Pierwsze uderzenie [Gust Front - pl]
- Автор: Ринго Джон
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: ISA
- ISBN: 83-88916-73-4
- Переводчик: Przemyslaw Bielinski
- Жанр: Боевая фантастика
Электронная книга - «Pierwsze uderzenie [Gust Front - pl]». Краткое содержание книги:
Wybraliśmy walkę.
Tymczasem miał wspaniały widok na nadciągającą armię wroga — tysiące centaurów wchodzących w śmiertelną pułapkę — i dysponował wystarczającym wsparciem, żeby walczyć przez wiele dni.
Nadszedł już czas, żeby wydać rozkaz otwarcia ognia.
Włączył mikrofon i połączył się z oficerem kontroli taktycznej.
— W porządku. Centrala ogniowa-wypuścić kuleczki.
Technik otrzymał rozkaz ataku. Czas dotarcia pocisku artyleryjskiego do celu zależy od odległości i rodzaju użytej broni. Niektóre jej typy, takie jak na przykład moździerze, strzelają pod dużym kątem, więc pociski zataczają duży łuk i trafiają w cel po stosunkowo długim czasie.
Dlatego technik postanowił, że działa będą strzelać w niewielkich odstępach czasowych, dzięki czemu wszystkie pociski będą mogły dotrzeć do celu niemal równocześnie i w ten sposób zadać wrogowi większe straty.
Arstenoss ze złością posłał kulę plazmy we wznoszącą się przed nim ścianę. Prowadzący ich Kessentai naładował tenary ciężkim metalem i wycofał się ze skarbem na tyły. Armia dotarła do przeklętego przez demony muru z symbolem tych po trzykroć przeklętych techników, oby ich dusze pochłonęła otchłań; najwyraźniej nie dało się już iść dalej. Kilku Wszechwładców, którzy wznieśli się w swoich tenarach ponad mur, zostało usuniętych ze Ścieżki. Dziesiątki tysięcy wojowników tłoczyły się więc w dolinie i rozglądały za skarbami i tchórzliwymi thresh. Na wschodzie znaleźli mały most i wielu Kessentai skręciło w tę stroną, ale most był dobrze broniony i za wąski. Minęłoby wiele dni, zanim udałoby się im przekroczyć rzekę i zajść thresh od tyłu. W kierunku pozycji wroga w wieżach mknęły sporadycznie wystrzeliwane pociski, ale nieprzyjaciel nie odpowiadał ogniem.
— Musimy sobie jakoś poradzić — powiedział w zamyśleniu Artulosten i spojrzał na dziesiątki tysięcy oolfos stłoczonych wokół jego tenara.
Nic na świecie nie może zatrzymać takiej armii.
— Jeśli zbierzemy wielu Kessentaiów, możemy razem zaatakować bramę miasta. Wtedy…
Urwał i odwrócił głowę. Szczyt górującego nad miastem wzgórza wybuchł purpurowym ogniem i całą okolicę zasnuł gęsty dym.
Potem centaur zobaczył lecące w ich stronę w błysku ognia jakieś obiekty. Były ich setki. Zamarł niezdecydowany, nie wiedząc, co ma w tej sytuacji robić. Człowiek wrzasnąłby pewnie „Nadlatuje”, co byłoby równie skuteczne, jak atak paraliżu.
W obronie Richmond uczestniczyło pięć dywizji piechoty. Trzy z nich przekazały swoje moździerze do baz ogniowych na wzgórzach Libby i Montrose. Stosunkowo mała prędkość i wysoki łuk trajektorii granatów moździerzowych zdecydowały o wystrzeleniu ich w pierwszej kolejności. Studwudziestomilimetrowe pociski poszybowały z wdziękiem w górę, obróciły się i runęły w dół. Zanim pokonały jedną trzecią trasy, już wystrzelono drugą salwę. I trzecią. Przy trzeciej salwie odezwało się wreszcie dziewięćdziesiąt siedem dział artylerii.
Posleeni tłoczyli się ramię w ramię w Schockoe Bortom. Wielu podjęło próby wdrapania się na wał, inni zaczęli na niego napierać, żeby go rozwalić i dostać się na Williamsburg Road. Duży strumień centaurów kierował się na most dla pieszych przy Belle Isle. Żaden Posleen nie był przygotowany na nadlatującą salwę.
Rzeź była nieopisana. Raz po raz, w odstępach kilku sekund, dwieście pocisków artyleryjskich lądowało na obszarze równym czterem boiskom do piłki nożnej.
