Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Stał w miejscu, gdzie kiedyś mieścił się obóz, w którym kobiety trzymano jak zwierzęta rozpłodowe, użyteczne dopóty, dopóki mogą wydawać na świat dzieci, i patrzył na wiedźmę, która mogła być w linii prostej potomkiem jednej z nich.
Słowo „przepraszam” cisnęło mu się na usta z taką siłą, że musiał zagryźć zęby, aż ból w tym złamanym przywrócił go do rzeczywistości. To nie on powinien przepraszać. Nie tu i nie teraz.
Aonel patrzyła na niego spokojnie, a jej stara twarz z zatopionymi między zmarszczkami oczyma młodej dziewczyny nie wyrażała żadnych uczuć. Czekała.
Altsin westchnął i usiadł pod murkiem, opierając się plecami o chłodny kamień. Kręciło mu się w głowie, a na usta cisnęły się setki pytań. Po kolei.
– Czy teraz masz ochotę porozmawiać? – zapytał.
W czasie drogi ucinała każdą próbę pogawędki, nawet takiej o pogodzie. Altsin wiedział, że towarzyszą im inne wiedźmy, słyszał je wokół, ale nie sądził, by to ich obecność była powodem jej milczenia.
– Nie. Ale muszę, bo Oum rozkazał mi odpowiedzieć na każde twoje pytanie całkowicie szczerze i najlepiej, jak potrafię – odrzekła spokojnie. – Pytaj.
– To miejsce, jak on je nazwał?
– Cstadar. Tak nazywał je Imili.
– Imwili. Dobrze, dobrze. – Złodziej uniósł ręce w obronnym geście. – Niech będzie Imili. Nazwy się zmieniają, imiona też mogą. Cstadar…
Słowo nie budziło w nim żadnego skojarzenia.
Tu był obóz dla kobiet. Jeden z wielu. Gdzie były inne?
Zapytał o to.
Pokręciła głową.
– Nie wiem. Nie zachowały się żadne ślady ani wzmianki. To miejsce jest szczególne, bo to właśnie tu Imili stoczył pojedynek z Rauną.
– Wierzysz w tę legendę?
– To legenda, nie musi mówić całej prawdy i tylko prawdy. Ważne, ile znaczy dla nas.
– Racja. Coś podobnego usłyszałem z ust Ouma. – Wyciągnął z worka kawałek placka i butelkę miejscowego wina. – Usiądź, mam wiele pytań.
Usiadła, ale nie przyjęła poczęstunku. Altsin wzruszył ramionami i pociągnął kilka łyków. Wino było lekkie, słodkawe, z miodową nutą, zupełnie inne niż te robione na kontynencie. Skupił się na jego smaku, żeby opanować rozszalałe myśli. Pytań miał dużo, ale to najważniejsze postanowił zachować na koniec.
– Zbroicie się? Wy, Czarne Wiedźmy – uściślił, gdy zmarszczyła brwi.
– Skąd… aaa, Gualara. Rozumiem. – Przez chwilę bawiła się, nawijając kosmyk włosów na palec; gest dziwnie nieprzystający do zmarszczek i plam wątrobowych na dłoniach. – Jedna z ostatnich z pokolenia, które uznało, że weźmiemy na siebie ciężar służby, ale zrezygnujemy z prawa do wyboru własnej drogi. Tak. Zbroimy. Od wieków Dolina Dhawii nie miała właściwie żadnej ochrony, nie potrzebowała, Oum był naszą tarczą, jeśli wiesz, o czym mówię. Ale on słabnie, a wśród plemion od czasu do czasu roznoszą się plotki, że umarł. Po ostatniej takiej wieści trzech wodzów wyruszyło do Doliny na czele zbrojnych orszaków z zamiarem usadzenia swoich tyłków na czerwonym tronie, i dopiero u jej granic zatrzymała ich wola Ouma.
– A nie przygotowujecie się przypadkiem na przejęcie władzy po jego śmierci?
– Oczywiście, że tak. Gualara i jej siostry wolały udawać, że to nigdy nie nastąpi, że można się wiecznie ścigać z nieuniknionym. My nie. Ta wyspa od dwustu lat pogrąża się w bagnie rodowych zemst, krwawych odwetów i honoru pojmowanego z subtelnością pięciolatka. Rządzą tym wszystkim reguły na wpół spisane, na wpół wymyślane na bieżąco. Straciliśmy nad tym kontrolę, choć na początku wydawało się to nawet dobrym pomysłem znaleźć plemionom zajęcie, by nie patrzyły zbyt uważnie w stronę Doliny, by nauczyły się żyć, gdy jego… zabraknie. Ale teraz sądzę, że wtedy popełniono błąd, pozwalając, by treiwics stało się dominującą filozofią działania. Nie, nie filozofią. – Skrzywiła się. – Większość moich rodaków nawet nie zna tego słowa. Po prostu stylem życia na Amonerii. Tylko Oum trzyma teraz wszystko razem, gdy odejdzie, wyspa rozpadnie się jak kupka siana na wietrze. Potem podbije ją ten, kto pierwszy zgromadzi większą flotę.
