Pierwsze uderzenie [Gust Front - pl]
- Автор: Ринго Джон
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: ISA
- ISBN: 83-88916-73-4
- Переводчик: Przemyslaw Bielinski
- Жанр: Боевая фантастика
Электронная книга - «Pierwsze uderzenie [Gust Front - pl]». Краткое содержание книги:
Wybraliśmy walkę.
Broni pan naszego pięknego miasta, a te małe kotewki, które zrobiła moja firma, mogą się panu bardzo przydać.
Jego uśmiech był szeroki i najwyraźniej nieszczery. Sprzedawca w oczywisty sposób chciał ubić dobry interes.
Ersin rzucił się naprzód jak wąż i jego pokryta bliznami azjatycka twarz znalazła się tylko kilka cali od twarzy cywila. Jedną ręką chwycił kołnierz jego koszuli i przyciągnął sprzedawcę do siebie.
— Co powiedziałeś?
Bob Tolert miał już nie raz do czynienia z trudnymi klientami.
Nigdy jednak nie spotkał takiego, który mógłby go natychmiast usunąć z powierzchni ziemi. Ostrożnie zastanowił się nad swoimi następnymi słowami.
— Podpisaliśmy kontrakt na produkcję jakichś kotewek do górskich umocnień — zapiszczał. — Nie wiem nawet, co to takiego. Jeden z moich przełożonych powiedział, że może pan kilka kupi.
— Ja też nie wiem, co to jest — powiedział cywilny saper.
Zamachał rękami, jakby chciał zasugerować, że zabicie cywila może nie jest jednak najlepszym rozwiązaniem.
— Ile możemy tego dostać? — spytał Ersin, a jego uśmiech stał się złowieszczy.
— Przywiózł kilka wywrotek — podsunął saper.
— Mogę już iść? — zaskrzeczał Tolert.
— Proszę.
Posleeńska kompania zwiadowców sunęła szeroką ulicą w zwartym szyku. Za nią, nie zwracając uwagi na wznoszące się przed nimi budynki o ogromnej wartości, podążał zamyślony Wszechwładca. Dowodził piątą kompanią, którą wysłano przed oolfondar. Balistyczna broń thresh powodowała, że horda traciła oolt jedno po drugim. Ten Wszechwładca był zdecydowany utrzymać swoje wojsko przy życiu dłużej, niż pozostali.
Chcąc uniknąć zasadzek, wysłał daleko przed kompanię zwiadowcę. Oolfos był dobrze rozwiniętym osobnikiem, niemal potrafił mówić.
Kessentai zatrzymał swój tenar, kiedy czujka wydał z siebie okrzyk. Ale nie był to okrzyk lęku ani gniewu.
Przodowy trzymał w ręku dziwne urządzenie. Była to metalowa tyczka, zwieńczona jakimś symbolem. Metal, z którego go wykonano, wyglądał jak… Nie, to niemożliwe…
Wszechwładca wydał okrzyk podobny do krzyku zwiadowcy i wyrwał mu zdobycz z ręki. Poklepał podnieconego półgłówka po plecach i dał mu w dowód uznania kawałki thresh.
Jeden z pozostających z tyłu mistrzów zwiadowców pchnął swój tenar naprzód, aby zobaczyć, co jest powodem zamieszania.
Wszechwładca trzymał zdobycz nad głową.
— Czysty ciężki metal — zapiał, wymachując prętem na wszystkie strony.
— Niemożliwe — krzyknął nowo przybyły i nastroszył z emocji grzebień. — Jest tego więcej?
— Sprawdźmy — zawołał Wszechwładca i dał znak swoim oolt. — Naprzód, szukajcie tego! Ruszajcie!
— Są przy pierwszej zabawce — powiedział Mosovich i poprawił ostrość w sześćdziesięciokrotnie powiększającym celowniku.
Uśmiechnął się lekko na ten widok. — Wygląda na to, że połknęli haczyk razem ze spławikiem i żyłką.
— Trzeba by ich powystrzelać — powiedział Ersin i zwalił się na łóżko.
Znajdowali się w hotelu Mariott, skąd mieli doskonały widok na nadciągającego wroga. Ersin odgryzł kawałek suszonej brzoskwini ze swoich wojskowych racji żywnościowych i skrzywił się jak szczur.
— Tak się właśnie robi z mięsem armatnim.
— Pobawmy się z nimi, generale — mruknął John Keene do nikogo w szczególności. — Niech pan nie strzela, dopóki nie zobaczy pan żółtek ich oczu.
