Miedziany Król
- Автор: Дяченко Марина и Сергей
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 978-83-7590-012-5
- Переводчик: Iwona Czapla
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Miedziany Król». Краткое содержание книги:
Przypadek sprawia, że poznaje pradawne zaklęcie — prośbę skierowaną do tytułowego Miedzianego Króla: w zamian za rzecz szczególnie dla proszącego ważną Król dać ma to, czego w danej chwili proszący szczególnie potrzebuje, przy czym to Król, a nie proszący, decydować ma, co stanie się przedmiotem zamiany. Chłopak korzysta z owej wiedzy w sposób bezwzględny. Dzięki niej z niewolnika wspina się na sam szczyt społecznej drabiny — dowodzona przez niego armia jest w stanie konkurować z największymi potęgami tego świata. Czy aby jednak na pewno dzięki temu osiąga sukces? Czy może osiągnąłby go i tak, bez pomocy mitycznego Króla?
Łuks rozłożył ręce i jego dwa kindżały stały się podobne do błyszczących skrzydeł. Razwijar, wykrzywiając twarz w triumfalnym uśmiechu, skierował oba swoje miecze ostrzami w kierunku wroga. Wieloręki wojownik, najeżony stalą, niósł się prosto na żelazną ścianę i wielu rzuciło się za nim, podchwyciwszy jego okrzyk i poniosło go jak refren:
– Prze–kleń–stwo zo–sta–ło zdję–te!
Włócznie zwarły się, celując w pierś Łuksa. Chwilę przed tym, nim ostrza przebiłyby chimajryda i jeźdźca, nabijając ich jak udziec na różno, czworonożny odbił się od kamienistej ziemi Nagórza i wzleciał. To był najdłuższy skok w jego życiu. Zwalając się na głowy wrogów, wysunął pazury i za opuszczoną zasłoną dał się słyszeć lament. Zagięte kościane ostrza wbiły się głęboko w wizury hełmu.
Czteroręki i czworonożny rycerz spadł z nieba. Za nim spadli następni; niszcząc, ginąc i zabijając. Włócznie poderwały się do góry, celując w lecące w skoku ciała. Nadeszła następna fala chimajrydów. Ścieląc się nisko po ziemi, zanurkowali pod ostrza i dzierżący włócznie zaczęli padać z przerąbanymi nogami.
Szeregi wojowników z włóczniami rozpadły się. Razem z nimi rozpadła się ich główna siła.
Ciężka broń była wielce nieporęczna w bezpośredniej walce. Krótkie miecze strażników rzucały iskry, krzyżując się z klingami chimajrydów. Ruchliwi jak woda jeźdźcy, rozbijali przyłbice, ogłuszali i zbijali z nóg, uchylając się przed śmiercionośnymi dla nich uderzeniami.
Razwijarowi krew dudniła w uszach. Przewidując każdy ruch Łuksa, atakował pod osłoną chimajryda i przechodził w obronę, prawie leżąc w siodle, osłaniając wierzchowca z tyłu.
Przemknęła i przepadła w bitwie twarz Gońca Pod Wieczór. Zadrżała ziemia pod ciałami padających wrogów.
Rycerze Imperium wycofywali się. Z okrzykiem: „przekleństwo zdjęte!” nagóreńscy wojownicy rzucili się obwieszczać błyskawiczne zwycięstwo, ale w tym momencie wrogi mag oprzytomniał.
Chmury zebrane przez Jaśkę zastygły, wiatr złagodniał. Strumień powietrza zatrzymał się, a skrzydlaki równocześnie zawróciły wysoko na niebie i runęły w dół. Życie Razwijara, Łuksa i wszystkich, którzy walczyli z nimi zawisło na włosku.
Zahuczał wiatr. Wielu wojownikom pociemniało przed oczami: masa powietrza, zakręciwszy się słupem, podchwyciła skrzydlaki i porozrzucała je razem z dopiero co wypuszczonymi strzałami. Jaska stała ze wzniesionymi rękami, a trąba powietrzna jadła rzadkie śnieżynki z jej dłoni.
Ludzie na polu popadali jak drewniane deszczułki. Chimajrydzi zdołali ustać, szeroko rozstawiając łapy i przypadając brzuchem do ziemi. Nagle z wielu rozproszonych skrzydlaków wyrwał się jeden, niczym niewyróżniający się od pozostałych i skierował się wprost na stojącą na pagórku dziewczynę.
Razwijar uderzył Łuksa piętami. Wyrwawszy się z wiru wałki, rzucili się w ślad za skrzydlakiem, ptak zniżał się coraz bardziej. Na jego grzbiecie, między dwoma jeźdźcami, siedział mężczyzna w ciemnym płaszczu, bez czapki, z rozwiewającymi się żółtymi włosami.
Przedzierając się poprzez zgęstniałe powietrze, zdawało się Razwijarowi, że rozciągnął się w przestrzeni, zostawiając część siebie za plecami. Skrzydlak powoli zawrócił, okrążając samotną postać na wzniesieniu. Jednocześnie wyleciały dwie strzały i błyskawica, skierowana w czoło Jaski.
Jeździec krzyknął. Jego ryk zlał się z wyciem niosącego go chimajryda. Dziewczyna nadal stała, wyciągając przed siebie dłonie. Błyskawica uwięzła między jej palcami jak motek przędzy, strzały przeleciały obok. Skrzydlak ponownie zatoczył koło, zniżył lot. Pierścień maga płonął czerwienią, a Jaska nagle, bez widocznej przyczyny, upadła na kolana.
Najeźdźcy znowu wystrzelili i znowu spudłowali. Ptak rozpostarł skrzydła, prawie zahaczając nimi o podnóże pagórka. W tym momencie Łuks skoczył.
Jego pazury wbiły się w skrzydło. Ptak krzyknął i szarpnął się, ale nie zdołał się unieść.
Chimajryd nie puszczał zdobyczy, bujając się na zakrwawionym skrzydle, nie pozwalał skrzydlakowi wzlecieć. Razwijar, który cudem utrzymał się na jego grzbiecie widział, jak mag się odwraca, widział poczerwieniałą twarz, nos z szerokimi porami, żółte włosy z siwymi pasmami, złoty kolczyk w wielkim brązowym uchu, widział jak mag z rozdrażnieniem macha dłonią, jakby strząsając dokuczliwego komara…
Nawet największy, potężny czarodziej przede wszystkim jest człowiekiem. Wiara we własną niezniszczalność kosztowała życie niejednego czarownika. Chwilę przed tym, jak Łuks, wypuściwszy skrzydło, poleciał w dół, klinga Razwijara sięgnęła opalonej żylastej szyi. Miecz przeciął gardło maga, trysnęła krew i ten, który władał wiatrami, wypadł z siodła. Koziołkując w powietrzu, nieudolnie zamachał rękami i gruchnął o ziemię obok leżącej na kamieniach dziewczyny…
Od tego dnia w każdym nagórzańskim klanie, niezależnie od tego, po czyjej stronie stanął w wielkiej bitwie przeciwko wojskom Imperium, zamiast powitania przyjęło się mówić:
„Przekleństwo zostało zdjęte”.
Jaska rodziła pod opieką starej akuszerki z Nagórza, babki Gońca Pod Wieczór. Goniec zginął w wielkiej bitwie. Jego brat, Dalekie Światło, został ranny, ale przeżył. W tych dniach umarło wielu czworonożnych i wielu jeźdźców — nikt nie został samotnym pieszym na Zielonej Równinie.
Rodziła w milczeniu. Milczała i stara Nagórenka posłuszna danej sobie obietnicy. Minęło wiele czasu, zanim wreszcie do uszu czekających doszło cichutkie kwilenie niemowlęcia.
Pojawiła się akuszerka. Staruszka wyszła do Razwijara. Zrobiło mu się zimno, kiedy zobaczył dziwny wyraz malujący się na jej twarzy.
— Co się stało?!
— Popatrz na dziecko, władco — cicho powiedziała kobieta.
Po raz pierwszy słyszał jej głos.
Akuszerka wyszła i wróciła z piszczącym, drobnym, dopiero co obmytym niemowlęciem.
Dziecko krzyczało, półprzytomnie spoglądając ufnymi, wielkimi, niebieskimi oczami, machało piąstkami i łapkami z drobniutkimi pazurami. Jego mokry ogon był nie grubszy od sznurka.
— Co powiesz, władco?
Razwijar wziął dziecko na ręce. Starał się zrozumieć, uświadomić sobie, co się stało, i nie był w stanie. Oszołomiony patrzył na maleństwo. Niemowlę było takie kruche, że bał się je trzymać.
Malec nie umiał chować pazurów w poduszeczki łap, ale były one miękkie, więc nie raniły, a tylko łaskotały skórę.
— Przekleństwo zostało zdjęte — powiedział Razwijar, przełamując zachrypienie. — Oto, co powiem.
Oczy staruszki zapłonęły. Twarz stała się jasna i wręcz młoda:
— To pierwszy Nagóren urodzony po ogromnym nieszczęściu. Będzie szczęśliwy i wszystkim przyniesie szczęście. I tobie, wielki władco. Przedłuży dni twojego panowania.
I nisko się pokłoniła.
Część trzecia
Rozdział pierwszy
Kobieta i chłopiec przybyli z dalekiej górskiej osady. Odziani prosto, ale schludnie, z torbami na ramię, wypełnionymi zapasami na drogę, zatrzymali się w zajeździe „Pod Zamkiem”. Nazwa prawie nie kłamała, ponieważ z okien górnego piętra zamek był widoczny jak na dłoni.
Chłopczyk patrzył na wszystko z ogromną ciekawością. Wyrósł w jaskini, gdzie od dziecka pasł przyślepki. Nigdy nie zaznał głodu, ale też nigdy nie widział takich tłumów i przepychu. Pod zamkiem mieścił się ogromny bazar. Prowadziła do niego szeroka droga, po której nieustannie szły karawany, i przelewało się tyle ludzi, że aż mogło zakręcić się w głowie. Chłopiec z otwartą buzią patrzył na garbate rogacze z jarzmem na czole, na obładowane muszlaki, na strażników stojących u wrót zamku — rosłych mężczyzn w czerni z ogromnymi mieczami, z arbaletami na plecach. Chłopiec ze strachem szukał ręki matki, której się kurczowo uczepił. Kobieta często oglądała się na zamek. Patrzyła z zakłopotaniem i ze zdziwieniem, jakby nie wierzyła własnym oczom.