważę. Oum cię docenia, więcej, jest pełen podziwu. Opierasz się półboskiemu bytowi, choć większość ludzi uległaby mu już dawno. Nasz pan powiedział mi, że nie wie, co tobą kieruje, oprócz głupiego uporu, ale szkoda, że nie znalazłeś sobie jakiegoś dobrego celu w życiu. Mógłbyś wiele dokonać.
– Miałem cel w życiu. Dobrze je przeżyć i nie zawisnąć zbyt szybko, ale odkąd spotkałem ciebie i twoją matkę w podziemiach świątyni, byłem, tak jakby, zajęty innymi rzeczami.
Zmierzyli się wzrokiem. Ani myślała opuścić oczu.
– Chcesz mnie o coś zapytać, pytaj. Obiecałam Oumowi, że będę szczera.
– Dobrze. Czy… – Altsin zawahał się. Cholera, w wyobraźni toczył tę rozmowę setki razy i nigdy nie miał oporów, by to powiedzieć. – Czy ona wiedziała, co się stanie, gdy kazała mi wytrzeć dłoń o rękojeść? Czy wiedziała, że może mnie opętać coś takiego jak Bitewna Pięść?
Spojrzenie Aonel złagodniało.
– Wiesz, nie tego pytania się spodziewałam. – Uśmiechnęła się dziwnie. – A odpowiedź brzmi: nie wiem. Moja matka też służyła Oumowi. Była jedną z naszych wiedźm, które podróżowały poza wyspę, by badać pozostałości z dawnych czasów. Była nawet w PonkeeLaa obserwować procesję Drogi Wojownika. A tu, w Kamanie, rozpytywała u kapłanów Reagwyra, czy da się zbliżyć do tego ich boskiego Miecza. Umówili się z nią na spotkanie, na które już nie dotarła. Myślę, że wasza świątynia potrzebowała akurat ofiary, a moja matka sama weszła im w ręce.
– To nie moja świątynia.
W jej oczach zatańczyły iskierki rozbawienia.
– No wiesz, akurat w twoim przypadku… – zawiesiła głos.
Zignorował zaczepkę.
– Twoja matka szukała artefaktów po Wojnach Bogów na polecenie Ouma? Tak jak Gualara? I inne wiedźmy?
Skinęła głową.
Pojął, że Aonel zastąpiła ją w szeregu kobiet służących umierającemu bożkowi i oddających mu większość swoich sił życiowych.
– To też treiwics? Przejęłaś obowiązki po matce, bo nakazywał ci to honor rodu?
Jej spojrzenie stało się otwarcie kpiące.
– Nie. Nie musiałam niczego robić ani udowadniać. Sama chciałam. A jeśli do tej pory nie zrozumiałeś, że jeśli jesteś panem własnego życia, to możesz zrobić z nim, co chcesz, także poświęcić czemuś, co uważasz za ważne, to już nigdy tego nie pojmiesz.
Odpowiedział grymasem, który przepłoszył kpinę z jej oczu.
– Panem własnego życia, powiadasz? Zrobić, co zechcesz? A ja miałem cię za mądrą dziewczynę.
Opuściła wzrok.
– No to jak było z twoją matką? – Naciskał. – Wiedziała, co mnie spotka?
Pytanie odbiło się od ciszy i przepadło w krzakach.
– Nie wiem. – Aonel odpowiedziała po dłuższej chwili, prawie szeptem. – Nie mogę ci przysiąc, że nie wiedziała. Badała starożytne artefakty, miała wiedzę, którą mogłaby zadziwić nawet największych uczonych. Nie mogła mieć pewności, ale może miała nadzieję, że jakaś część Reagwyra przejdzie przez Miecz i zrobi porządek z kapłanami. Ukarze tych, którzy ją katowali. Pomści. Może tak właśnie myślała. Nie wiem.
Altsin spojrzał na swoje dłonie zaciśnięte kurczowo w pięści. To nie była odpowiedź, jakiej oczekiwał, nie po tylu latach tułaczki, ucieczek, walki z tym, co nosił w głowie. Pragnął jasnego „Tak – wiedziała, i możesz teraz naszczać na jej grób” albo „Nie – nie miała pojęcia, i nie możesz jej winić, po prostu miałeś pecha, więc idź i nakop do tyłka Pani Losu”.
– Niczego więcej się od ciebie na ten temat nie dowiem, co? – zachrypiał.
– Przysięgłam mówić prawdę, a nie koić rozdartą duszę złodzieja, którego spotkałam w podziemiach świątyni i poprosiłam, żeby zabił moją matkę. Więc mówię prawdę. Doceń to.
Spojrzał jej w oczy. Okrucieństwo ma wiele twarzy, często skrywa się za maską „prawdy” i „szczerości”, ale ona patrzyła na niego z prawdziwym smutkiem. Pociągnął z butelki, kilkoma łykami opróżniając ją do dna.
– Jakiego pytania się spodziewałaś? – rzucił krótko.
Zaskoczona zmianą tematu, uniosła brwi.
