Miedziany Król
- Автор: Дяченко Марина и Сергей
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 978-83-7590-012-5
- Переводчик: Iwona Czapla
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Miedziany Król». Краткое содержание книги:
Przypadek sprawia, że poznaje pradawne zaklęcie — prośbę skierowaną do tytułowego Miedzianego Króla: w zamian za rzecz szczególnie dla proszącego ważną Król dać ma to, czego w danej chwili proszący szczególnie potrzebuje, przy czym to Król, a nie proszący, decydować ma, co stanie się przedmiotem zamiany. Chłopak korzysta z owej wiedzy w sposób bezwzględny. Dzięki niej z niewolnika wspina się na sam szczyt społecznej drabiny — dowodzona przez niego armia jest w stanie konkurować z największymi potęgami tego świata. Czy aby jednak na pewno dzięki temu osiąga sukces? Czy może osiągnąłby go i tak, bez pomocy mitycznego Króla?
Kobieta, pochylająca się nad odłamkami w misie, rzuciła na przybyłą szybkie, zimne spojrzenie. Kamień na jej palcu łagodnie pobłyskiwał.
— Przy kuchni nie dadzą mu zginąć — władca uśmiechnął się. — Ale jeśli liczyłaś na coś więcej, niż miejsce kucharczyka, to lepiej go zabierz od razu. Decyzja należy do ciebie… Albo możesz zdecydować później, przyjechać i zabrać go do domu w każdej chwili. Zrozumiem.
Dżal wyszła, odprowadzona przez strażnika Brana. Chłopiec wlókł się z opuszczoną głową i dopiero w drzwiach obejrzał się na wysokiego, strasznego człowieka, który, wedle słów matki, był jego ojcem.
Zamknęły się skrzydła drzwi.
— On naprawdę jest do ciebie bardzo podobny — powiedziała Jaska. — A ona, co to za jedna?
— Pierwsza — powiedział Razwijar.
— Naprawdę?
Oparł się łokciem o kratkę balkonu i głęboko westchnął:
— Szpiedzy donoszą, że w Imperium znowu bunty na granicach — rzekł.
— Doskonale. Im więcej ziem zbiorą razem, tym trudniej będzie utrzymać je w szachu.
Mag złożyła razem dwa odłamki. Zębate krawędzie dopasowały się tak, że pęknięcie przestało być widoczne.
— Nawet nie zapytałeś, jak on ma na imię.
— Kto?
— Twój syn.
Patrzył na przeciwległą stronę wąwozu. Garbami wznosiły się mosty ponad potokami. Drogi zakosami ciągnęły się w górę. Jedną ze ścieżek, w tumanach kurzu, pędził jeździec z pocztową torbą.
— Duszno mi — Razwijar poluzował kołnierz.
— Duszno ci dlatego, że nie walczysz? — Jaska ostrożnie przekładała odłamki. — Dlatego, że twoje ziemie żyją w pokoju, władco?
Na jej twarzy nie było ani jednej zmarszczki, ale we włosach jaśniały siwe pasma, a nerwowo poruszające się palce zdawały się bardzo chude. Usłyszeć ironię w spokojnym głosie mogło tylko czułe, wyćwiczone ucho.
— Jestem dobry — przez zęby wycedził władca. — Bardzo chcę uszczęśliwić swoim panowaniem jeszcze setkę innych ziem. Wiem nawet, kto jest następny w kolejce po szczęście.
Kiedy skończysz?
— Nie ponaglaj.
Razwijar odprowadzał wzrokiem znikającego za górą pocztowca. Nagóreni, nienawidzący jakiejkolwiek zależności, coraz ściślej współpracowali z jego nowym państwem. Zbyt wiele pokus; bezpieczne drogi, ciepłe domy i bogate rynki, tanie produkty, szkoły, chwała w służbie władcy; dzieci wyrastające w nagóreńskich jaskiniach marzyły o tym, żeby kiedyś nałożyć czarno–srebrną kurtkę zamkowego strażnika. Drogi, wytyczone z Nagórza do zamku, nigdy nie były puste.
— Potrzebuję broni, Jaska. Jeśli okaże się, że cała ta szarpanina z ogniem jest bezużyteczna…
Ręce, przebierające odłamki, drgnęły. Ostry brzeg kamyka zadarł skórę. Z drobnego przecięcia wystąpiła krew. Kobieta zlizała ciemną kropelkę.
— Potrzebuję jeszcze palaczy. Ludzie szybko załamują się przy tej pracy.
— Ilu?
— Dziesięciu.
— Dobrze. Kiedy pokażesz mi jakikolwiek rezultat swoich działań?
Jaska zamyśliła się, patrząc na odłamki.
— Robię wszystko, co w ludzkiej mocy. Jeśli rozkażesz — zrobię wszystko, co w nieludzkiej.
