Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Miedziany Król
Miedziany Król - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Miedziany Król

Электронная книга - «Miedziany Król». Краткое содержание книги:

Akcja powieści toczy się w tym samym uniwersum co wcześniejsza powieść ukraińskiego duetu, Waran. Jej bohaterem jest potomek wyklętej przez większość ludów zamieszkujących ów świat rasy heksów; trudno się zresztą dziwić niechęci do kanibali. Natura obdarza go niesamowitą pamięcią; wystarczy mu raz przeczytać książkę, by potrafił zacytować ją bez najmniejszego choćby błędu.
Przypadek sprawia, że poznaje pradawne zaklęcie — prośbę skierowaną do tytułowego Miedzianego Króla: w zamian za rzecz szczególnie dla proszącego ważną Król dać ma to, czego w danej chwili proszący szczególnie potrzebuje, przy czym to Król, a nie proszący, decydować ma, co stanie się przedmiotem zamiany. Chłopak korzysta z owej wiedzy w sposób bezwzględny. Dzięki niej z niewolnika wspina się na sam szczyt społecznej drabiny — dowodzona przez niego armia jest w stanie konkurować z największymi potęgami tego świata. Czy aby jednak na pewno dzięki temu osiąga sukces? Czy może osiągnąłby go i tak, bez pomocy mitycznego Króla?
1 ... 111 112 113 114 115 116 117 118 119 ... 138
Перейти на страницу:

Zaczęli trafiać się strażnicy na półpiętrach, w niszach ścian. Kobieta szła teraz pewnie, jakby w pilnej sprawie i nikt za nią nie zawołał.

Niekiedy poznawała drogę. Niekiedy nie poznawała. Zamek był ten sam, ale jednocześnie inny, wcześniej nie było drewnianych przybudówek, belek, przegródek, zupełnie inaczej łączyły się ze sobą korytarze. Całkiem posmutniała i pogubiła się, ponieważ cały jej plan zbudowany był na założeniu, że dobrze zna zamek.

Na jej ogromne szczęście, pełna przebudowa objęła tylko dolne kondygnacje. Im wyżej wchodziła, tym łatwiej było jej orientować się w labiryntach przejść. Tutaj zmieniły się kratki w oknach, gdzieniegdzie były dobudowane balkony, ale plan korytarzy nie zmienił się i kobieta szła pewnie z wysoko podniesioną głową.

Szczęście ją opuściło, gdy w miejscu, gdzie uprzednio znajdowały się niezauważalne żelazne drzwiczki wyrosły przed nią wysokie drzwi o dwóch drewnianych skrzydłach. Po obu stronach stali strażnicy, nie roztargnieni i znudzeni jak ci na dole, ale czujni i źli.

— Dokąd?

Kobieta cofnęła się.

— Zmykaj stąd. Szybko.

Odpoczęli dwie kondygnacje niżej. Tutaj, na galerii, trzepotały kolorowe flagi, zwieszające się w dół ze ściany. Jeśli stanęło się na palcach można było zobaczyć dwór zamku za murem.

Chłopiec zapomniał o przeżytym strachu i z zainteresowaniem zajrzał w otwór strzelniczy.

— Oho… Muszlak… A na jego grzbiecie…

Kobieta przygryzała wargę. Jej wyobraźnia wyczerpała się; w myślach, w marzeniach, w widzeniach, które wiele razy przeżywała przed snem, zamek był taki jak przedtem, a władca pojawiał się sam — wychodził z sali. Schodził z góry po schodach. Na jawie wszystko wydarzyło się nie tak; wymyśliła jak wejść do zamku, ale pojęcia nie miała, co robić dalej.

Chłopiec patrzył, przyciskając policzek do otworu strzelniczego. Kobieta gorączkowo starała się sobie przypomnieć, czy jest jeszcze wejście na górę? Tam gdzie wcześniej były portiery…

Możliwe, że i to przebudowali, ale trzeba spróbować…

— Co ty tutaj robisz, babo?

Drgnęła. Para strażników patrzyła z góry. Sam widok uzbrojonego człowieka nie mógł jej przestraszyć. Wiedziała bowiem z własnego doświadczenia, że srogo spoglądający strażnicy z reguły są dobrodusznymi ludźmi.

— Dobrzy panowie, ja służę w zamku… służyłam…

— Co robisz na galerii? Czy chcesz wylądować w lochu?

Chłopiec przytulił się do niej. Był już za duży, żeby czepiać się spódnicy, ale za mały, żeby bez strachu patrzeć na ludzi z grubymi pasami i umocowanymi do nich mieczami, grożących jego matce.

— Dobrzy panowie — głos jej się urwał — muszę widzieć się z władcą.

— Oszalałaś, czy co?

— Posłuchajcie… Przyprowadziłam… Ten chłopiec jest jego synem!

Oczekiwała wielu rzeczy — bicia, drwin, wrzucenia do lochu. Ale strażnicy nagle popatrzyli po sobie i równocześnie spojrzeli na chłopca. Ten gotów był się rozpłakać, ale się powstrzymał.

— Pokazać Branowi? — półgłosem zapytał jeden strażnik drugiego. — Mało to…

— Nie kłamiesz? — zapytał pierwszy, pochylając się nad kobietą. Ta gorliwie pokręciła głową:

— Nie… Klnę się…

— Glan, on jest podobny— powiedział drugi, cały czas jeszcze przyglądając się malcowi. — Popatrz.

