Światy braci Strugackich - Czas uczniów
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич, Скаландис Ант
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Rebis
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
— Nie mogę, panowie — odpowiadam. — Przypisany do szpitala polowego podlegam lekarzowi wojskowemu, panu Maggowi…
Tu mój lekarz, jakby słysząc, że o nim mowa, wychodzi ze szpitala.
— O co chodzi? — pyta. Niezbyt głośno, ale przekonująco. Przecież mnie na przykład przekonał, żebym tę ciężarówkę wypychał z błota. Co prawda bardziej przekonał szoferak, ale jednak…
— Hej, dziadku — krzyczy drugi jajogniot. — Dawaj tu, łapki z kieszeni wyjmij…
Smocze mleko! Mój staruszek ma stopień równy ogólnowojskowemu majorowi, a ci pewnie nie są wyżsi od sierżanta. Ale staruszek podchodzi i ręce z kieszeni wyjął.
— Dokumenty poproszę — mówi lekarz. I nawet dłoń wyciągnął.
— Słyszałeś? Dokumenty chce! — ucieszył się jajogniot.
A drugi nawet nie uderzył mojego lekarza, tylko zdjął mu okulary, upuścił i zgniótł butem.
Ach, ty bydlaku zawszony, myślę. Dziadek ten sto razy śmierć oszukiwał, wioząc szczepionkę, żebyś ty, gadzino, nie przekręcił się na biegunkę…
Łopata w moim ręku jakby podzieliła się na dwie części: trzonkiem jednego w przeponę, a ostrzem drugiego w grdykę.
Przesadziłem ociupinkę — zapomniałem, jak przybrałem na Korniejowym żarciu. Skosiłem jajogniota niczym legendarny Błękitny Kat łeb markiza-zdrajcy. A i ten pierwszy gościu, jak sądzę, wykitował.
Z tyłu słyszę jakiś hałas, hurkot. Oglądam się — smocze mleko! W specwozie siedział trzeci, kierucha. Już prawie zdążył na mnie skierować wieżyczkę, a w wieżyczce wszak wielkokalibrowy kaem dwudziestka, który ma pociski jak fajfus wyspowego dzikusa w stanie bojowym i niewiele zostaje z człowieka, w którego trafi taka zabawka…
Ale nie wystrzeli kierucha-jajogniot, dlatego że jego spec-wehikuł leży na boku, a lufa kaemu wydłubuje tylko dziury w asfalcie. Zza wozu wychodzi mój kochany szoferak i otrzepuje ręce z błota. Nie na darmo biorą do jednostek transportowych tych chłopaków z południowego wybrzeża, zresztą inaczej się nie da: drogi mamy, sami wiecie jakie, najczęściej trzeba dobrze dupę natężać, żeby się posuwać do przodu…
Podbiega pan lekarz: jak pan mógł, jak pan mógł, to nieludzkie… Milcz, dziadku, mówię, bo tam kieruś w środku siedzi, łączy się ze swoimi przez radiostację i zaraz będzie tu jajogniotów więcej, niż widziałeś w życiu mikrobów w mikroskopie. A specwehikuł to pojazd poważny, trwały, nie każdym granatem go łupniesz, zresztą nie mamy żadnego granatu, chyba że twój szoferak gołymi rękami połamie jajogniocki pojazd jak swat ślubny pieróg.
Szoferak zaś nawet lepiej wymyślił — zatkał szmatą rurę wydechową, a jajogniot ze strachu silnika nie wyłączył i szybciutko cały zsiniał.
— Trzeba wiać, panie lekarzu — mówię. — Pewnie zdążył swoich wywołać.
Oczywiście zaprotestował — cały lekarz, Przysięga Zdrowia Narodu. Jednak szoferak ryknął: „A co będziemy z nim gadali, chol-lera!”, zgarnął swojego bezpośredniego przełożonego pod pachę, pobiegł do ciężarówki i wepchnął staruszka do kabiny.
Ja też nie czekałem. Przysiadłem na trzeciego, żeby pan lekarz wojskowy, nie daj Boże, nie wyskoczył w imię powinności. Szoferak sypnął po gazie i poniosło nas po wyszczerbionym asfalcie tak, że głowa mała. Tylko, myślę, dokąd tak pędzimy? na wszystkich drogach posterunki, nikt nawet nie będzie próbował nas zatrzymać — walną przeciwpancernym w bok po zabawie.
— Kręć — powiadam — do Braggowki. Wszystko tam płonie jak diabli, ale jakąś piwniczkę dla siebie znajdziemy.
