Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Wojna wspomaganych [The Uplift War - pl]
Wojna wspomaganych [The Uplift War - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wojna wspomaganych [The Uplift War - pl]

Электронная книга - «Wojna wspomaganych [The Uplift War - pl]». Краткое содержание книги:

Ewolucja we wszechświecie powieści Brina nie jest tylko siłą naturalną — rozwinięte gatunki istot inteligentnych przyspieszają rozwój innych, „niższych” ras w ramach galaktycznego porządku wspomagania. Wiąże się z tym także system powiernictwa planet — Ziemianie otrzymali Garth w celu przyspieszenia odbudowy jego zniszczonego ekosystemu. Jednak ptasiopodobni Gubru szykują inwazję na Garth. Chcą nie tylko przejąć planetę, ale także wykorzystać ją w szantażu, mającym na celu ujawnienie miejsca stacjonowania odkrytej przez ziemski statek „Streaker” kosmicznej floty starożytnej rasy. Rozpoczęta wojna toczy się nie tylko na powierzchni Garth, gdzie pozbawione ludzkich zwierzchników neoszympansy organizują partyzantkę, ale i na poziomie galaktycznego systemu wspomagania, w ramach którego Ziemianie walczą o swoje prawo do planety.
1 ... 111 112 113 114 115 116 117 118 119 ... 192
Перейти на страницу:

Wkrótce kierowali się już ku ruinom, uważnie poszukując znaków świadczących, że od czasu bitwy, przed miesiącami, ktoś tu był. Wyglądało na to, że takich znaków nie ma, nie zmniejszyło to jednak wytężonej czujności szymów.

Robert próbował kennować, użyć Sieci, by wykryć intruzów, lecz wciąż przeszkadzał mu w tym zamęt panujący w jego uczuciach. Żałował, że nie ma tu Athacleny.

Centrum Howlettsa popadło w jeszcze większą ruinę niż wydawało się to ze wzgórza. Poczerniałe od ognia budynki zawaliły się jeszcze bardziej pod naporem dzikiej roślinności dżungli, która panoszyła się teraz nieokiełznanie na dawnych trawnikach. Gubryjskie wehikuły, z których już dawno zabrano wszystko, co było użyteczne, leżały wśród plątaniny gęstej trawy sięgającej mu do pasa.

Nie, najwyraźniej nikogo tu nie było — pomyślał Robert, grzebiąc nogami w szczątkach. Nie zostało tu nic interesującego.

Dlaczego się upierałem, by tu przyjść? — zastanowił się. Wiedział, że jego przeczucie — bez względu na to, czy się sprawdzi, czy nie — było w rzeczywistości niewiele więcej niż pretekstem, by wyrwać się z jaskiń i uciec od Prathachulthorna.

Uciec od przelotnych, nieprzyjemnych wizji siebie samego.

Być może jednym z powodów, dla których postanowił udać się w to właśnie miejsce, był fakt, że to tu przez krótką chwilę nawiązał bezpośredni kontakt z nieprzyjacielem.

A może miał nadzieję, że uda mu się — gdy będzie wędrował nieskrępowany i przez nikogo nie osądzany — odtworzyć uczucia sprzed zaledwie kilku dni. Liczył na to, że przybędzie tu w towarzystwie innej kobiety niż ta, która podążała teraz za nim, rzucała spojrzeniem na lewo i prawo i poddawała wszystko profesjonalnemu osądowi.

Robert odpędził ponure myśli i podszedł do zniszczonych, nieziemskich czołgów poduszkowych. Opadł na jedno kolano i odsunął na bok wysoką, wybujałą trawę.

Gubryjska maszyneria, odsłonięte wnętrzności pancernych wehikułów, przekładnie, wirniki, grawitory…

Wiele z tych części pokrywała delikatna, żółta patyna. W niektórych miejscach lśniąca siatka plastyczna utraciła barwę, stała się cieńsza, a nawet uległa przebiciu. Robert pociągnął za mały kawałek, który odłamał się i skruszył mu w dłoniach.

Cóż. Niech się stanę niebieskonosym susłem. Miałem rację. Moje przeczucie było trafne.

— Co to jest? — zapytała porucznik McCue, spoglądając mu przez ramię.

Potrząsnął głową.

— Nie jestem jeszcze pewien. Wydaje się jednak, że coś przeżera znaczną część tych elementów.

— Czy mogę zobaczyć?

Robert wręczył jej kawałek skorodowanego cermetalu.

— Dlatego właśnie chciałeś tu przyjść? Spodziewałeś się tego? Nie widział sensu, by wyłuszczać jej wszystkie skomplikowane, osobiste powody.

— Przede wszystkim dlatego. Myślałem, że może da się z tego zrobić broń. Kiedy ewakuowali centrum, spalili wszystkie zapiski i urządzenia, nie mogli jednak wytępić wszystkich mikrobów wytworzonych w laboratorium doktora Schultza.

Nie dodał, że ma w plecaku fiolkę ze śliną goryla. Gdyby nie zastał tu gubryjskich pancerzy w takim stanie, miał zamiar przeprowadzić własne eksperymenty.

— Hm — Lydia McCue skruszyła materiał w dłoni. Opadła na ziemię i wczołgała się pod maszynę, by sprawdzić, które jej części uległy korozji. Wreszcie wyszła na zewnątrz i usiadła obok Roberta.

