Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Światy braci Strugackich - Czas uczniów
Światy braci Strugackich - Czas uczniów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Światy braci Strugackich - Czas uczniów

Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:

Antologia opowiadań rosyjskich
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
1 ... 109 110 111 112 113 114 115 116 117 ... 137
Перейти на страницу:

Wykonała szeroki łuk posłusznym gliderem i poprowadziła go ręcznie, bez widocznego celu — w poszukiwaniu czegoś niezwykłego.

Stas

Myślałem, że choć trochę zobaczę. Coś powinno się zmienić… zniknąć, rozpuścić się, przelać z formy do formy… nie wiem. Jakoś zareagować. Ale nic się nie zmieniało.

— No i osiągnął pan swoje — powiedział człowiek z ekranu, patrząc gdzieś w bok.

— Coś się dzieje?

— Nie. Teraz już nic się nie stanie. Maszyna jest martwa.

— Czy naprawdę tylko ona popychała nas dokądś?

— Od wielu lat. Nie chcę pana więcej widzieć. Proszę odejść.

— Dokąd mam odejść? Siedzę w kabinie. To pan może po prostu się odłączyć.

— Nie mogę.

Nie zdążyłem przemyśleć jego dziwnych słów, gdy flier zakołysał się i poleciał w bok. Jakoś szybko skoczyły do twarzy czubki drzew, rozległ się mocny trzask… Na mgnienie oka powstało odczucie prawdziwego lotu, powstało i znikło. Nie sądzę, żebym naprawdę tracił świadomość. Nie, po pro-u leżałem na plecach i patrzyłem w niebo, i nie wiadomo dlaczego wcale nie chciałem przerwać tego zajęcia.

Wiśniowo-biały glider zrobił nade mną dwa głębokie wiraże, a potem zniknął z pola widzenia. Potem pojawiła się Ala.

Ala

Leżał w wysokiej trawie, nieruchomy, ale żywy. Nie wiadomo, jak człowiek może przeżyć takie uderzenie. Szczątki glidera walały się dokoła, silnik płonął w krzakach, ciskając na boki snopy iskier. W każdej chwili mógł nastąpić wybuch. Ciągnęłam go do glidera. Był ciężki, zaczepiał o wszystko. Pewnie trzeba było wziąć go na plecy, ale bałam się uszkodzić coś jeszcze i dlatego po prostu go wlokłam, trzymając pod pachy. Już wystartowałam, gdy silnik wybuchł — co prawda słabo. Na pewno nie zginęlibyśmy od tego wybuchu.

— Alu — powiedział i rozkaszlał się. — Ale historia…

— Proszę milczeć — powiedziałam.

— Maszyna jest martwa.

— Wiem.

— Jak mnie pani znalazła?

— Nienawidzę pana. — Nie mogłam na niego patrzeć, ale i tak patrzyłam. — Rozumie pan?

— Jeszcze jak.

— Gdybym mogła, zabiłabym pana. Co pan nam zrobił…

— Nie ja. Nie tylko ja… Coś już… widać?

— Nie wiem. Pewnie za wcześnie. Ale na pewno będzie widać.

— I tak trzeba było to zrobić, bo czy inaczej bylibyśmy ludźmi? — Odwrócił się i nagle cały zesztywniał. — Gdzie jesteśmy?

Popatrzyłam w dół. Pod nami była pustynia. Słońce zachodziło.

— Zaczęło się…

Nie wiem, kto to powiedział: ja czy on.

— Przeklęte bydlę! — krzyknął nagle strasznym głosem. — Alu, trzymaj ręczne sterowanie! — Zaczął wyłamywać autopilota. — I tu się dostałaś, gadzino, i tu… — Odrzucił klosz. Wściekły strumień powietrza uderzył we mnie, wstrzymał oddech, oślepił. Stas wyrzucał bloki za burtę. Już niemal nic nie słysząc i nic nie widząc, trzymałam, trzymałam, trzymałam glider. Wszystko było jak niedawno, jak wieczność temu…

— To agonia — usłyszałam nagle. — Ona tak umiera, powoli. Wiatr już nie ryczał i nie siekł po oczach. Nasza prędkość spadła, powrócił pomruk silnika. Klosz całkowicie odpadł. W dole rozpościerała się dżungla.

— Droga — powiedział Stas i wskazał kierunek. — Niech pani ląduje na drodze.

Łatwo powiedzieć. Wylądowałam po trzecim podejściu.

Kiedyś była to uczęszczana droga. Teraz wyschła, gdzieniegdzie popękała. Mniej więcej pół kilometra przed nami w poprzek drogi leżało ogromne drzewo.

