Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Jej uśmieszek przeszedł w grymas skupienia.
– Chodzi ci o bitwę na północy? Mówią, że kruki były tak najedzone padliną, że nie potrafiły wzbić się do lotu… nie, nie odzywaj się. Było wiele śmierci, wiele dusz wyrwanych z ciał, użyto potężnych bitewnych czarów. To ich echo słyszałam.
Pamiętał, jakimi wieściami żyło przez kilka dni miasto. Sekohlandczycy przegrali wielką bitwę z wracającym do swojej ojczyzny ludem wygnańców. Świątynie i kapliczki Laal ustroiły się na tę okoliczność w barwne wstęgi i girlandy kwiatów. Kapłani Gallega ścięli włosy na znak smutku. I tyle. Żadnych religijnych zamieszek, choć może to dlatego, że zarówno jeden, jak i drugi kult miały w PonkeeLaa niewielu wyznawców.
– Jesteś pewna? Ile wojen i bitew stoczono na świecie przez ostatnie lata? Ile ech budziło cię w nocy? I nie tylko ciebie, jeśli dobrze rozumiem. Ile razy Pani Losu posłała w te miejsca jedną z sióstr. Ile? I ile razy potem nagle wszystko szło ku wojnie, tutaj i na Dalekim Południu.
Mówił powoli, nie podnosząc głosu ani nie akcentując poszczególnych słów. Widywał ją już z taką miną, skupioną i poważną. Jeszcze nie nadeszła chwila, gdy ta łuskowata, jadowita obecność wyglądała z jej oczu, lecz miało się wrażenie, że w ich głębi coś drga lekko, jak tafla wody wzburzona nagłym ruchem.
– Do czego zmierzasz?
Tak. Zdecydowanie musi być ostrożny.
Nabrał powoli powietrza i jej powiedział.
Rozdział 13
Wszyscy skądś pochodzimy. Nie ma ani jednej istoty, która wzięłaby się znikąd, ani jednego wydarzenia, które zaistniałoby samo z siebie. Zawsze jest jakiś początek. Banał zawarty w tym stwierdzeniu skrywa głębszą prawdę. Bo cóż zrobimy, jeśli okaże się, że korzenie każdego z nas, nawet tych, którymi gardzimy i nienawidzimy, są wspólne? Że największy wróg to nasz brat?
Korzenie Seehijczyków sięgały dalej w przeszłość, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.
Altsin stał przy kamiennej ścianie i wodził palcami po jej płaszczyźnie. Stara. Potwornie stara i zniszczona. Jako jedyna w okolicy sięgała w górę na wysokość kilku stóp. Reszta pozostałości po budynkach ledwo wystawała nad powierzchnię gruntu, ot, trzy cale kamieni ułożonych tak, że tworzyły zarys długich ścian. Naliczył dwadzieścia prostokątów o bokach osiem na trzydzieści jardów. Nie zachowały się żadne ślady podziału ich wnętrz, więc na pierwszy rzut oka ktoś mógłby to uznać za fundamenty stajni przeznaczonych do hodowli bydła.
W gruncie rzeczy niewiele by się pomylił. Pamięć podsuwała Altsinowi wyjaśnienie, ale odrzucał je raz za razem. Obozy rozrodcze, w których kobiety wydawały na świat dzieci tak długo, jak mogły, i wysyłały je na wojnę swoich bogów. A gdy już się wyjałowiły i nie mogły rodzić, brały broń i ruszały za nimi.
Uderzył pięścią w ścianę, przyciągając zdumione spojrzenie Aonel.
To chyba największa siła ludzi, pomyślał. Umiejętność ignorowania prawdy, jeśli jest dla nas niewygodna. Odrzucania wszystkiego, co może zburzyć nasz spokój albo zmusić nas do zmiany poglądów.
Nie chciał, żeby to była prawda. Chciał wierzyć, że ta część wspomnień Reagwyra była fałszywa. I że nie zrobiono tego, o czym opowiedział mu Oum, gdy Aonel poszła przekazać jego wolę reszcie i przygotować się do dwudniowej podróży.
– Moje dzieci bały się stałego lądu, bały się lasu, drzew, strumieni i rzek. Ale wiedziałem, że nie mogą wiecznie żyć w resztkach tego, czym się stałem, niczym robactwo rojące się w trupie. Choć nie masz pojęcia, jak trudno znaleźć ochotników, którzy opuściliby tę dolinę i poszli na zwiad. – Cichy śmiech obiegł złodzieja ze wszystkich stron. – W końcu zgłosiła się Rauna Gha Noir. Była… ty byś powiedział, że była oficerem dowodzącym oddziałem abordażowym. Odważna kobieta, umiała walczyć, brała udział w wielu bitwach, znała nawet kilka tutejszych języków. Z jej oddziału przeżyło osiemnastu ludzi i tylko trzech – westchnął – tylko trzech znalazło odwagę, by pójść na zwiad wraz z nią. Tak bardzo przerażało ich to, co mogło czekać poza Doliną.