Podniosła się, wyprostowana, wyniosła. Dół ciemnej sukni miękko musnął podłogę.
— Kochałeś ją? — zapytała niedbale. — Dżal?
— Tak — odpowiedział bez zastanowienia. — Bardzo.
Jasnowłosy chłopczyk siedział nad kartką papieru, wypisując litery zaciśniętym w dłoni piórem. Mocno zagryzał wargi. Łzy kapały na kartkę, rozmazując to, co napisał.
— Podarek, czas położyć się spać.
— Razwijar powiedział, że moje litery są podobne do robaków na mękach.
— Władca miał na myśli, że musisz się postarać. Ale nie siedzieć przy biurku całą noc!
— Razwijar powiedział… Nie ruszaj mnie! Robaki… na mękach… tak powiedział, żebym nie wstawał od stołu, dopóki nie napiszę ładnie!
— Władca miał na myśli…
— Wiem, co miał na myśli! Odczep się ode mnie, Nolla, wiem, co robię…
I wyciągnął ze stosu czystą kartkę, na nowo umoczył pióro i znowu zabrał się za pisanie szeregu wymyślnych liter; jego maleńki ogon chlastał nerwowo na boki, uderzając o nóżki krzesła.
— Nolla, co się stało? — cicho zapytał Razwijar. Niańka drgnęła i odwróciła się; nie słyszała jak wszedł.
— Nic, panie, tylko Podarek…
Chłopczyk nie odrywał się od pracy. Mężczyzna zajrzał mu przez ramię: litery wiły się, wypełzając za linijki i wyglądały o wiele gorzej niż te, które kaligrafował wcześniej.
— Kończ, Dar. Jesteś zmęczony.
— Nie jestem zmęczony. Napiszę.
— Napiszesz.
Razwijar wyciągnął pióro z jego palców. Nachylił się i chwycił pod przednie łapy. Chłopczyk, chimajryd, był szczupły, ale ważył tyle, co dwoje ludzkich dzieci.
— Nie krzycz na Nollę. Dobrze? Czy ja na nią krzyczę?
Malec patrzył na niego z góry. Jego usta cały czas były jeszcze mocno zaciśnięte:
— Do robaków na mękach…
— Nie chciałem cię urazić.
Chłopczyk głęboko westchnął. Razwijar poczuł, jak uniosły się i opuściły jego żebra.
— Przyjdziesz powiedzieć mi „Przekleństwo zostało zdjęte”?
— Tak.
Nazwali go Podarunek Po Klęsce. Na przekór tradycji, nadano mu imię od razu — nie chcąc kusić bogów oczekiwaniem na pełnoletność.
Właściwie imię było jedyną spuścizną chimajrydzkiego pochodzenia chłopca, dorastał on bowiem w zamku, a tradycje swojego ludu poznawał tylko z opowieści. Jednak o wiele bardziej niż kronik Nagórenów, lubił słuchać „Podróży na Osi Nos”.
— „…On wślizguje się pod powierzchnię wody, nie podnosząc fali i z łatwością pływa pod lodem — Razwijar wypowiadał słowa dźwięcznie, odrobinę przeciągając, jak wypada deklamującemu. — W paszczy wielkiego chapuna mieści się cały dorosły człowiek i nie na darmo chłopi, żyjący przy brzegach dużych zbiorników wodnych, nazywają go Śmiercią”.
— Ojciec chodził na Śmierć — zamarły w słodkim przerażeniu wyszeptał Podarek.
— Tak. Jeden na jednego.
— Z oszczepem.
— O tak… iii raz!
Podarek skoczył, zmiął kołdrę maleńkimi, uzbrojonymi w pazury łapami:
— I jeszcze o tak: bam!
— I tak: szwyr! — Razwijar zamachnął wyobrażonym oszczepem.
— A Śmierć — chrup! Pac! — Dar zwalił się na łóżko, rozkładając ręce i łapy.
— On jest bardzo dzielny — powiedział władca. — Najodważniejszy pośród Nagórenów.
— Aha. — Malec ułożył się na brzuchu w poprzek poduszki. — A ty jesteś najodważniejszy z ludzi. On się ciebie słucha?
— Tak — Razwijar uśmiechnął się. — Ponieważ jestem jego jeźdźcem.
— A ja nie będę miał jeźdźca — po chwili milczenia powiedział Podarek.
— Dlaczego?
— Dlatego, że nie będę nikogo słuchał, oprócz ciebie. A ty nie możesz na mnie wsiąść, bo mnie zgnieciesz!
Władca wziął go za uszy. Oparł swoje gorące czoło o chłodną skroń malca:
— Nikt cię za język nie ciągnął. Skoro się mnie słuchasz, to kładź się spać. Już czas.