Punkt ześrodkowania ognia artyleryjskiego ustalono z dala od pozycji piechoty, a pociski ustawiono na różne czasy detonacji. Te z zapalnikami zbliżeniowymi eksplodowały tuż nad siłami Pośleenów, kosząc wrogów w rozległych, kolistych obszarach. Centaury rażone ogniem artyleryjskim bezpośrednio były po prostu rozrywane na strzępy przez eksplozje, których furia rozpylała żółtą krew w ledwie dostrzegalną mgłę.
Granaty moździerzowe były z tego wszystkiego najbardziej efektywne. Ich zapalniki nastawiono na detonację metr nad gruntem, tak że siały śmiercią wszędzie wokół i masakrowały ściśniętych centaurów tuzinami. A zaraz potem nadlatywała następna salwa. I następna.
Żołnierzom piechoty, gęsto obsadzającym okoliczne budynki i umocnienia wokół Bortom powiedziano, że sami się domyśla, kiedy będzie można otworzyć ogień. „Strzelajcie, kiedy działa przeniosą ogień.” Przez długie chwile wszyscy byli jednak zbyt zaszokowani piekłem wybuchów, chmurami odłamków granatów detonujących nad ziemią i podrywanymi w powietrze obłokami strzępów. Kiedy jednak artyleria zmniejszyła intensywność ostrzału do spokojnego rytmu ośmiu strzałów na minutę, siły obsadzające linie obronne podniosły się i odbezpieczając broń zaczęły wybierać cele.
Najpierw odezwały się autonomiczne systemy strzeleckie. Ponieważ cała zabójcza strefa aż roiła się od oszołomionych i rannych Posleenów, którzy kręcili się w kółko pod gradem pocisków, co i rusz któryś z nich przecinał wiązki celownicze i automaty otwierały ogień.
Ustawiono je tak gęsto, że jeden Posleen często zakłócał jednocześnie kilka wiązek. Pociski kaliber 7.62 mm, zaprojektowane specjalnie do zabijania centaurów, wręcz roznosiły nieszczęsnych obcych na strzępy.
Pole bitwy zasnuwał dym i pył, z którego co jakiś czas wyłaniał się oszołomiony centaur, a wtedy z dziką furią otwierano do niego ogień. Wszyscy w Richmond widzieli wiadomości z Fredericksburga, a media zaczęły już emitować wywiady z żołnierzami, którzy przeżyli tamtejsze piekło. Za centaury zabrano się z bezlitosną wściekłością.
Rozmieszczeni w budynkach snajperzy z osadzonymi na trójnogach karabinami wyborowymi kaliber. 50 mieli pełne ręce roboty.
Wszechwładcy, którzy przeżyli, próbowali ogarnąć jakoś swoje oddziały i odpowiedzieć ogniem albo uciec z rzeźni, w którą dwunasty korpus zamienił Schockoe Bortom. Ale snajperzy nic sobie z tego nie robili. Raz po raz przypadkowy błysk działa plazmowego albo wystrzelony hiperszybki pocisk tak bardzo wyróżniał jakiegoś Wszechwładcę z zamieszania na polu bitwy, że nie można było go przeoczyć. Wówczas, lekceważąc wyznaczone pola ostrzału, tuziny snajperów wygarniały do niego z odległości czasem i tysiąca metrów. Brali na cel każdy spodek Wszechwładcy, który tylko wyłonił się z pyłu i dymu w dolinie śmierci. Grad ognia z karabinów kaliber. 50 strącał centaury z ich pojazdów, przebijał osłony napędu inercyjnego, rozwalał kryształy energetyczne.
Popołudnie ognia, dymu i śmierci miało się ku końcowi…
Generał Keeton śledził na monitorze schemat pola bitwy i cztery wykresy słupkowe. Przygotował je galaksjański przekaźnik, który dostarczono każdemu oficerowi od dowódcy korpusu wzwyż. Pierwszy wykres wskazywał wysokość strat ziemskich obrońców Schockoe Bottom, drugi liczbę Posleenów wziętych pod ogień artylerii, trzeci ogólną liczbę centaurów w pułapce, natomiast czwarty informował o całkowitej liczbie Posleenów.
Mimo faktu, że straty obrońców były sto razy mniejsze niż Posleenów, wyświetlane były w odpowiedniej skali. W końcu liczba żołnierzy była ograniczona, podczas gdy centaurów wydawało się być nieskończenie wiele. Gdyby straty okazały się za duże, generał Keeton miał zamiar wycofać się na drugi brzeg James.