Chłopiec oddychał gwałtownie ze zdenerwowania pod ich bacznymi spojrzeniami. Był blady, wąskolicy i czarnowłosy.

— Idziemy — powiedział pierwszy.

Nie mogąc opanować drżenia, prawie nic nie widząc, zaczęła wchodzić w ślad za nimi po niekończących się kręconych schodach. Znaleźli się w okrągłej sali, pustej, z błyszczącą kamienną podłogą, z ciemną paszczą kominka naprzeciwko wysokiego okna.

— Poczekajcie tutaj.

Nie było na czym siedzieć. Matka z synem stali, obejmując się i wsłuchując w dalekie odgłosy zamku — uderzenia toporów w rękach ćwiczących, stuki, skrzypienie mechanizmów podnoszących, przytłumione głosy rozmów, komendy…

Potem otworzyły się drzwi. Kobieta wyrwała się na spotkanie, ale to nie władca wszedł do komnaty. Wszedł stary człowiek z surową, ciemnoczerwoną twarzą, z ręką na temblaku.

Przypomniała go sobie jak przez mgłę; dawno temu, w jej minionym życiu, nazywał się dziesiętnikiem Branem.

Starzec przeniósł wzrok z jej twarzy na twarz przestraszonego chłopca. Ten odwrócił się, wtulając się w matkę. Ta łagodnie, ale stanowczo oderwała go od siebie, zmuszając, by popatrzył na mężczyznę. Dziesiętnik spoglądał wnikliwie, a jego brwi zjechały się u nasady nosa.

Nie mówiąc ani słowa, przywołująco machnął ręką. Poszli za nim. Znowu ciągnęły się korytarze. Starzec wszedł na platformę, odczekał aż wejdzie na nią kobieta z synem i szarpnął sznurek. Uderzył dzwon. Platforma drgnęła i zaczęła się podnosić.

Obok przesuwały się okna, z których rozciągał się widok na plac, potem na osadę, wreszcie na wąwóz. Chłopiec niczego nie widział, wcisnąwszy twarz w suknię matki. Ta marszczyła brwi w zdziwieniu, przypominając sobie: windy i dźwigi były w zamku i wcześniej… ale takich ogromnych, szybkich — nigdy… Gdzieś robotnicy kręcą kołowrotem albo chodzą w kole. Musi ich być wielu, bo to ciężka i skomplikowana praca…

Platforma zatrzymała się. Kobieta, śmiertelnie zmęczona długim błądzeniem po zamku, osłabiona ze zdenerwowania i strachu, szła teraz jak we mgle. Chłopiec ciągnął się za nią, trzymając ją za rękę. Owionęło ich świeże powietrze, znowu szli w świetle dnia. Raptem poczuli się jak w ogrodzie. Drżały na wietrze zielone liście, oplatające kratkę balkonu, cierpko pachniały kwiaty i szemrała woda.

— Witaj, Dżal.

Odwróciła się.

Ten, z którym spotkania oczekiwała wiele lat, stał z otwartą książką w rękach. Jego czarne, głęboko osadzone oczy, patrzyły bez zdziwienia, bez gniewu, bez radości. Obok w fotelu siedziała kobieta, nie zwracając uwagi na wchodzących, przebierała ostre odłamki w głębokiej wazie. Na jej palcu płonął turkusowy kamień.

— Poznałeś mnie — wyszeptała, mając świadomość swojego niespodziewanego pojawienia się i nisko się pokłoniła.

— No pewnie — powiedział władca kamiennego zamku. — A kogo my tu mamy?

Położył książkę na brzegu stołu. Podszedł do chłopca, wziął go za podbródek i odwrócił twarzą do siebie. Dzieciak i bez tego blady, pobladł jeszcze bardziej.

— Duży już jest — w zamyśleniu powiedział władca. — Co umiesz robić?

— P–p–przyślepki… paść…

— Na naukę do kucharzy pójdziesz?

I nie czekając na odpowiedź, wypuścił chłopca, odwrócił się do Brana:

— Dziesiętniku, powiedz Szłopowi… Niech rozporządzi. W kuchni prosili o chłopaków do przyuczenia na kucharczyków. No to niech uczą.

Kobieta o imieniu Dżal stała ani żywa, ani martwa.

— Masz jeszcze dzieci? — zapytał władca.

— Tak. Córki. Dwie…

Patrzyła, podniósłszy twarz. Stojący przed nią człowiek, wydawał się jej niedosiężnie wysokim i tak strasznie dalekim, chociaż był tuż obok. Zdawało się, że kiedy wyciągnie rękę, żeby dotknąć kraju jego płaszcza — nie dosięgnie. Ręka przejdzie przez pustkę.

— Dżal?

Milczała, powstrzymując łzy.

— Mam wiele dzieci— powiedział łagodnie. — Sami chłopcy, i wszyscy oni są do mnie podobni. Wkrótce będzie można stworzyć oddział maleńkich, identycznych Heksów… Wiesz, cieszę się, że żyjesz i masz się dobrze. Wspominałem cię, naprawdę.

1 ... 111 112 113 114 115 116 117 118 119 ... 138
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)