– Naprawdę?
Zmarszczyła gniewnie brwi.
– Po co te pytania? To nie twoje sprawy.
– Moje, póki tu jestem. Wasz bóg darował mi życie, nawet gdy dowiedział się, kto we mnie siedzi, i usiłuję teraz dociec dlaczego? Co go do tego skłoniło?
– To, co wydarzyło się daleko na północnym wschodzie. Co wzburzyło falę, która zwróciła uwagę każdej Potęgi, jaką znamy. W tym szukaj odpowiedzi. Gdy fala dotarła do nas, Oum obudził się i zaczerpnął Mocy, jak nigdy za mojego życia. Nawet w czasie najazdu Nesbordczyków, gdy musiał ogłosić kameluuri. Wiele moich sióstr oddało życie tej nocy, a on nie robił nic, tylko wytężał uwagę, smakował zmiany w aspektach, szukał czegoś. A potem spojrzał na południe i znalazł ciebie. Nasz bóg nie wierzy w takie przypadki.
– I kazał mnie przyprowadzić.
– Tak.
– A wy chciałyście mnie zabić?
Uśmiechnęła się chłodno.
– Powiedzmy, że były takie propozycje. Szeptane w myślach. Ale Oum kazał. Gualara nie musiała ci towarzyszyć.
– Odniosłem inne wrażenie. Poza tym sądzę, że ona przede wszystkim zamierzała mnie sprawdzić. Gdyby uznała, że jestem groźny dla waszego boga, spróbowałaby mnie powstrzymać.
– Może. Jest głupia i uparta oraz uważa, że działamy na szkodę Ouma, ale nigdy nie twierdziłam, że jej lojalność osłabła.
– A działacie na szkodę Ouma?
– A sądzisz, że on nie wie, co robimy? – odbiła pytanie. – Że mogłybyśmy cokolwiek zrobić bez jego wiedzy? Nie dopuścimy do tego, by ta wyspa rozpadła się na kawałki, a potem została przykryta nesbordzkim lub fiilandzkim butem. Jeśli będzie trzeba, narzucimy porządek siłą.
– Nie dacie rady same, czy nawet z poparciem mniejszych klanów. Jest was za mało.
– Naprawdę? Co wiesz o prawdziwej sile, złodzieju? W dolinie mam ponad setkę sióstr i dość zbrojnych, by pokonać sojusz nawet kilku największych plemion, takich jak Oomni, K’warasi czy moi Ghamlakowie.
– No to wszystkie zjednoczą się przeciwko wam.
Uśmiechnęła się po raz pierwszy od dwóch dni.
– No właśnie.
Ten uśmiech powiedział mu wszystko.
– Och… psiakrew.
Taki plan budził podziw śmiałością i szaleństwem jednocześnie. Pokonać skłócone plemiona jedno po drugim albo zmusić je, by zawarły sojusz przeciw Dolinie Dhawii, nie w narzuconym przez boga kameluuri, ale kierowane zimnym, logicznym pragmatyzmem. A potem co? Poczekać, aż wybiorą wodza, a następnie złożyć mu hołd i przysiąc służbę? Przywódca potężnej koalicji, mający do dyspozycji całą potęgę Czarnych Wiedźm, może być dość silny, by utrzymać się na szczycie. Tak czy siak, wyspa zostanie zjednoczona, a wiedźmy z Doliny będą rządzić – wprost lub zza pleców jakiegoś koronowanego głupca. Imponujące.
I desperackie.
– Tysiąc rzeczy może się nie udać.
– Jedyne rzeczy, jakie na pewno się nie udają, to te, których nikt nie próbuje robić.
– Mądrość seehijskiej wiedźmy?
– Mądrość kobiety, która wybrała. Oddać najlepsze lata własnemu bogu czy stać z boku i patrzeć, jak wszystko, co kocha, ginie? Nie zrozumiesz.
Bardzo się starał dostrzec w jej oczach złośliwość lub drwinę, ale nie potrafił. Patrzyła szczerze i otwarcie.