Latarnie w mieście nie palą się — panowie humaniści nie mają czasu zajmować się takimi drobiazgami, panowie humaniści muszą czynić rzeczy święte, muszą wyłapywać chłopaków w mundurach…
To się im udaje na sto procent: oto już syreny wyją z każdej strony, oto już ogłoszono alarm. Pełnym gazem przelatujemy przez plac Skrzywdzonej Niewinności — ktoś tam zaczął do nas strzelać, ale niepoważnie, z policyjnego pistoletu. Oto i Zielony Teatr, ale teraz nie zielony, lecz czarny, i tu się kończy nasza ucieczka.
— Paliwko się skończyło — mówi szoferak. — I tak cudem dojechaliśmy do szpitala.
— Trzeba iść do magistratu — ocknął się nasz konował — wyjaśnić wszystko, zorganizować szczepienia…
— Już oni panu zorganizują, panie lekarzu wojskowy — odpowiadam. — Po pierwsze, rozstrzelają nas, a po drugie, zaczną dumać, kogo rozstrzelali i za co. Broń trafiła w ręce cywili, straszna sprawa.
— Pewnie ma pan rację. — Mój dziadunio oklapł. Wyszliśmy z ciężarówki i rozejrzeliśmy się. Do Braggowki jeszcze kawał drogi. W pobliżu nie ma ruin, żeby w nich przeczekać, bo i domów żadnych tu nie było — strefa parkowa. Ale drzewa poszły zimą do pieca, tylko pieńki zostały. Jajognioty nad całym miastem wieszają oświetlające ładunki, jakbym rzeczywiście był taką ważną personą. Szoferak dawno temu cisnął w krzaki mój automat. Pan lekarz wojskowy według regulaminu powinien mieć dziesięciostrzałowego feldmarschala, ale obawiam się, że pan lekarz wojskowy ma kaburę nabitą środkami przeczyszczającymi i przeciwwymiotnymi. Żeby pacjenta z obu końców czyściło. Szoferak będzie łapał jajogniotów po jednemu, a ja będę wpychał tabletki w celu obniżenia zdolności bojowej…
Słyszę jakiś szum na końcu byłej alei. Już miałem szoferaka z lekarzem położyć na ziemi i sam się ułożyć, ale było za późno. Podlatuje do nas długaśny czarny huragan — na pewno skonfiskowany z herzogowego garażu. Syrena wyłączona, światła wyłączone. A ja nawet nie zabrałem swojej śmiercionośnej łopaty.
Odsuwają się drzwi. W huraganie siedzi tylko jeden człowiek. Ale za to jaki! Wcześniej go widziałem tylko na zdjęciach w specpismach. Za kierownicą siedzi Jednooki Lis, szef kontrwywiadu Jego Ałajskiej Wysokości.
— Czołem, kursant — powiada. — Chyba zbiera się dzisiaj na deszczyk…
I po tych słowach moją świadomość porzucił Bojowy Kot Gag, dziarski kursant, fajny chłop, ale głupawy, a ja znowu stałem się sobą — pułkownikiem kontrwywiadu Gigonem, następnym herzogiem ałajskim.
Rozdział 2
Referowałem szczegółowo. Rysowałem wykresy, montowałem listy, kreśliłem schematy i mapy. Od czasu do czasu Jednooki Lis włączał we mnie Gaga i wypytywał o to, co Bojowy Kot widział w domu Kornieja Jaszmy, z kim się spotykał i jakich rozmów lubił słuchać. Kiedy stawałem się pułkownikiem Gigonem, słuchałem zapisów opowieści Gaga i za każdym razem dziwiłem się, że mamy zupełnie różne głosy. Dobry jest ten system — dwaj w jednym. Kociaka, jak widać, wszyscy brali za całkowitego bałwana (a całkowitym bałwanem akurat nie był) i roztrząsali przy nim absolutnie poważne rzeczy, istoty których mógł dojść tylko pułkownik Gigon.
Oto pan Korniej otwiera Gagowi oczy na bydlęcą istotę rządzącej ałtajskiej dynastii, oto pokazuje doniesienia ziemskich agentów… Wielu z nich już namierzyliśmy, ale jeszcze kilka nazwisk nie zaszkodzi. Brać będziemy wszystkich, co do jednego. Tyle że w Imperium też jest ich pełno, generale, oto lista, ale jak będziemy ich tam szukać?
— Proszę się nie niepokoić, Wasza Wysokość — powiedział Jednooki Lis i zapalił śmierdzącego skręta. — W sprawie interwencji od dawna i pomyślnie współpracujemy z imperialną służbą bezpieczeństwa. Nie meldowałem o tym wcześniej, proszę o wybaczenie.
Zatkało mnie. Podczas gdy dwa państwa od kilku lat wściekle tarmoszą się wzajemnie, ich wywiady, jak się okazuje… I to jeszcze bez mojej wiedzy… Już miałem przywołać pluton, ale się rozmyśliłem. Poza tym nie wiadomo komu aktualnie służy pluton egzekucyjny. Dlatego powiedziałem tylko: