Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Miedziany Król
Miedziany Król - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Miedziany Król

Электронная книга - «Miedziany Król». Краткое содержание книги:

Akcja powieści toczy się w tym samym uniwersum co wcześniejsza powieść ukraińskiego duetu, Waran. Jej bohaterem jest potomek wyklętej przez większość ludów zamieszkujących ów świat rasy heksów; trudno się zresztą dziwić niechęci do kanibali. Natura obdarza go niesamowitą pamięcią; wystarczy mu raz przeczytać książkę, by potrafił zacytować ją bez najmniejszego choćby błędu.
Przypadek sprawia, że poznaje pradawne zaklęcie — prośbę skierowaną do tytułowego Miedzianego Króla: w zamian za rzecz szczególnie dla proszącego ważną Król dać ma to, czego w danej chwili proszący szczególnie potrzebuje, przy czym to Król, a nie proszący, decydować ma, co stanie się przedmiotem zamiany. Chłopak korzysta z owej wiedzy w sposób bezwzględny. Dzięki niej z niewolnika wspina się na sam szczyt społecznej drabiny — dowodzona przez niego armia jest w stanie konkurować z największymi potęgami tego świata. Czy aby jednak na pewno dzięki temu osiąga sukces? Czy może osiągnąłby go i tak, bez pomocy mitycznego Króla?
1 ... 114 115 116 117 118 119 120 121 122 ... 138
Перейти на страницу:

Władca kamiennego zamku znał jedyną na świecie rzecz, zdolną na długo, a możliwe, że i na zawsze, zaspokoić Króla. Postawił sobie cel, i szedł ku niemu możliwie najkrótszą drogą. Miał zamiar zdobyć tę rzecz, bez względu na jej wartość. Zdobyć za cenę wysiłków, ryzyka, cudzego życia. Zdobyć i złożyć w ofierze. I wtedy znowu świat stanie się jasny, ograniczony umysł rozszerzy się i Razwijar znowu zobaczy żyłki na liściach i błyski na wodzie, rozłupie skorupę ograniczeń, w której męczy się poznanie, niby dorosły ptak w jajku.

Stanie się potężniejszy… I będzie wreszcie spokojny.

* * *

W jego komnatach rozbrzmiewała muzyka. Starzec i podrostek, nauczyciel i uczeń, grali na dwóch instrumentach, wytoczonych z ogromnych morskich muszli. W masę perłową wbudowane były metalowe płytki i naciągnięte struny. Dźwięk każdego przypominał cienki, prawie dziecinny ludzki głos albo łagodny, przymilny, albo głęboki, uroczysty. Muzykanci pokonali długą drogę, zanim trafili do zamku, wywodzili się bowiem z Niemego Narodu. Razwijar nie rozumiał ich mowy i nawet nie zawsze mógł ją dosłyszeć. Za to potrafił pisać w języku Niemych — dawno temu, w młodości, zdarzyło mu się przepisywać ich księgi. Na ścianie Wschodniej Ciemnicy było kiedyś wydrapane słowo „pamięć” — ktoś z Niemych był niewolnikiem w zamku, a potem zaginął, nie wiadomo gdzie i jak. Najprawdopodobniej zginął w górach.

Władca kiwnął głową witając muzykantów. Za białym parawanem czekała na niego ciepła woda, czyste ręczniki, przyjemne wonie olejków, przezroczysty basen do kąpieli; służąca puściła na wodę pływające białe kwiaty.

Zwali ją Sonna. Była jedną z tych dziewcząt, które czasami wystawały na drodze w oczekiwaniu, żeby chociaż z daleka, chociaż przez chwilę, zobaczyć władcę. Gospodarny Szlop zauważył ja w tłumie, ładną i świeżą i wziął do pracy za jedną miskę kaszy, na próbę. I Sonna wytrzymała okres próbny. Razwijara poruszało jej całkowite, pełne samowyrzeczenia, oddanie.

— Dzisiaj białe? Dlaczego?

— Dzisiaj jest dzień Białego Słońca, władco — uśmiechała się, szczęśliwa, że wreszcie przyszedł. — U nas w osadzie.

— Czy u was każdego dnia słońce zmienia kolor?

— Nie każdego. Ale wielkolistniki kwitną każdego dnia na nowo. Farbujemy suknie ich pyłkiem.

Pochodziła z osobliwego, bardzo nielicznego ludu, żyjącego na wyspie, niedaleko portu Fier.

Na wyspie nie uprawiano ziemi i nie wypasano zwierząt, mieszkańcy handlowali wielkolistnikiem, dziwną rośliną, z której zdolny ogrodnik mógł wyhodować i drzewo, i krzew, i trawiasty dywan, u nawet cały dom.

Za parawanem prowadziły dialog dwa głosy — cienki, gwałtowny i głęboki, spokojny.

Muzykantów Niemego Nurniki było tak mało, że nie wszystkim udawało się usłyszeć ich grę chociaż raz w życiu. Władca zamknął oczy, Sonna ściągnęła mu sapogi i podniosła kielich z przezroczystym napojem o cierpkim zapachu. Znakomity „aramer”, który robił furorę w Mirtie i był na wagę płynnego złota. Razwijar niewybredny w jedzeniu i piciu, mimo to nabrał zamiłowania do napoju Złotych i nie wyobrażał sobie bez niego swoimi) wieczornego posiłku.

