Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Światy braci Strugackich - Czas uczniów
Światy braci Strugackich - Czas uczniów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Światy braci Strugackich - Czas uczniów

Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:

Antologia opowiadań rosyjskich
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
1 ... 108 109 110 111 112 113 114 115 116 ... 137
Перейти на страницу:

— No, w pewnym sensie tak.

— Świetnie. Kiedy pan wraca, nie rzuca się panu w oczy przestrzeń i pustka na Ziemi?

— Był pan u Sikorskiego? Może i teraz pan tam jest?

— Nie — odpowiedziałem tylko na ostatnie pytanie.

— Sikorski to zwariowany staruch. Ma idee fixe…

— Przed przylotem tutaj zapoznałem się z widmem promieniowania, które zrasza Ziemię jak złoty deszcz. Tylko cztery procenty widma są modyfikatorami zachowania. Dziewięćdziesiąt sześć to modyfikatory recepcji.

— Niech pan przestanie pleść głupoty, Popów. Sam tworzyłem te widma, rozumie pan? Nie wiedziałem, co tworzę?

— Promienniki na sputnikach Atlas nie pracują — ciągnąłem. — Natomiast zamontowano tam wariator prawdopodobieństwa, którego stosowanie, co panu powinno być wiadome, jest kategorycznie zabronione. Tagora to według pana też wynalazek maszyny?

— Tak. To znaczy nie maszyny. Tagorę wymyślił w czterdziestym siódmym roku Michael Higgins. Maszyna zrealizowała jego pomysł.

— Jasne. Można mu pogratulować. Wynalazek okazał się tak pojemny, że rozpoczął samodzielne życie.

— To rodzaj iluzji. Mam nadzieję, że pan to rozumie?

— Oczywiście. Ale skąd się w takim razie wziął wariator?

— A co to ma do tego?

— Wariator dostarczono z Tagory. Jako wzorzec techniki Wędrowców.

— Wszystko się pomieszało. Zresztą tak powinno być. Na określonym etapie nasycenia nie udaje się wyśledzić, skąd przychodzi ta czy inna iluzja.

— Proszę powiedzieć, Bromberg, czy współpracował pan kiedykolwiek z Pirsem?

— Co to znaczy: współpracował? On jest noologiem, a ja historykiem nauki. Pewnie, poznałem jego prace, jego samego… Kiedy stało się to nieszczęście w laboratorium, akurat szedłem do niego.

— Jakie nieszczęście się tam wydarzyło?

— Wybuchowy impuls Tiffany’ego. Wie pan, co to jest impuls Tiffan’ego? Chociaż, co to ja…

— Mam inne dane.

— Pańskie dane są błędne!

— Możliwe. Ale nigdy pan nie pomyślał, że każde błędne wyjaśnienie ma punkt styczny z prawdą? Jakby się z nią drażni. Kiedyś mówiono, że złodzieja ciągnie na miejsce zbrodni.

— Czy pan to o mnie?

— Na razie nie. Ale proszę sobie przypomnieć, że zakaz stosowania Maszyny wyjaśniano tym, że w jej trzewiach zrodził się nowy nieludzki rozum, nowa cywilizacja. Tak?

— Tak. Sam wymyśliłem to wyjaśnienie. Do dziś jestem z niego dumny.

— A nie wydaje się panu, że coś podobnego wydarzyło się naprawdę?

— Chorobliwy bełkot. W stylu Sikorskiego.

— Rozum, który otrzymał możliwość zasiedlania świadomości tysięcy milionów ludzi, którzy z kolei w ogóle…

— Dość!

— Pirs właśnie nad tym pracował, prawda? Może maszynowy rozum wyczuł w nim niebezpiecznego przeciwnika, konkurenta?

— Wystarczy!!! — Głos Bromberga wzniósł się do poziomu pisku i załamał się… On sam, cały purpurowy, pochylił się w stronę ekranu, jego twarz wypadła z kadru, pozostały tylko oczy i lśniący nos. Szalone, nieco zezujące oczy. Potem wolne mrugnięcie. — Ma pan rację, Popów — powiedział Bromberg zupełnie inaczej. — Nie wątpiłem, że pan się wszystkiego domyśli. Posiadając taki zakres informacji, trzeba by się starać, żeby się nie domyślić.

— To pan, Bromberg? — zapytałem.

— Tak. W określonym wymiarze.

Ala

Wylądowali na jakiejś maciupeńkiej wysepce pośrodku pustego oceanu. Dom był przysadzisty, wciśnięty w skały. Zapewne w zimie są tu sztormy.

