Miedziany Król
- Автор: Дяченко Марина и Сергей
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 978-83-7590-012-5
- Переводчик: Iwona Czapla
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Miedziany Król». Краткое содержание книги:
Przypadek sprawia, że poznaje pradawne zaklęcie — prośbę skierowaną do tytułowego Miedzianego Króla: w zamian za rzecz szczególnie dla proszącego ważną Król dać ma to, czego w danej chwili proszący szczególnie potrzebuje, przy czym to Król, a nie proszący, decydować ma, co stanie się przedmiotem zamiany. Chłopak korzysta z owej wiedzy w sposób bezwzględny. Dzięki niej z niewolnika wspina się na sam szczyt społecznej drabiny — dowodzona przez niego armia jest w stanie konkurować z największymi potęgami tego świata. Czy aby jednak na pewno dzięki temu osiąga sukces? Czy może osiągnąłby go i tak, bez pomocy mitycznego Króla?
Zamek przytłaczał. W całości wyciosany był w skale, a potem rozbudowany; cztery półokrągłe baszty wyrastały z kamienia niczym gigantyczne kolumny. Na dole, w kondygnacjach służby, mieściło się całe miasto, nad którym unosiły się dymy. Na środkowych kondygnacjach mieszkała straż, a górna część zamku, niedosiężnie wysoka, prawie szybująca w niebie, była siedzibą władcy.
— Czy my tam pójdziemy? — ze strachem i niedowierzaniem zapytał chłopczyk.
Kobieta, zakręciła się w miejscu, podeszła do drewnianej budki, ustawionej przy zewnętrznej bramie. Przez otwarte szerokie wrota co rusz wchodził muszlak. W jego pancerzu jak w misce piętrzyły się tobołki.
— Panie, ja… chciałabym zobaczyć władcę. Jak to zrobić?
Tłusty strażnik wykrzywił się w szczerbatym uśmiechu:
— „Zobaczyć”? No, no… Czekaj na bazarze, będzie wracał po południu. Tam się zawsze cały tłum takich zbiera, co to chcą zobaczyć. Przy bramie nie stój, bo przegonię!
— Chciałabym… z nim porozmawiać.
— Odejdź stąd, durna! „Porozmawiać”… Też coś. Z władcą? Ha!
Kobieta odeszła.
Kilka godzin spędziła z synem na bazarze. Chłopiec był śmiertelnie zmęczony i stracił zainteresowanie nawet błyszczącymi nożykami na straganach, nawet kolczugami strażników, nawet słodkimi kulkami na drewnianych kołach. Kobieta często pytała o cenę, ale niczego nie kupowała, bowiem w osadzie, skąd przyszła, pieniądze nie były w obiegu.
Raptem tłum zaszumiał. Rozległy się krzyki. Drogę wiodącą do zamku torowali strażnicy z biczami. Wlekąc dziecko za sobą, kobieta wmieszała się w tłum. Za cenę rozpaczliwych wysiłków udało się jej przecisnąć prawie do samego ogrodzenia. Od strażników pachniało żelazem, potem i dymem.
Wpierw zobaczyła półczłowieka, czworonogiego, powyżej pasa ubranego w czarną kurtkę ze złotym haftem. Wiedziała kim są chimajrydzi i serce jej stanęło w zachwycie; ten był bardzo ważną osobistością, z pięknie podstrzyżoną bródką i wąsami, z pięknymi, niedbale przygładzonymi, jasnymi włosami. Tak się zapatrzyła, że nie od razu podniosła wzrok — na grzbiecie półczłowieka, w siodle ze strzemionami, siedział władca.
Jego gładko ogolona twarz była bardzo blada. Jej jasny odcień potęgowały wydatne łuki brwiowe, wysokie kości policzkowe i ostry podbródek, czarne, proste włosy do ramion i głęboko osadzone, ciemne oczy. Przypomniała sobie zapomniane słowo: „Heks”.
Przejechał niemal obok niej. Chciała się wyrwać ku niemu i wyskoczyć na drogę, ale się nie odważyła; chłopiec krzyknął — ktoś na niego nadepnął w tłumie.
Władca przejechał i tłum się rozszedł za swoimi sprawami. Kobieta stała, patrząc na osiadający kurz, wzbity łapami chimajryda. Potem chwyciła na ręce stękającego dzieciaka i wróciła do zajazdu.
— Słyszeliście, że nasz znowu wybiera się na wojnę?
— No i cóż to za nowina… jak jest silny, to czemu nie powojować?
— Słyszeliście, w Fier nową flotę zbierają.
— Słyszałem. Sam dopiero stamtąd przyjechałem.
— I co tam?
— A co ma być?! Podatki pomału wracają. Wzięli się za nasze gardła.
— A wy już przywykliście, bez podatków… się sycić.
— Cokolwiek by mówić, to akurat to władca rozumnie zrobił. Jak się baronowie pogryźli, rozpierducha była, wszyscy my u Szuu w zadzie siedzieli. Kupcy się bali, wiele statków spłonęło, niewolnicy znowu się zbuntowali… Jaki to handel, kiedy po całym mieście dyndają wisielcy…
Chwat, pamiętam, na głównym pirsie{Pirs — portowa budowla w postaci sztucznego półwyspu wysuniętego w głąb wody, a w przypadku pirsów największych w postaci pomostu stojącego dalej od brzegu i połączonego z lądem estakadą.} z pół roku wisiał…
— Tak. Pamiętam, nie wierzyłem, że można tak zupełnie bez podatków. A jak uwierzyłem… no to się zaczęło! Jaki dureń nie zechce bez cła sprzedać, bez cła kupić?!
Kupcy jedli, pili, i wymieniali plotki po długim ciężkim dniu. W zajeździe „Pod Zamkiem” nie było wolnych miejsc. Matka i syn przycupnęli w komórce pod samym dachem. Z jedzenia poprosili tylko o wodę — mięso i placki mieli przyniesione z domu.
Chłopiec usnął za stołem. Kobieta w napięciu przysłuchiwała się obcym grubym głosom, pod oknami grali w butelki. Rudy, wyszczekany rzemieślnik, wygrywał częściej od innych — sala biesiadna co i rusz rozbrzmiewała jego donośnym śmiechem. Dowiedziała się, że pracuje on i mieszka w zamku, a do gospody przychodzi wypić i „postukać”.
— Odprowadziłabyś dzieciaka na górę — powiedziała służąca przechodząc obok. — Zjedz i uciekaj.
— Niech się przyzwyczaja — poganiacz bydła, sapiąc, postawił kufel na stole. — Do terminu chcesz go oddać, babo?
— Do terminu — odezwała się lękliwym szeptem. Gracze zaczęli się rozchodzić — w tym zajeździe nie było przyjęte siedzenie do późna. Podniósł się też rudy, roześmiany rzemieślnik, odrobinę pijany, zadowolony z wygranej. Kobieta dogoniła go już w drzwiach.
— A ty czego? — wymamrotał, wysłuchawszy jej wcześniej. — Z czyjego polecenia? Czy ty wiesz, kim ja jestem? Nie mogę ryzykować dla twoich fanaberii.
— Nic się nie stanie — błagalnie zacisnęła ręce. — Nikt się nie dowie… Żebym tylko do środka weszła, a tam ja sama…
— Przecież tam jest straż na każdym rogu.
— To nic… Najwyżej mnie wypędzą, a niech tam… Co mi mogą uczynić, ja baba, on malutki… Dam ci całą skórę. Można i kurtkę i spodnie z jednego kawałka uszyć. U nas są rasowe przyślepki, takie nie na mięso, tylko na skórę się hoduje.
— Pokaż — z niedowierzaniem powiedział wciąż rozweselony rzemieślnik.
Kobieta z wdzięcznością kiwnęła głową i rzuciła się na górę — do swoich tobołków.
Mężczyzna otrzymał drogi prezent prawie za nic; przechodząc rankiem obok strażnika przy wejściu do zamku, kiwnął głową w kierunku kobiety i chłopca:
— Oni są ze mną. Do pomocy.
I wyjaśnił wchodzącym:
— Oni bacznie patrzą, jeśli worek niesiesz albo jakąś skrzynię. A kiedy idziesz bez bagażu, mogą przepuścić.
Za murem było ludnie i gwarnie jak na bazarze. Kobieta straciła głowę, rzemieślnik milcząc wskazał jej maleńkie drzwi w ścianie. Ściskając rękę chłopca, kobieta weszła z jaskrawego słońca w cień.
Nikt na nich nie zwracał uwagi. W szerokich, półciemnych korytarzach wrzało zwyczajne miejskie życie — wisiała mokra bielizna, paliły się piece, suszyły się gliniane garnki na nóżkach przewróconych ławek. Skądś dochodził zapach świeżego pieczywa. Z głową wsuniętą w ramiona, obawiała się bowiem, że za chwilę ktoś za nią ostro krzyknie i zażąda wyjaśnień, kobieta uparcie przedzierała się coraz wyżej, coraz głębiej w zamek; korytarze stawały się jaśniejsze i węższe. W tłumie ktoś wydawał polecenia kłótliwym, skrzypiącym głosem, ktoś niezwłocznie potrzebował intendenta — do piekarni. Gdzieś dzwoniły młoty — trwała praca w ogromnej kuźni.