Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
- Автор: Буджолд Лоис Макмастер
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 3-7337-142-7
- Переводчик: Lukasz Praski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:
Lecz teraz bóg nie żył.
Co zrobią? Czy ich umysł w ogóle zna pojęcie wolności? Jak szybko zacznie się sypać ich program, kiedy zabrakło ośrodka? Pewnie i tak za wolno. W ich oczach zapalił się paskudny blask strachu i wściekłości.
— Ja tego nie zrobiłem — zauważył Miles roztropnie. — Przecież byłem z wami.
— Zostań tu — warknął starszy. — Pójdę rozpoznać sytuację. — Poczłapał w głąb mieszkania barona i po kilku minutach wrócił. — Nie ma jego lotniaka. Zabezpieczenia rury windowej rozwalone.
Zawahali się. No tak, defekt absolutnego posłuszeństwa — brak inicjatywy.
— Może trzeba sprawdzić w całym bunkrze? — podsunął Miles. — Ktoś mógł ocaleć. Świadkowie. Może… może zabójca wciąż się gdzieś ukrywa. — Gdzie jest Mark?
— Co z nim zrobimy? — zapytał młodszy, wskazując Milesa.
Starszy spojrzał niezdecydowany.
— Zabierzemy go ze sobą. Albo zamkniemy. Albo zabijemy.
— Nie macie pojęcia, po co baron chciał mnie sprowadzić — zaprotestował natychmiast Miles. — Lepiej weźcie mnie ze sobą, aż się dowiecie.
— Chciał ciebie zamiast tego drugiego — powiedział starszy, spoglądając z obojętnością na Milesa. Mała, naga, poorana bliznami istota ze związanymi z tyłu rękami na pewno nie stanowiła dla strażników żadnego zagrożenia. Do diabła, mają rację.
Po krótkiej naradzie młodszy popchnął go i wyruszyli na szybki i metodyczny obchód, jaki na pewno przeprowadziłby Miles, gdyby sam mógł o tym zdecydować. Znaleźli ciała swoich dwóch towarzyszy w czerwono — czarnych mundurach. W poprzek korytarza rozciągała się od ściany do ściany tajemnicza kałuża krwi. Znaleźli następną ofiarę, sądząc stroju — technika. Tył czaszki zmiażdżono mu jakimś tępym przedmiotem. Na niższych poziomach dostrzegli jeszcze więcej śladów walki i plądrowania i — bynajmniej nie przypadkowo — zniszczone konsole oraz inny sprzęt.
Jakiś bunt niewolników? Może walka o władzę między wrogimi frakcjami? Zemsta? Wszystkie trzy możliwości naraz? Czy morderstwo Ryovala stanowiło przyczynę, czy cel? Czy to była masowa ewakuacja, czy masowe zabójstwo? W każdym nowym korytarzu Miles przygotowywał się psychicznie na makabryczny widok.
Na najniższym poziomie znajdowało się laboratorium, którego jedną ścianę zajmowało kilka cel o szklanych ścianach. Zapach wskazywał, że stanowczo za długo prowadzi się tu jakiś eksperyment. Zajrzał do cel i przełknął ślinę przez ściśnięte gardło.
Bryły poznaczonych bliznami i dziwnymi naroślami bezkształtnych ciał musiały być kiedyś ludźmi. Teraz przypominały coś w rodzaju… dania, jakie potrafi przyrządzić kultura. Cztery kobiety i dwóch mężczyzn. Jakiś technik przed wyjściem ulitował się nad nimi i każdemu z nich poderżnął gardło. Miles przyglądał się im zrozpaczony, przyciskając nos do szyb. Wszyscy na pewno byli zbyt wysocy, by wśród nich mógł znaleźć Marka. Takich rzeczy na pewno nie dokonuje się w ciągu pięciu dni. Na pewno. Nie miał ochoty wchodzić do żadnej celi, by przeprowadzić bliższe oględziny.
Przynajmniej wyjaśniło się, dlaczego niewolnicy Ryovala nie próbowali mu się przeciwstawiać. W tym wszystkim wyczuwało się jakąś potworną racjonalność. Nie podoba ci się praca w burdelu, dziewczyno? Masz dość nudnej i okrutnej pracy w straży, chłopcze? Może wolisz brać udział w badaniach naukowych? Ostatnie miejsce, gdzie mógłby się znaleźć jakiś Spartakus wśród ludzi należących do Ryovala. Bel miał rację. Powinniśmy wtedy zrównać to wszystko z ziemią.
Strażnicy zerknęli przelotnie na cele i ruszyli dalej. Miles ociągał się, ponieważ zaświtał mu pewien pomysł. Warto spróbować…
— Cholera! — syknął Miles, odskakując jak oparzony od szklanej ściany.
Strażnicy obrócili się na pięcie.
— Tamten… tam. Poruszył się. Chyba zwymiotuję.
— Niemożliwe. — Starszy spojrzał przez przezroczystą ścianę we wskazanym kierunku, na ciało odwrócone do nich plecami.
— Stąd nie mógłby niczego widzieć, prawda? — rzekł Miles. — Na litość boską, tylko nie otwierajcie drzwi.
— Zamknij się. — Starszy przygryzł wargę, popatrzył na wirtualny wskaźnik i po chwilowej rozterki wstukał kod. Drzwi otworzyły się, a on ostrożnie wkroczył do środka.
— A! — krzyknął Miles.
— Co jest? — burknął młodszy.
— Znowu się poruszył. Jakby drgnął.
Młodszy wydobył ogłuszacz i wszedł za swym towarzyszem do celi, osłaniając go. Starszy wyciągnął rękę, zawahał się, lecz po chwili wyciągnął zza pasa paralizator i nieufnie dźgnął ciało.
Miles czołem walnął w przycisk zamka. Szklane drzwi zasunęły się w ostatnim momencie. Strażnicy rzucili się na przezroczystą ścianę jak wściekłe psy. Drzwi prawie w ogóle nie przenosiły żadnych wibracji. Otwarte usta na pewno miotały przekleństwa i groźby, ale nie było słychać żadnego dźwięku. Drzwi najwyraźniej wykonano z jakiegoś kosmicznego materiału, który powstrzymywał też wiązkę z ogłuszacza.
Starszy wyciągnął łuk plazmowy i zaczął wypalać szklaną ścianę, która lekko się rozjarzyła. Niedobrze. Miles przyglądał się panelowi… jest. Językiem zaczął przerzucać bloki poleceń, aż wreszcie ukazał się napis „TLEN”. Ustawił poziom na minimum. Czy strażnicy stracą przytomność, zanim ściana ustąpi pod łukiem plazmowym?
Tak. Dobry system. Psy Ryovala zsunęły się po szkle, rozluźniając drapieżnie zagięte palce. Łuk plazmowy wypadł z bezwładnych dłoni i wyłączył się.
Miles zostawił ich zamkniętych w grobie ich ofiar.
To było laboratorium. Muszą się tu znaleźć jakieś narzędzia do przecinania i różne inne… są. Po kilku minutach akrobatycznych wygibasów, podczas których omal nie zemdlał, udało mu się przeciąć kajdanki krępujące z tyłu ręce. Pisnął z ulgi.
Broń? Całą broń najprawdopodobniej zabrali uciekający mieszkańcy tego podziemia, a bez biopowłoki raczej nie zamierzał wchodzić do szklanej celi, żeby odebrać broń strażnikom. Mając w ręku laserowy skalpel, czuł się jednak mniej bezbronny.
Chciał odzyskać swoje ubranie. Dygocząc z zimna, wrócił przez upiorne korytarze do wejścia bezpieczeństwa i włożył swój szary strój. Potem ruszył w głąb bunkra i rozpoczął poważne poszukiwania. Próbował uruchomić każdą mijaną nieuszkodzoną konsolę. Wszystkie funkcjonowały w lokalnej sieci, nie miał więc szans wejść na zewnętrzny kanał.
Gdzie jest Mark? Nagle przyszło mu do głowy, że gorsze od czekania w którejś z tych cel na powrót katów mogłoby być bezskuteczne czekanie na katów. W ciągu chyba najbardziej gorączkowych trzydziestu minut, jakie przeżył, otwierał lub wyłamywał wszystkie drzwi w bunkrze. Spodziewał się znaleźć za każdymi bezwładne drobne ciało z litościwie poderżniętym gardłem… Rzęził z wysiłku i obawiał się kolejnego ataku konwulsji, gdy nagle ku swej ogromnej uldze odnalazł celę — właściwie szafę — niedaleko apartamentu Ryovala. Pustą. Ale zapach wskazywał na czyjąś niedawną obecność. Na widok krwi i innych plam na ścianach i podłodze ogarnęły go mdłości. Doszedł jednak do wniosku, że bez względu na stan, w jakim znajduje się teraz Mark, na pewno tu już go nie ma.
Gdy odzyskał oddech, znalazł plastikowy koszyk i ruszył z nim jak na zakupy do laboratoriów po potrzebne urządzenia elektroniczne. Przyrządy do cięcia, przewody, aparaty do diagnostyki obwodów, czytniki i przekaźniki, cokolwiek udało mu się znaleźć. Kiedy uznał, że nabrał dość sprzętu, wrócił do gabinetu barona i zaczął rozbierać zniszczoną konsolę. W końcu udało mu się obejść zabezpieczenie czytnika dłoni, ale zaraz potem jego oczom ukazał się mały jasny kwadracik i polecenie: Wprowadź klucz szyfrowy. Zaklął, rozprostował obolałe plecy i z powrotem zasiadł do pracy, która zapowiadała się na dość męczącą.