Rozwiązał już sprawę umocnień i uznał, że teraz najlepiej byłoby mu w zespole Sił Specjalnych. Byli to jedyni ludzie w Richmond, którzy go nie prześladowali, a przy okazji niezła ochrona.
Leżał teraz na podłodze i sączył swoje pierwsze od dwóch dni piwo.
— Niech wpadną w potrzask.
— Właśnie — powiedział Mueller, robiąc sobie kanapkę.
Ostrożnie położył plasterek szynki, na nim sałatę, potem kolejną warstwę szynki, sałatę, pastrami…
— Niech jak najwięcej z nich dotrze do Schockoe Bortom.
— Jak chcesz — zaśmiał się Ersin. — Tylko pamiętaj, że nie wszystko musi się udać.
— Jak dotąd wszystko idzie dobrze — bronił się Keene. Usiadł i opróżnił butelkę piwa do dna. — Idą na miasto. — Czknął i wyrzucił butelkę do pudła na śmieci.
— Nie wierzę, żeby dotarli do Schockoe bez jednego strzału z naszej strony — powiedział Mosovich. — To wymagałoby o wiele większej dyscypliny, niż wojskowa.
— No, chodź do tatusia — szepnął specjalista czwartej klasy Jim Turner i przycisnął do ramienia karabin snajperski kaliber. 50. Przynajmniej raz mógł użyć trójnoga przeciw centaurom; czekał teraz niecierpliwie na sygnał do strzału.
Na międzystanówce w regularnych odstępach umieszczono punkty orientacyjne, oznaczone kolorowymi wstążkami. Każda kompania została przydzielona do odpowiedniego obszaru, który z kolei podzielono na mniejsze obszary dla każdego strzelca, grenadiera albo snajpera. Odcinek drogi, który należał do Turnera, miał tylko dwieście metrów długości i sto szerokości. Na tym obszarze znajdowało się obecnie trzech Wszechwładców. Zdecydował, że zacznie od tego z tyłu, a dopiero później przeniesie ogień ku przodowi.
Jim zastanawiał się, czy ktoś nie zacznie wcześniej strzelać. Kazano im pozostawać w gotowości; mieli siedzieć z zabezpieczonymi karabinami i czekać na sygnał. Nie wiadomo, ilu z nich rzeczywiście tak zrobi. W każdym razie Jim nie miał takiego zamiaru.
— Turner, do jasnej cholery! — zdenerwowała się sierżant Dougherty, kiedy stanęła w drzwiach.
— Ja tylko się przyglądam, pani sierżant.
Dougherty była ciężkim przypadkiem. Śmieszył go sposób, w jaki biegała w kółko, jakby ktoś wsadził jej w tyłek gwóźdź, ale z drugiej strony była jednak dobra i — co było najważniejsze — miała rację. Rzeczywiście nie powinien być tu, gdzie jest.
— Nie będę strzelał — powiedział i odsunął się od karabinu.
— Nie wierzę ci, do cholery, na podłogę jak wszyscy! Zabieraliśmy magazynki za mniejsze przewinienia!
— Tak jest, ma’am.
— Jeśli nie radzisz sobie z odpowiedzialnością snajpera, znajdziemy kogoś innego na twoje miejsce! I nie mów do mnie ma’am. Ja pracuję — rzuciła na koniec krępa, tleniona blondynka.
Z wyrazem niezadowolenia na twarzy cofnęła się w głąb korytarza, żeby kontynuować obchód pozycji. Żeby przypieprzać się do następnych żołnierzy.
— Jak wygląda droga na wschodzie? — spytał Artulosten.
Mistrz zwiadowców sprawiał wrażenie rozzłoszczonego. Wszyscy jego oolfos wyglądali dosyć mizernie.
— Okropnie. Niczego tam już nie ma, budynki w zgliszczach, drogi zniszczone albo zasłane tym — pokazał kotewkę. — Połowa moich oolt odniosła rany, a wielu nadaje się już tylko na thresh.
Mistrz bitewny wziął kotewkę i obejrzał ją ostrożnie. Kawałek metalu miał skierowany ku górze mały nóż.
— Jak coś takiego może zabić oolfos?
— Nie zabija. Ale kiedy wbija się w stopę, wielu oolto’os wpada w panikę i się przewraca, a wtedy te przyrządy wbijają im się w całe ciało. W ten sposób straciłem prawie tuzin wojowników.
W końcu uznałem, że już dość, i zawróciłem. Nie ma tam niczego ciekawego. Jak rozumiem, tutaj mamy drogę pełną ciężkich metali?
— Istotnie. To musi mieć ogromną wartość. Siły zwiadowcze znalazły mnóstwo takich znaczków z czystego ciężkiego metalu.