Kawaleria kosmosu [Starship Troopers - pl]
- Автор: Хайнлайн Роберт Энсон
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-372-6
- Переводчик: Irena Lipinska
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Kawaleria kosmosu [Starship Troopers - pl]». Краткое содержание книги:
— Co? Nie. Nie, nie mogę.
— Stosunki emocjonalne pomiędzy neopsem i człowiekiem w sekcji K-9 są o wiele bliższe i znacznie ważniejsze niż u większości małżeństw. Jeśli pan ginie, zabijamy i neopsa — natychmiast. To wszystko, co możemy zrobić dla tego biedaka. Zabójstwo z litości. Jeśli jest zabity neopies… No cóż, nie możemy zabić człowieka, chociaż byłoby to najprostszym rozwiązaniem. Zamiast tego więzimy go i hospitalizujemy, aż się pozbiera.
Zrobił znak w papierach.
— Nie sądzę, byśmy mogli zaryzykować i przydzielić do K-9 chłopca, który nie potrafił przechytrzyć własnej matki i sprowadzić sobie do pokoju psa, żeby z nim spać. Musimy więc poszukać dla ciebie czegoś innego.
Dopiero wtedy naprawdę zdałem sobie sprawę, że odpadły wszystkie możliwości na mojej liście, znajdujące się powyżej Korpusu K-9. A teraz i to się rozwiało. Byłem tym tak wstrząśnięty, że prawie uszło mojej uwagi, co pan Weiss mówił. Otóż opowiadał beznamiętnie, jak o kimś, kto już umarł albo jest bardzo daleko:
— Byłem kiedyś w Korpusie K-9. Kiedy mój Caleb zginał w wypadku, dawali mi środki otępiające przez sześć tygodni, potem zostałem skierowany do innej pracy… Johnnie, te kursy, które pokończyłeś… dlaczego nie studiowałeś czegoś użytecznego?
— Słucham pana?
— Teraz już za późno. Nie mówmy o tym. Hmm… twój profesor historii i filozofii moralności ma, zdaje się, o tobie dobrą opinię…
— Naprawdę? — byłem zdziwiony. — Co napisał?
Weiss uśmiechnął się.
— Napisał, że nie jesteś głupi, że tylko jesteś ignorantem, żywiącym takie same uprzedzenia, jakie ma twoje otoczenie. Z jego strony to wielka pochwała, znam go.
Dla mnie nie brzmiało to jak pochwała. Ten stary, zadzierający do góry nosa…
— I — kontynuował pan Weiss — chłopak, który ma C-minus z oceny programu telewizyjnego, nie może być całkiem zły. A co byś powiedział na Piechotę?
Wyszedłem z Gmachu Federalnego przygnębiony, ale jednak nie całkiem. Byłem przynajmniej żołnierzem. Miałem na to w kieszeni papiery, mogłem tego dowieść. Nie okazałem się zbyt tępy i niezdatny do niczego poza fizyczną pracą.
Było parę minut po godzinach urzędowania. W gmachu pozostała tylko straż nocna i paru łazików. W rotundzie wpadłem na jakiegoś mężczyznę, który właśnie opuszczał biuro, twarz wydała mi się znajoma, ale nie mogłem skojarzyć.
Napotkał moje spojrzenie i rozpoznał mnie.
— Dobry wieczór! — powiedział raźnym głosem. — Jeszcze się nie zaokrętowałeś?
Wtedy i ja go poznałem: sierżant z floty kosmicznej, który odbierał od nas przysięgę. Szczęka mi opadła. Ten mężczyzna, w cywilnym garniturze, chodził na dwóch nogach i miał obie ręce?
— Och, dobry wieczór, panie sierżancie — wymamrotałem.
Zrozumiał dobrze wyraz mojej twarzy, spojrzał na swoje nogi i roześmiał się.
— Nie miej takiej miny, młodzieńcze. Nie muszę robić z siebie potworka po skończonej pracy. Dostałeś już przydział?
— Tak, właśnie otrzymałem skierowanie.
— Dokąd?
— Piechota Zmechanizowana.
Na twarzy rozlał mu się szeroki uśmiech i wyciągnął rękę.
— Moja jednostka! Daj grabę, synu! Zrobimy z ciebie człowieka — albo cię wykończymy. A może jedno i drugie.
— Czy to dobry wybór? — spytałem z powątpiewaniem.
— Czy dobry? Synu, to jedyny wybór! Piechota Zmechanizowana to jest Wojsko! Wszyscy inni to albo przyciskacze guzików, albo profesorowie. Oni tylko podają nam piłę, a my tniemy. — Znów uścisnął mi rękę i dodał. — Napisz do mnie kartkę: Sierżant Ho, Gmach Federalny. Znajdą mnie. Powodzenia!
I już go nie było, ramiona ściągnięte do tyłu, trzaskające obcasy, głowa do góry. Spojrzałem na swoją rękę. Ta ręka, którą mi podał, to ręka, której nie miał… Prawa ręka. Jednak czułem, jakby była prawdziwa i uścisnął mnie mocno. Czytałem o tych elektronicznych protezach, a jednak wzdryga się człowiek, gdy sam dotknie.
Wróciłem do hotelu, gdzie nas czasowo zakwaterowano. Poszedłem do swojego pokoju i zacząłem się pakować, bo skoro świt mieliśmy wyruszyć. To znaczy, pakowałem wszystkie rzeczy, by je wysłać do domu. Weiss ostrzegł nas, że wolno zabrać tylko fotografie rodzinne i jakiś instrument muzyczny, jeśli się gra oczywiście. Carl wysłał już swoje rzeczy trzy dni wcześniej. Dostał przydział do B.-R., tak jak chciał. Mała Carmen też już wyfrunęła, w stopniu podchorążego floty. Ma zostać pilotem, jeśli da radę… Na pewno da radę.
Wszedł mój współlokator.
— Dostałeś przydział? — zapytał.
— Aha.
— Jaki?
— Piechota Zmechanizowana.
— Piechota?! Och, żal mi cię, głupi biedaku! Naprawdę.
— Stul pysk! — odszczeknąłem. — Piechota Zmechanizowana jest najlepszą jednostką w armii — to jest właśnie prawdziwe Wojsko! Wy, frajerzy, tylko podajecie nam piłę — my tniemy!
— Sam się przekonasz!
— Chcesz w mordę?
Rozdział trzeci
I będziesz nimi rządził rózgą żelazną.