— To mogłoby się okazać użyteczne. Pozostaje jednak kwestia systemu rozprowadzania. Nie odważymy się opuścić gór, by opryskać tymi mikrobami gubryjski sprzęt w Port Helenia. Ponadto broń biosabotażowa ma bardzo krótki termin efektywności. Trzeba ją zużyć natychmiast, atakując z zaskoczenia, gdyż środki zaradcze z reguły działają szybko i skutecznie. Po kilku tygodniach mikroby zostałyby zneutralizowane — chemicznie, za pomocą powłok lub poprzez sklonowanie innego zwierzaka, który zeżarłby naszego. Niemniej — obróciła kolejny kawałek i spojrzała w górę, by uśmiechnąć się do Roberta — to świetna sprawa. Rzecz, którą zrobiliście tu przedtem, i teraz coś takiego… to są właściwe sposoby toczenia wojny partyzanckiej. Jestem za tym. Znajdziemy sposób na wykorzystanie twojego pomysłu.

Jej uśmiech był tak otwarty i przyjazny, że Robert nie mógł na to nie zareagować. W owym momencie bliskości poczuł impuls, który starał się stłumić przez cały dzień.

Cholera, ona jest atrakcyjna — zdał sobie sprawę, zdeprymowany. Jego ciało wysyłało mu sygnały potężniejsze niż kiedykolwiek robiło to w obecności Athacleny. A przecież prawie nie znał porucznik McCue! Nie kochał jej. Nie był z nią związany w taki sposób, jak ze swą tymbrimską małżonką.

Mimo to w ustach czuł suchość, a serce biło mu szybciej, gdy spoglądała na niego ta ludzka kobieta o wąsko rozstawionych oczach, cienkim nosie i wysokim czole…

— Lepiej wracajmy już do domu — powiedział pospiesznie. — Proszę wziąć parę próbek, pani porucznik. Zbadamy je, gdy wrócimy do bazy.

Zignorował jej przeciągłe spojrzenie, wstał i dał sygnał Elsie. Wkrótce wspinali się już z powrotem w stronę kamiennych szpikulców, z próbkami schowanymi w plecakach. Gdy czujni strażnicy założyli na plecy karabiny i wskoczyli z powrotem na drzewa, okazywali widoczną ulgę.

Robert podążał za eskortą, nie zwracając wielkiej uwagi na ścieżkę. Starał się zapomnieć o drugim przedstawicielu swego gatunku maszerującym obok niego, zmarszczył więc brwi i skrył się za mglistym obłokiem własnych myśli.

59. Fiben

Fiben i Gailet siedzieli obok siebie. Zamaskowani gubryjscy technicy, którzy nastawili na parę szymów swe instrumenty z beznamiętną kliniczną precyzją, spoglądali na nie nieruchomymi oczyma. Wielosoczewkowe kule i płaskie tablice grup wyrazowych unosiły się w powietrzu ze wszystkich stron, obserwując ich z góry. Komora testów stanowiła dżunglę lśniących rur i maszynerii o błyszczących powierzchniach. Wszystko było aseptyczne i sterylne.

Mimo to pomieszczenie cuchnęło nieziemskim ptactwem. Fiben zmarszczył nos. Po raz kolejny narzucił sobie dyscyplinę, by uniknąć nieprzyjaznych myśli na temat Gubru. Z pewnością kilka z tych okazałych maszyn było detektorami psi. Choć wydawało się wątpliwe, by Galaktowie mogli naprawdę „odczytać jego myśli” z pewnością będą w stanie określić jego powierzchniowe nastawienie.

Fiben poszukał czegoś innego, o czym mógłby myśleć. Pochylił się w lewą stronę i przemówił do Gailet.

— Hmm, rozmawiałem z Sylvie, zanim przyszli po nas dziś rano. Powiedziała mi, że nie była ani razu w „Małpim Gronie” od chwili, gdy przybyłem do Port Helenia.

Gailet odwróciła się, by spojrzeć na Fibena. Jej twarz wyrażała napięcie oraz dezaprobatę.

— I co z tego? Takie zabawy, jak jej striptiz, mogły już wyjść z użycia, jestem jednak pewna, że Gubru znajdą inne sposoby wykorzystania jej jedynych w swoim rodzaju talentów.

— Od tej pory odmawia robienia podobnych rzeczy, Gailet. Naprawdę. Nie rozumiem, dlaczego jesteś do niej tak wrogo nastawiona.

— A mnie trudno jest zrozumieć, jak mogłeś się tak zaprzyjaźnić z kimś z naszych strażników! — warknęła Gailet. — To nadzorowana i kolaborantka!

Fiben potrząsnął głową.

— Właściwie Sylvie wcale nie jest nadzorowaną. Ani nawet szarą czy żółtą. Ma zieloną kartę reprodukcyjną. Przyłączyła się do nich, bo…

— Guzik mnie obchodzi, jakie miała powody! Och, mogę sobie wyobrazić, jakiego rodzaju łzawą historyjkę ci wcisnęła, ty wielki frajerze, trzepocząc rzęsami i zmiękczając cię, aby…

1 ... 111 112 113 114 115 116 117 118 119 ... 192
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)