— To znowu Pandora — powiedział po prostu. Wielka sprawa, dolecieliśmy gliderem na inną planetę.

— Co się dzieje, Stas? Myślałam…

— Nie wiem. Ale może dowiemy się wszystkiego.

Droga drgnęła pod nogami, wyprężyła się… rozluźniła. Szarpnęła — upadliśmy — i rozluźniła całkowicie.

— Boję się. — Rzeczywiście zaczęłam się bardzo bać. — Może odlećmy?

— Chyba tak. — Rozglądał się i przysłuchiwał się czemuś. Las był niemy. — Tak, lepiej lećmy stąd.

Po dwóch godzinach lotu pojawił się brzeg oceanu.

Stas

Dziwne, ale jeszcze się trzymała. Blada przygryzła wargę, i patrzyła do przodu.

— Kabina to umowność — powiedziała nagle. — Przypomniałam sobie. Lamondoix mówił o tym.

— Być może — zgodziłem się.

— Najprawdopodobniej kabiny były zamaskowanymi media-tronami — ciągnęła. — Maszyna wykrywała ludzi z jej punktu widzenia aspołecznych i kierowała dokądś… w eter, w nieskończoność…

— Zero-fobia nie rozwijała się w pustce — dodałem. — Nie ma fobii bez źródła.

— To wszystko spekulacje. — Westchnęła. — Nigdy niczego nie wyjaśnimy. Jestem taka zmęczona… Rozumiesz przynajmniej, że teraz nie mogę od ciebie odejść ani na krok? Rozumiesz? Nienawidzę cię, przykułeś mnie do siebie. Nie chcę, żebyś umierał. Nie chcę, rozumiesz?

— To nie będzie prawdziwa śmierć. Śmierć widma. Mentalnego modelu.

— Aleś mnie uspokoił.

— Może odpoczniemy tam? — Pokazałem przed siebie.

— Co to?

— Chyba obóz turystyczny.

— Nie podoba mi się…

Przelecieliśmy obok. Pięć minut później trafiliśmy na osiedle. Ala.

Według mnie cały mój zapas sił straciłam tylko po to, żeby nie krzyczeć bez przerwy. Nie mogłam trafić w pas lądowiska, próbowałam, próbowałam, próbowałam… Nie pamiętam, jak wylądowaliśmy.

Od strony domków biegli ludzie.

Stas

To było malutkie osiedle nurków. Było ich tu czworo, dwie pary małżeńskie: Harold i Wika, Tichomir i Sue. Zazwyczaj mieszkało tu około dwudziestu osób, ale teraz był czas urlopów.

Siedzieliśmy bardzo cisi, a gospodarze usilnie, lecz taktownie zabawiali nas i podnosili na duchu. Harold grał na banjo, Wika śpiewała cichym, przyjemnym głosem. Tichomir i Sue siedzieli objęci. W pewnej chwili poczułem, że za bardzo się rozluźniłem, szarpnąłem się z powrotem, ale już nie zdążyłem…

…zielone światło przygasło, potem zaczęło powracać. Mały stał obok i patrzył w tym samym kierunku.

I tak kiedyś trzeba by to było zrobić — powtórzył.

Może tak, może nie — powiedziałem. — Może samo by się rozeszło.

Sam nie wierzysz w to, co mówisz — odparł. — Żałuję tylko, że padło na ciebie. Kochałem cię. Naprawdę kochałem. Być może tylko ciebie.

Co teraz będzie? — zapytałem.

Nic katastrofalnego. Pasożyt został zniszczony. Co się tyczy jego trucizny, do której tak przywykliście, postaram się wam pomóc. Nie wiem, czy wystarczy mi sił, ale się postaram. Może potem będą mi potrzebni pomocnicy. Chciałbyś?

Jeszcze raz przejść przez to? Nie.

Pomyśl. Nigdy nie jest za późno na zmianę decyzji. Nigdy nie jest za późno…

…sygnał wywołania, ocknąłem się.

Dom był pusty. Ala klęczała i patrzyła na mrugające oczko wideofonu.

Wziąłem ją za rękę i podszedłem do ekranu. Dotknąłem klawisza odpowiedzi. To był Gorbowski.

— Stas — powiedział zmęczonym głosem. — Możecie wracać. Jest decyzja co do pańskiego losu. Pozytywna. Nawet nie oczekiwałem takiej jednomyślności.

1 ... 109 110 111 112 113 114 115 116 117 ... 137
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)