Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Trzej muszkieterowie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Trzej muszkieterowie

Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:

Najsłynniejsza powieść Aleksandra Dumasa ojca, której akcja toczy się w XVII wieku za panowania Ludwika XIII. Bohater książki, ubogi gaskoński szlachcic d’Artagnan i jego trzej przyjaciele: Atos, Portos i Aramis przeżywają mnóstwo zaskakujących przygód w świecie pełnym intryg, pojedynków, zdrad, miłosnych namiętności... Ze wszystkich opresji wychodzą obronną ręką, bowiem postępują wedle skutecznej zasady: “Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”.
1 ... 4 5 6 7 8 9 10 11 12 ... 167
Перейти на страницу:

— Cóż, to tylko chwilowe opóźnienie — podjął Aramis — będę nim kiedyś. Wiesz dobrze, Portosie, że studiuję nadal teologię.

— Zrobi, jak powiada — odparł Portos — wcześniej czy później.

— Wcześniej — rzekł Aramis.

— Jednego tylko czeka, zanim zdecyduje się ostatecznie na włożenie sutanny, wiszącej na kołku pod jego mundurem — powiedział któryś muszkieter.

— Czegóż to czeka? — zapytał inny.

— Czeka, aż królowa da dziedzica francuskiej koronie.

— Nie żartujmy na ten temat, panowie — rzekł Portos — dzięki Bogu, królowa jest jeszcze w wieku, kiedy się to stać może.

— Podobno pan Buckingham[*] jest we Francji — podjął Aramis ze szczególnym uśmiechem, który nadawał temu tak prostemu na pozór zdaniu sens dość gorszący.

— Aramisie, mój przyjacielu, tym razem źle mówisz — przerwał Portos — twoje upodobanie do dowcipów ponosi cię zawsze zbyt daleko; gdyby pan de Tréville cię usłyszał, nie uszłoby ci to na sucho.

— Chcesz mi dawać nauki, Portosie! — zawołał Aramis i w jego łagodnym oku zalśniła błyskawica.

— Mój drogi, bądź muszkieterem lub księdzem. Bądź jednym lub drugim, ale nie jednym i drugim — podjął Portos. — Posłuchaj, Atos ci to już kiedyś powiedział: chcesz jeść z dwóch żłobów. Ach, nie unoś się, proszę, to byłoby bezcelowe, wiesz dobrze, jaka jest umowa między tobą, Atosem i mną. Bywasz u pani d’Aiguillon i zalecasz się do niej; bywasz u pani de Bois-Tracy[*], krewniaczki pani de Chevreuse[*], i jak powiadają, cieszysz się faworami tej damy. Mój Boże, nie opowiadaj nam o swym szczęściu, nikt nie pyta o twe tajemnice, twoja dyskrecja jest znana. Ale skoro posiadasz tę cnotę, zrób z niej, u kaduka, użytek, jeśli idzie o Jej Królewską Mość. Niechaj każdy mówi, co mu się żywnie podoba, o królu i kardynale; ale królowa jest nietykalna i jeśli się mówi o niej, trzeba mówić dobrze.

— Portosie, jesteś zarozumiały jak Narcyz, uprzedzam cię — odparł Aramis — wiesz dobrze, że nienawidzę morałów, chyba że wygłasza je Atos. Jeśli idzie o ciebie, mój drogi, masz zbyt wspaniały pendent, byś mógł być mocny w tej materii. Będę księdzem, jeśli mi się spodoba, na razie jestem muszkieterem, jako muszkieter mówię to, na co mam ochotę, a w tej chwili mam ochotę ci powiedzieć, że mnie drażnisz.

— Aramisie!

— Portosie!

— Panowie! Panowie! — zawołano wokół.

— Pan de Tréville prosi pana d’Artagnana — przerwał pokojowiec otwierając drzwi gabinetu.

Na to wezwanie, podczas którego drzwi gabinetu były otwarte, wszyscy zamilkli; wśród ogólnej ciszy młody Gaskończyk przeszedł przez przedpokój i znalazł się w gabinecie kapitana muszkieterów, winszując sobie z całego serca, że tak w porę uniknął zakończenia tej dziwnej sprzeczki.

Rozdział III

POSŁUCHANIE

Pan de Tréville był w tej chwili w bardzo złym humorze, jednak pozdrowił uprzejmie młodzieńca, który skłonił się aż do ziemi, i słuchał z uśmiechem słów powitalnych; pobrzmiewał w nich akcent bearneński przypominający mu młodość i kraj rodzinny, dwa wspomnienia, przywodzące uśmiechną twarz każdego, bez różnicy wieku. Ale natychmiast niemal podszedł do drzwi i dając d’Artagnanowi znak ruchem ręki, jak gdyby prosił młodzieńca, by pozwolił mu zakończyć sprawę z innymi, zanim zacznie z nim samym, zawołał trzykrotnie, podnosząc głos za każdym razem, tak że objął całą skalę, od tonu rozkazującego do gniewu:

— Atos, Portos, Aramis!

Dwaj muszkieterowie, z którymi zawarliśmy już znajomość i do których odnosiło się to wezwanie, porzucili natychmiast kompanię i skierowali się do gabinetu; drzwi zamknęły się za nimi, gdy tylko przekroczyli próg. Ich sposób bycia, jakkolwiek zabarwiony odcieniem niepokoju, cechowała swoboda równie pełna godności jak posłuszeństwa, budząca zachwyt d’Artagnana, który uważał tych ludzi za półbogów, a ich dowódcę za Jowisza olimpijskiego, zbrojnego we wszystkie pioruny.

Kiedy dwaj muszkieterowie weszli, a drzwi zamknęły się za nimi, kiedy w przedpokoju znów zrobiło się gwarno, ponieważ wezwanie pana de Tréville dało nowy temat do rozmów; kiedy pan de Tréville przemierzył już w milczeniu i ze zmarszczonymi brwiami trzykroć lub czterykroć gabinet, za każdym razem przechodząc obok Portosa i Aramisa, wyprężonych i niemych jak na paradzie, przystanął nagle przed nimi i zawołał mierząc ich od stóp do głów gniewnym spojrzeniem:

— Czy wiecie, co mi król powiedział nie dalej jak wczoraj? Czy wiecie, panowie?

— Nie — odparli po chwili ciszy dwaj muszkieterowie — nie, panie kapitanie, nie wiemy.

— Ale mamy nadzieję, że zechce pan nam o tym powiedzieć — dodał Aramis najgrzeczniejszym tonem i skłonił się z wdziękiem.

— Powiedział mi, że odtąd będzie werbował muszkieterów spośród gwardzistów pana kardynała!

— Spośród gwardzistów pana kardynała! A to dlaczego? — zapytał żywo Portos.

— Ponieważ przekonał się, że trzeba mu będzie dodać do swego cienkusza nieco zacnego wina.

Dwaj muszkieterowie zaczerwienili się aż po białka oczu. D’Artagnan nie wiedział, co ze sobą począć, i rad byłby się znaleźć sto stóp pod ziemią.

— Tak, tak — ciągnął pan de Tréville coraz goręcej — i Jego Królewska Mość ma rację, na honor, muszkieterowie mają żałosną opinię na dworze. Wczoraj, grając z królem, pan kardynał opowiadał z miną pełną współczucia, która wcale mi się nie podobała, że onegdaj ci przeklęci muszkieterowie, te diabły wcielone (akcentował te słowa w sposób ironiczny, który jeszcze bardziej mi się nie podobał), ci dzielni wojacy (dodał patrząc na mnie tygrysim okiem) zasiedzieli się w jakimś szynku przy ulicy Férou[*] i ront jego gwardzistów (myślałem, że roześmieje mi się w nos) musiał ich aresztować. Tam do licha! Powinniście coś wiedzieć o tym. Aresztować muszkieterów! Byliście tam, tak, poznano was i kardynał wymienił wasze nazwiska. Cóż, sam jestem winien, tak, tak, skoro to ja dobieram sobie ludzi. Posłuchaj no, Aramisie, u jakiego diabła prosiłeś mnie o żołnierską opończę, kiedy czułbyś się tak dobrze w sutannie? A ty, Portosie, masz zapewne ten piękny złoty pendent do wieszania słomianej szpady? A Atos! Nie widzę Atosa. Gdzie jest Atos?

— Panie kapitanie — odparł ze smutkiem Aramis — jest chory, bardzo chory.

— Chory, bardzo chory, powiadasz? Jakaż to choroba?

— Obawiamy się, czy to nie jest wietrzna ospa, panie kapitanie — odparł Portos chcąc także wtrącić słowo do rozmowy — co najprzykrzejsze jednak, choroba na pewno oszpeci mu twarz.

— Wietrzna ospa! Znowu jakaś chwalebna historia, Portosie! Wietrzna ospa w jego wieku? Cóż znowu, pewnie jest ranny, może zabity! Ach, gdybym wiedział! U kaduka, panowie muszkieterowie, nie życzę sobie, by moi ludzie uczęszczali do podejrzanych spelunek, doprowadzali do bójek na ulicach i wymachiwali szpadami w zaułkach. Nie chcę wreszcie, by dawali powód do śmiechu gwardzistom pana kardynała, ludziom dzielnym, spokojnym, zręcznym, których nigdy się nie aresztuje i którzy zresztą nie daliby się aresztować, jestem tego pewien! Woleliby raczej umrzeć na miejscu, niż cofnąć się o krok. Uciekać, ustępować placu, zmykać to dobre dla muszkieterów królewskich!

Portos i Aramis trzęśli się z wściekłości. Chętnie zadusiliby pana de Tréville, gdyby nie zdawali sobie sprawy, że to wielka miłość do nich każe mu tak przemawiać. Tupali nogami, zagryzali usta do krwi i ściskali ze wszystkich sił gardy szpad. Powiedzieliśmy już, że w pałacu słyszano, jak pan de Tréville wzywa Atosa, Portosa i Aramisa, i z jego tonu odgadnięto, że jest w wielkim gniewie. Dziesięć głów przypadło do portiery; ludzie bledli ze wściekłości, uszom przyklejonym do drzwi nie wymykało się ani jedno słowo rozmowy, gdy usta powtarzały obelgi kapitana wszystkim obecnym w przedpokoju. W jednej chwili w pałacu zawrzało, od drzwi gabinetu aż do bramy wejściowej.

1 ... 4 5 6 7 8 9 10 11 12 ... 167
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)