— Rudolf Sikorski — Maksym przedstawił gospodarza. — Aleksandra Postyszewa, nosiciel noogramu Stasa Popowa.

— Czuje to pani? — zapytał Sikorski, ściskając jej dłoń.

— Czasami.

— Niech się pani trzyma, dziewczyno. To bywa ciężkie, szczególnie kiedy zaczyna się rozpadać. Maksym przeżywał taką sytuację.

— Mówił mi, ale bez szczegółów.

— To są takie szczegóły, że lepiej o nich nie mówić. Najważniejsze, to nie pozwolić jeźdźcowi kierować sobą. I niech pani wie, że ból jest krótkotrwały. Dzień, dwa.

— Będzie zanikał.

— Tak. Będzie umierał w pełni świadomości. Będzie się czepiał pani.

— Co za koszmar.

— Koszmar. Bardzo sympatyczny człowiek, spodobał mi się. Co myślisz o tym wszystkim, Maksym?

— Co on zamierza zrobić, Ekscelencjo?

— On? Zamierza? To złe słowa.

— Możliwe, że złe.

— Po prostu złe, Maksym. Nie wiem, czego chcesz ode mnie. Przecież widzisz: wysiadłem. Nagle okazało się, że jestem człowiekiem, który chciał bronić twierdzy bardziej stanowczo niż inni, ale sam w swoim zapale rozwalił ściany. I już. Ostatni ruch przeciwnika. Po prostu wchodzi… nawet przychodzi do mnie. Na filiżankę herbaty. Do mnie. Co za ironia.

— On nie jest przeciwnikiem — powiedziała Ala.

— Nie on. Nie Popów. Przeciwnik siedzi w nim.

— Nie. Nie ma pan racji. Myli się pan co do sedna.

— Nie, Aleksandro. Nie mylimy się. Być może po prostu mówimy o różnych rzeczach.

— Gdzie on jest? Pan wie gdzie? Domyśla się pan?

— W stu miejscach jednocześnie. Przeszedł przez wariator. Wie pani, co to jest?

— Tak.

Ala odwróciła się i zaczęła patrzeć na ocean. Nigdy wcześniej go nie widziała.

— Kiedy się tego wszystkiego dowiedziałem, próbowałem wczuć się w Maszynę — powiedział za plecami Sikorski. — Nie myślę, żeby można było to długo znosić. Zastrzeliłbym się od razu.

— Musiała bardzo długo hodować sobie ręce — rzekł Maksym. — A może dla niej pół wieku to mgnienie?

Stas

Leciałem w malutkim pstrym flierze-żuczku na północ. Człowiek na ekranie, Bromberg, który nie jest Brombergiem, lecz jakby… przedstawicielem, mówił coś, czasem przekonująco, czasem błagalnie…

Chyba czasem nawet mu odpowiadałem.

Terytorium zajęte przez kompleks Maszyny wyraźnie wyróżniało się w pejzażu. Więdnące jesienne kolory nagle zostały zastąpione czarno-zielonymi: z jakichś powodów wszystko tutaj było obsiane marsjańską trawą-kamieniojadką. Trzy rzędy słupów z drutami oczywiście były tylko symboliczną przeszkodą, natomiast płotem rzeczywistym były talerzyki hipno-promienników. Człowiek, który trafił na to terytorium, po prostu nie może ich minąć, pójść tam, do kwadratu o rozmiarach pięćset na pięćset, gdzie z poziomu ziemi można nie zauważyć szaropiaskowego, bardzo niskiego, niemal tak wysokiego jak ja budynku w kształcie litery P.

Zmniejszyłem prędkość i przeleciałem nad nim, potem zawróciłem i przeleciałem jeszcze raz.

Wydawało mi się, że wyczuwam, jak pode mną — tam, w głębinie — pękają jędrne pęcherzyki.

Teraz mogłem lecieć dokądkolwiek.

Człowiek z ekranu patrzył na mnie w milczeniu.

Ala

Przejście i jeszcze jedno przejście. Nie znane miasto. Opadanie liści. Ciepły wiatr. Glider znaleźli na placu.

— Dziękuję, Maksym. Dalej pójdę sama.

— Zegnam. — Odwrócił się, jakby stracił zainteresowanie nią całą resztą.

— Proszę się nie gniewać.

— Jakie tam gniewanie…

Jakie gniewanie, gdy grozi nam… co? Zguba? Nie. Po prostu całkowite i powszechne poniżenie. Uświadomienie sobie swojej nicości. Swojej zależności i mizeroty. Ale i uwolnienie…

1 ... 108 109 110 111 112 113 114 115 116 ... 137
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)