Altsin skinął głową i zaczął się ubierać. Przynieśli mu miejscowe rzeczy, sukienne spodnie i lnianą koszulę, solidny pasek, onuce i buty. Gdyby zgolił brodę, na pierwszy rzut oka mógłby uchodzić za jednego z miejscowych.
– Rauna wzięła broń, swoich ludzi, zapas jedzenia na kilka dni, i poszła. Na początku wędrowali wokół doliny, nie dalej niż na pół dnia drogi od niej, później zrobili zwiad wzdłuż rzeki, a potem brzegiem morza ruszyli na południe. Nigdzie nie spotkali ludzi, choć znajdowali ślady osad, pola zarośnięte chwastami, resztki dróg, a nawet stada zdziczałych owiec i kóz. Gdy opuszczano wyspę, na statkach zabrakło miejsca dla zwierząt. Tak wtedy myśleliśmy.
Złodziej poprawił pasek, wzuł buty i na wszelki wypadek, by dać znać, że słucha, pokiwał głową.
– Pomyliliście się?
– Tak. Bardzo się pomyliliśmy.
Coś w głosie Ouma sprawiło, że zastygł w pół ruchu i spojrzał uważnie na tron.
– Po miesiącu Rauna skierowała się na północ, w głąb lasu. I tam natknęła się na Imiliego oraz jego kobiety.
– Imwili – słowo wyrwało mu się z gardła samo, bezwiednie, wspomnienia boga pchały się do przodu jak ciekawskie dzieci. Oum miał rację, przenikali się z kawałkiem duszy Reagwyra coraz łatwiej i szybciej. – Nazywał się Imwili z Ganwert. Był awenderi, nosił tatuaże, ale nigdy nie doświadczył pełnego Objęcia. Stracił nogę w bitwie z venleggowi i posłano go, by pilnował jednego z obozów dla rodzących kobiet.
– Tak to pamiętasz?
– On… Bitewna Pięść sam go wybrał do tego zadania. To miała być nagroda za wierną służbę. Na polu bitwy z beznogiego awenderi nie byłoby żadnego pożytku, a w obozie mógł się przydać. – Altsin potrząsnął głową, skonsternowany. Ta wiedza przychodziła tak naturalnie, jakby przypominał sobie własne życie.
– Tak. I to właśnie znaleźliśmy. Obóz dla kobiet, których jedynym zadaniem było rok w rok rodzić dzieci, które Imwili miał szkolić, by gdy skończą czternaście lat, wysyłać je na kontynent. To były twoje obozy, Bitewnej Pięści Reagwyra, założone, nim doszczętnie pogrążył się w szaleństwie. I dlatego kazano je zmieść z powierzchni ziemi. Wszystkie.
Te słowa nim wstrząsnęły, choć, do ciężkiej cholery, powinien tylko się uśmiechnąć i wzruszyć ramionami. To nie miało nic wspólnego z Altsinem Awendeh z PonkeeLaa.
Ale zabolało tego drugiego.
– Jak to?
– Nie wiesz? On nie wie? Gdy zaczął szaleć, mordować wszystko na swojej drodze, zabijać nawet posłańców od innych Nieśmiertelnych, postanowiono go osłabić. Nikt nie mógł przejąć tych obozów, gdy znak Pięści płonął na skórze ich mieszkańców, więc wysłano żołnierzy, by je zniszczyli. Galleg, Laal i Dress wyznaczyli do tego zadania swoje najmniej wartościowe oddziały. Dezerterów, bandytów, żołdaków wcielonych przymusowo do armii, kilku marnych czarowników. Nie spodziewali się większego oporu, w obozach były głównie kobiety, trochę mężczyzn, którzy mieli je zapładniać, i mnóstwo dzieci.
Oum zamilkł, pozwalając, by cisza wypełniła przestrzeń między nimi, i w tej ciszy Altsin zaczął się zmagać z niechcianymi wizjami. To przeszłość zbyt odległa, by miała znaczenie, powtarzał, a poza tym to nie jego ludzie. To nie były jego kobiety, mężczyźni i dzieci. Ich los nic go nie obchodził. Tylko dlaczego, cholera, czuł, jak coś podjeżdża mu do gardła, a ręce drżą?
– Oglądaliśmy ślady – podjął bóg – a było ich sporo, mimo że od… czyszczenia wyspy minął ponad rok. Część obozów dała się zaskoczyć, nie spodziewano się tego ataku, część zdobyto po krótkim oblężeniu. Nie brano jeńców, nie o to przecież chodziło, celem było pozbawienie Bitewnej Pięści wyznawców, którzy wznosili do niego modły, i rekrutów, gotowych za niego umierać. Wymordowano mieszkańców dziesięciu z jedenastu obozów. Mężczyzn, kobiety i dzieci. Wszystkich.