Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Cisza.
Altsin spiął się. Jeśli Oum nie odpowie, trzeba będzie wyrwać się stąd, pokonać strażników i pewnie z setkę wiedźm, przebić przez połowę wyspy, dotrzeć do Kamany, zdobyć jakiś statek i uciec.
Powinien zdążyć przed nocą.
– Dlaczego się uśmiechasz?
Głos boga był cichy i łagodny. I absolutnie spokojny.
– Głupie myśli mi chodzą po głowie. – Złodziej uśmiechnął się szerzej. – Pozwalam im na to, ot tak, dla zabicia czasu. Czy te wspomnienia są prawdziwe?
Cisza. Altsin poczuł mrowienie między łopatkami i odwrócił się powoli. Po raz pierwszy, odkąd rozpoczął pogawędkę z Oumem, popatrzył na Aonel. Trzęsła się, jej twarz pokrywał pot, a włosy lepiły się do czoła. Bóg używał jej jako kanału dla Mocy i wyglądała, jakby miała zaraz zemdleć, ale gdy wreszcie złowił jej wzrok, w oczach miała determinację i zdecydowanie. Bez wahania umrze dla Ouma.
– Sztorm trwał dziesięć dni i nocy. Skończył się długo po tym, jak światło znów rozbłysło nad światem. – Na dźwięk pierwszych słów wiedźma otworzyła usta. – Nie wiem, ile dni trwała ciemność, trudno było ocenić bez słońca i gwiazd. Podobno siedem, jak później arbitralnie uznano, ale dla mnie mógł to być cały miesiąc. Postawienie bariery Mroku wokół świata… tylko szaleniec mógł się na to zdecydować, ale ona była szalona i potężna… Jakże potężna. Jednym ruchem łamała wszelki opór…
Złodziej spojrzał na oparcie tronu. Cienie kładące się na rzeźbie sprawiały, że wyglądała na… przygnębioną.
– Stworzono Mrok… ze wszystkich martwych snów i marzeń. Postanowiliśmy, że odpłyniemy. Nieśmiertelna Flota – nazwa więcej mówiąca o naszej arogancji i pysze niż wszystko inne – miała popłynąć w bok, szukać mitycznej pustej gałęzi. Ja… spóźniłem się. Zdążyłbym, ale wasz bóg mórz uznał za stosowne zjednoczyć swoich awenderi i nie całkiem mu to wyszło. Połączył się najpierw we cztery, potem w dwie części. Przyjęły imiona Ganr i Aelurdi, jakby chciały zachować ciągłość z tym, kim były wcześniej.
Ganeruldi – imię wypłynęło nie wiadomo skąd; towarzyszyło mu poczucie krzywdy i niesmak. Ganeruldi – krętacz, kłamca i nieudacznik.
– Moje wspomnienia… – Altsin ugryzł się w język. – Jego, jego wspomnienia mówią co innego. Odepchnięto was od brzegów wiele lat wcześniej.
– Od brzegów tak. Ale nie z oblicza mórz. Pływaliśmy, czekając i szukając innej drogi. Czasem nawet wspieraliśmy jedną lub drugą stronę w waszej wojnie, ale wtedy Bitewna Pięść był już szaleńcem, który mordował wszystko, co stanęło mu na drodze, nie interesując się resztą świata. Sam przewoziłem oddziały Gallega, które miały walczyć z tobą… z nim, na południu. Potem… Gdy stało się jasne, że nie ma tu dla nas miejsca, odpłynęliśmy. Osiemdziesiąt siedem statków z dwustu sześciu, które rozpoczęły podróż. Część zginęła po drodze, na oceanach we wnętrzu światów, na morzach czerwonych od małych krewetek, których zjedzenie sprowadzało obłęd, wśród wiecznych sztormów Błędu Nissha, w walce z potworami morskimi wielkości gór. Część wiele lat wcześniej odłączyła się, by poszukać innej drogi, jeszcze zanim przybyliśmy tutaj. Potem wykrwawiliśmy się w tej głupiej, bezsensownej wojnie, która kosztowała nas wielu braci, a gdy padł rozkaz, odpłynęliśmy szukać gałęzi, która nas przyjmie.
– Ty zostałeś.
– Ale nie z własnej woli!
To był szept, ale zabrzmiał ze wszystkich stron naraz i aż zatrząsł złodziejem.
– Dałem się zaskoczyć sztormowi, który wybuchł, gdy Ganeruldi próbował połączyć swoich awenderi w jeden byt, rozpadał się, próbował i dzielił. Nigdy nie widziałem takich fal… Nigdy. Łamały się nade mną, zatapiając pokłady, i otwierały mi pod grzbietem przepaście bez dna. A gdy nadciągnął Mrok, zgubiłem się. Nie wiedziałem, gdzie są słońce i księżyc, a przecież potrafiłem je wyczuwać, nawet gdy chowały się za plecami świata. Gwiazdy stały się wspomnieniem, nastała ciemność. I w niej kołysałem się na oceanie szaleństwa, którym stały się tutejsze wody.