Służąca przejęła z jego rąk opróżniony kielich. W kącie komnaty stał nakryty stół. Języczki płomieni dotykały żelazznych podstawek. Pod pokrywami z cieniutkiego szkła dusiły się dania z mięsa, ryb, topionych serów i zamorskich warzyw.

— Podaj mi papier.

Napisał na kartce w języku Niemego Narodu: „Dzisiaj nie chcę myśleć. Zagrajcie mi blask słońca w listowiu”. Służąca naniosła notatkę, muzyka ucichła, nastąpiła przerwa, a potem i cienki głos zabrzmiał znowu. Razwijarowi przywidziały się skrzydła na tle połyskującego światła i zielonych cieni. Sonna zaczęła go ostrożnie rozbierać, potem przyniosła pełne pary ręczniki, wytarła mu twarz, pierś, brzuch; głęboko westchnął i wszedł w gorącą kadź, zanurzył się po głowę, czując jak rwą go rany na nadgarstkach, jak zawsze od tamtego dnia.

W muzykę wkradł się fałszywy ton — na mgnienie. Pomylił się młodszy muzykant, nigdy wcześniej mu się to nie zdarzyło. Coś się stało.

Wynurzył się z wody. Muzyka ucichła.

— Władca odpoczywa — wyszeptała do kogoś Sonna, niepojętym sposobem starając się wyrazić w dwóch, prawie bezdźwięcznych słowach, wzburzenie, wstrząs i niechęć do uwierzenia własnym oczom.

— Przekleństwo zostało zdjęte, Łuks wejdź — głośno powiedział władca.

Odsunąwszy parawan ramieniem, wszedł chimajryd. Pachniało od niego dymem, jasna broda była potargana.

— Wybacz. Jest mało czasu.

Razwijar podciągnął się:

— Co się stało?

Łuks zerknął na Sonnę.

— Odejdź — łagodnie powiedział Razwijar do dziewczyny. — Daj znać muzykantom, że są wolni do jutra.

Chimajryd odczekał aż ucichną kroki i szczelnie zamkną się drzwi.

— W zamku złapano szpiega.

Władca milczał. W ciągu jednego tylko roku w zamku złapali pół dziesiątki szpiegów, a ilu przepuścili — trudno zliczyć. Ludzie przychodzili zewsząd, najmowali się do pracy, zaczynali wypytywać i podpatrywać. Dla mieszkańców wiosek i przybyszów z dalekich miejsc, wszystko było nowe, naturalnie, rozpierała ich ciekawość…

Łuks opuścił głowę:

— Miał podręczną żmijkę. Użył jej. Ukąsiła go i zdechła.

Razwijar spochmurniał. Wcześniejszym szpiegom nie spieszno było umierać, targowali się o swoje życie i nie wyróżniali się pomysłowością.

— Jaska mówi, że on nie poddaje się magii. Glenir potrafił zatrzymać działanie jadu. Tylko zatrzymać. On umrze w ciągu godziny, możliwe, że szybciej.

— Kimże on jest?!

— Złoty — wydusił chimajryd. — Prawdziwy Złoty z Mirtie.

* * *

Człowiek leżał na drewnianych noszach w komnacie strażników przed samym kominkiem.

Paliło się mnóstwo świec. Jaska siedziała za stołem, z przyzwyczajenia przebierając skorupki w okrągłej misie. Obok stał z opuszczoną głową Glenir, zamkowy lekarz. Kominek ział zimnem i pustką, Razwijar skulił się, opatuliwszy w płaszcz aż po czubek nosa. Po wyjściu z gorącej wody, powietrze w zamku zdawało się szczególnie chłodne i wilgotne.

Podszedł do leżącego i pochylił się nad nim. Wydłużona czaszka była całkowicie goła, zapewne człowiek ten nacierał ją kapeluszem „bezbrodego grzyba”. Twarz z głębokimi bruzdami, naznaczona była chorobą skórną. Kiedy dokładnie przyjrzał się umierającemu pojął, że to sprytny zbieg, trwała farba niczym maska umiejętnie skrywała oznaki rasy. Nic dziwnego, że ani rzemieślnicy dolnych kondygnacji, ani strażnicy środkowych pięter nie poznali Złotego. W tych regionach, ktoś i tulem z Mirtie, to rzadkość.

Twarz miał smagłą, prawie brązową, o wystających kościach policzkowych. Lekko podrygiwał, leżąc na swoich noszach. Wstrząsały nim dreszcze. Czoło i policzki pokryły się kropelkami zimnego potu. Wokół szyi pomarszczonym naszyjnikiem wisiała zdechła żmijka.

— Glen?

— Bardzo silny jad, władco. Nie zostało mu zbyt wiele czasu.

— Jaska?

Kobieta wzruszyła ramionami. Strażnicy, będący w komnacie, starali się trzymać z daleka od leżącego na noszach i od maga.

Razwijar skinął w kierunku lekarza:

— Dziękuję. Odejdź.

1 ... 114 115 116 117 118 119 120 121 122 ... 138
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)