– Nie rób takiej miny – odchrząknął i splunął gęstą flegmą na ziemię, święte miejsce czy nie, gówno go to w tej chwili obchodziło. – Możemy tu siedzieć i użalać się nad sobą do usranej śmierci albo spróbować żyć dalej. No? Jakie pytanie miałem ci niby zadać?
Uśmiechnęła się nagle i był to zdumiewająco młody, dziewczęcy uśmiech.
– On powiedział, że tak z tobą będzie. Że jesteś jak kamień toczący się ze wzgórza. Nie oglądasz się na to, co cię minęło, i nie tracisz czasu na rozdrapywanie ran. Twoje pytanie wydawało się oczywiste. Jak się go pozbyć z głowy.
– I nie zwariować ani nie umrzeć – dodał. – Wiem, że dla Ouma to może być drobiazg, ale dla mnie dość istotny.
Spoważniała.
– Dla niego też. I dlatego odpowiedź na to pytanie może ci się nie spodobać. Ale… nie przerywaj! – Uniosła dłonie w geście nakazującym mu spokój. – To jest możliwe. Trudne i niebezpieczne, ale możliwe. Nie przerywaj, mówię! Ale zanim zdecyduję, czy ci odpowiem, mam coś pokazać.
– Kolejne legendy i historyjki?
– Owszem. – Wyciągnęła zza koszuli wiszący na rzemieniu przedmiot, który wyglądał jak uszko porcelanowej filiżanki. – Ale to ważna opowieść. Może wyjaśni ci, dlaczego nadal zabijamy kapłanów każdego boga, który był zaangażowany w wielką wojnę.
Rzuciła mu wisiorek. Już w chwili, gdy go dotknął, zorientował się, że ten nieforemny owal o nierównych ściankach to kawałek kości. Gładzonej i polerowanej tak długo, aż zaczęła przypominać wyrób sztuki garncarskiej, a potem pokrytej warstewką laki, która nadawała mu połysk osobliwego klejnotu.
Całość miała dwa cale średnicy. Za dużo na pierścień, za mało na bransoletę. Altsin spojrzał na Aonel, unosząc brwi.
– Tutaj. – Obwiodła palcem własny oczodół. – Nie trzeba dużo pracy, żeby uzyskać takie ładne koło.
Kość obrobiona z czaszki. Zacisnął ją w dłoni, była twardsza, niż się spodziewał, i wsłuchał się we własne ciało, zwłaszcza w to miejsce między łopatkami, które zawsze dawało o sobie znać, gdy ocierał się o Moc. Nic. To z pewnością nie był amulet nasycony magią.
– Co to jest?
– Pamiątka. Po jednym z tych, którzy najechali wyspę za czasów Imiliego. Zginął w leśnej potyczce, trafiony strzałą w brzuch. Jego ciało rzucono na stos z kilkoma innymi i spalono. Tylko tyle z niego zostało. Kawałek na wpół zwęglonej czaszki.
Altsin obracał owal w palcach. Nie czuł nic szczególnego, ani odrazy czy wstrętu, ani wściekłości na martwego od tysiącleci bandytę. Perspektywa tylu wieków odzierała ten kawałek czaszki z emocji, jakie powinien budzić.
– Po co to nosisz?
– Żeby pamiętać, co z ludźmi potrafią robić bogowie.
– Wasz też?
Pokręciła głową, a na jej pomarszczonej twarzy pojawił się ponury uśmiech.
– To on polecił nam nosić te pamiątki, zebrane z pól tysiąca bitew. Oum nigdy nie kazał nam tatuować swoich znaków na skórze, a po kameluuri sięgał w ostateczności i tylko wtedy, gdy wyspa była atakowana. Dla niego sposób, w jaki tutejsi Nieśmiertelni traktowali swoich wyznawców, był niepojęty, znakowanie niczym bydło, narzucanie siłą własnej woli, Objęcia… Bo Eihey to nie załoga, lecz rodzina, własne dzieci, wnuki i prawnuki. On nie potrafił tego zrozumieć, tak jak nie potrafił zrozumieć, dlaczego ludzie nie buntują się przeciw takiemu traktowaniu.
Złodziej sięgnął do skradzionych Reagwyrowi wspomnień.
– Niektórzy się zbuntowali.
– Tak, ale po zapłaceniu jakiej ceny? Gdy zginęło dziewięciu na dziesięciu mieszkańców świata, a reszta nie miała już nic, nawet wspomnień o zwykłym życiu. To nie był bunt, tylko rozpaczliwy skok w przepaść zwierzęcia niemającego już drogi ucieczki. Nie potrafisz sobie wyobrazić, jak bardzo kruche było to, co pozostało z ówczesnych ludów pod koniec tamtej wojny. Gdy połączyliśmy się z mieszkańcami obozu Imiliego, najtrudniej było przekonać ich do najprostszych rzeczy. Że nie muszą cały czas prosić o pozwolenie na jedzenie, spanie czy zmianę ubrania, albo że mogą odejść, jeśli chcą. A jeszcze trudniej było ich namówić, by odważyli się pokochać własne dzieci. Że nikt im ich nie odbierze.