Bożek umilkł. Przerwa trwała tak długo, że Altsin zaczął podejrzewać, iż Oum zasnął.
– To był jakiś podwodny uskok albo góra – głos boga Seehijczyków stał się ledwo słyszalnym szeptem. – Nie wiem. Uderzyłem grzbietem i zgruchotałem go. Na wiele kawałków. Mniej więcej pół dnia przed tym, jak słońce pojawiło się na niebie. Moje dzieci… moje dzieci tonęły, gdy woda wdzierała się do środka. Uciekały coraz wyżej, ale ja wiedziałem, że nie dam rady ich ocalić. Tak. Byłem okrętem Nieśmiertelnej, okrętem i kapitanem w jednym. I zawiodłem. Ostatkiem sił znalazłem wyspę, wpłynąłem w gardziel jej największej rzeki i zatrzymałem się. A potem ziemia zatrzęsła się w największym skurczu, jaki pamiętał świat, i nagle urwiska wokół rzeki osunęły się, odcinając jej nurt. Maluaryna spiętrzyła się najpierw w jezioro, a potem znalazła sobie inne koryto, a ja… zostałem tu. Moje dzieci zaś… Moje dzieci były przerażone.
– Twoja… załoga?
– Nie. Eihey. To w moim języku młodsi członkowie rodziny, dzieci, wnuki, prawnuki. Oni nie byli załogą, tylko częścią naszego małego świata. Osiem tysięcy dusz… tylu ocalało. Ja… Gdy woda opadła, poczułem pod plecami wilgotną ziemię, kamienie, glinę, muł. Bolało… tak bardzo bolało… od setek lat unosiłem się na wodzie, a tu nagle głazy próbowały zmiażdżyć moje ciało od spodu. Wiedziałem, że nigdy już nie wyrwę się z objęć ziemi, bo to zaborcza kochanka, i nigdy nie popłynę przed siebie, wolny. Chciałem umrzeć. Nie masz pojęcia, jak bardzo wtedy chciałem umrzeć.
Cichy szloch kazał Altsinowi się odwrócić. Aonel miała zamknięte oczy, płakała.
– Ale nie mogłem. Moje dzieci… były bardziej przerażone i zrozpaczone niż ja. Nie potrafiły się odnaleźć, bały się stałego lądu, ziemi, trawy, drzew. Niektóre wybierały śmierć. Podcinały sobie żyły i skrapiały moje ciało krwią. Ty umierasz, a my nie możemy i nie chcemy żyć bez ciebie, mówiły. Osiem tysięcy dusz… Musiałem przeżyć. Chciałem umrzeć i chciałem przeżyć jednocześnie, i to pragnienie rzuciło wyzwanie przeznaczeniu.
Cholera, tym razem Altsin mógłby przysiąc, że drewniana twarz się uśmiecha.
– Moje ciało wzniosło do nieba pieśń życia, choć nikt nie sądził, że jest to możliwe. Zostałem wyrzeźbiony z żywego drzewa, które przypomniało sobie, czym było. Moje żebrawręgi ubrały się w suknie z liści, mój połamany grzbiet odetchnął z ulgą, wypuścił korzenie i zamiast walczyć z ziemią, zaczął się nią karmić. Drzewo vanuhii ukazało się światu, który nie był gotów na jego przyjęcie.
– Drzewo?
– Jedno Drzewo. To, co widzisz nad ziemią, to nie pojedyncze drzewa, lecz gałęzie. Wszystkie mają jeden korzeń, wszystkie są częścią jednego Drzewa. Mnie. Dlatego nie wydaję owoców, nie rozpoczynam nowego życia. Nie mogę sam się zapłodnić. Ale wiatr roznosi pyłek z moich kwiatów daleko, a tutejsze dęby okazały się odrobinę spokrewnione. To wystarczyło, by powstał nowy, rosnący tylko na tej wyspie gatunek. Dąb anuhijski. Gdy odejdę, moje upośledzone potomstwo będzie szumiało przez tysiąclecia pieśń, której nie rozumie.
– A kiedy odejdziesz? – pytanie wystrzeliło z ust Altsina, jakby to nie on je zadał.
– Wkrótce – w głosie Ouma nie słuchać było urazy. – Co roku wiele moich sług oddaje życie, bym jeszcze trochę z nimi pozostał. Ale to cena, na którą przystaję coraz mniej chętnie. Na początku osiemdziesiąt trzy gałęzie wzbijały się w niebo. Teraz jest ich dwadzieścia dwie. Umieram, bo nawet bogowie się starzeją i umierają.