Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Wojna wspomaganych [The Uplift War - pl]
Wojna wspomaganych [The Uplift War - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wojna wspomaganych [The Uplift War - pl]

Электронная книга - «Wojna wspomaganych [The Uplift War - pl]». Краткое содержание книги:

Ewolucja we wszechświecie powieści Brina nie jest tylko siłą naturalną — rozwinięte gatunki istot inteligentnych przyspieszają rozwój innych, „niższych” ras w ramach galaktycznego porządku wspomagania. Wiąże się z tym także system powiernictwa planet — Ziemianie otrzymali Garth w celu przyspieszenia odbudowy jego zniszczonego ekosystemu. Jednak ptasiopodobni Gubru szykują inwazję na Garth. Chcą nie tylko przejąć planetę, ale także wykorzystać ją w szantażu, mającym na celu ujawnienie miejsca stacjonowania odkrytej przez ziemski statek „Streaker” kosmicznej floty starożytnej rasy. Rozpoczęta wojna toczy się nie tylko na powierzchni Garth, gdzie pozbawione ludzkich zwierzchników neoszympansy organizują partyzantkę, ale i na poziomie galaktycznego systemu wspomagania, w ramach którego Ziemianie walczą o swoje prawo do planety.
1 ... 107 108 109 110 111 112 113 114 115 ... 192
Перейти на страницу:

Jej serce zabiło szybciej. Tym razem nie były za to odpowiedzialne związki chemiczne gheer. Jej witki podniosły się spontanicznie, nie wyłonił się jednak żaden glif. Zamiast tego zauważyła, że wyciągnęły się ku niemu wzdłuż delikatnych, mocno zakreślonych linii przypominających linie sił w polu dipola.

— Chyba, chyba rozumiem, Robercie. Chciałabym, żebyś się dowiedział, że ja…

Trudno było znaleźć słowa. Sama nie była pewna, co w tym momencie myśli. Potrząsnęła głową.

— Robercie? — odezwała się cicho. — Czy wyświadczysz mi przysługę?

— Wszystko, Clennie. Wszystko na świecie. Jego oczy były szeroko otwarte.

— Świetnie. W takim razie być może mógłbyś — uważając, by cię nie poniosło — wytłumaczyć mi i zademonstrować, co robiłeś, gdy dotknąłeś mnie wtedy… wliczając w to rozmaite aspekty fizyczne. Tylko tym razem wolniej, proszę cię.

Następnego dnia ruszyli powolnym krokiem w powrotną drogę do jaskiń. Nie spieszyło im się. Zatrzymywali się, by kontemplować światło słońca padające na małe polanki lub zatrzymywali się nad niewielkimi bajorkami zabarwionego płynu, zastanawiając się głośno, jaki śladowy związek chemiczny składowały tu czy tam wszechobecne pnącza wymieniające, choć odpowiedź na to pytanie właściwie ich nie obchodziła. Czasami trzymali się za ręce, wsłuchując się w ciche dźwięki leśnego życia planety Garth. Od czasu do czasu siadali i eksperymentowali delikatnie z wrażeniami wywołanymi dotykaniem się.

Athaclena z zaskoczeniem przekonała się, że większość potrzebnych szlaków nerwowych była już na miejscu. Nie trzeba było żadnej głębokiej autosugestii — wystarczyło subtelne przemieszczenie kilku naczyń włosowatych oraz receptorów ucisku — by eksperyment okazał się wykonalny. Najwyraźniej Tymbrimczycy mogli ongiś uprawiać rytuał zalotów taki jak pocałunki. Przynajmniej byli do tego zdolni.

Kiedy odzyska dawną postać, być może zachowa niektóre z adaptacji warg, gardła oraz uszu. Gdy wędrowała razem z Robertem, owiewał ich przyjemny wietrzyk. Było to zupełnie tak, jakby dość miły glif empatyczny podszczypywał koniuszki jej korony. Zaś całowanie, ten ciepły nacisk, pobudzało w niej intensywne, choć prymitywne uczucia.

Rzecz jasna, nic z tego nie byłoby możliwe, gdyby ludzie i Tymbrimczycy nie byli już przedtem tak podobni do siebie. Wśród niewykształconych przedstawicieli obu gatunków krążyło wiele uroczych, głupich teorii mających wyjaśnić tę przypadkową zbieżność, na przykład twierdzących, że mogły mieć one kiedyś wspólnego przodka.

Ten pomysł był, rzecz jasna, śmieszny. Athaclena wiedziała jednak, że jej przypadek nie był pierwszy. Bliskie stosunki utrzymywane w ciągu kilku stuleci doprowadziły do całkiem sporej liczby przypadków międzygatunkowego flirtu, niekiedy nawet otwarcie ujawnianych. Jej odkryć z pewnością dokonano przedtem już wielokrotnie.

Dorastając, nie zdawała sobie po prostu z tego sprawy, gdyż uważała podobne opowieści za, delikatnie mówiąc, niesmaczne. Zdała sobie sprawę, że przyjaciele na Tymbrimie musieli ją uważać za raczej pruderyjną. A teraz zachowywała się w sposób, który przyprawiłby większość z nich o szok!

Wciąż jednak nie była pewna, czy chce, by ktokolwiek w domu — zakładając, że zdoła tam wrócić — myślał, że jej związek z Robertem miał charakter inny niż czysto formalny. Uthacalthinga zapewne by to rozśmieszyło.

Nieważne — powiedziała sobie stanowczo. — Muszę żyć dniem dzisiejszym.

Eksperyment pomagał jej zabić czas. Miał też przyjemne aspekty. Ponadto Robert był pełnym entuzjazmu nauczycielem.

Rzecz jasna, będzie musiała wyznaczyć pewne granice. Była, na przykład, skłonna zmienić rozmieszczenie tkanki tłuszczowej w swych piersiach, a zabawa z wrażeniami umożliwionymi przez nowe zakończenie nerwowe była przyjemna. Gdy jednak dojdzie do rzeczy zasadniczych, będzie musiała być nieugięta. Nie zamierzała zmieniać nic w naprawdę podstawowych mechanizmach… dla żadnego człowieka!

Podczas drogi powrotnej zatrzymali się, by dokonać inspekcji kilku placówek buntowników. Morale było wysokie. Mający za sobą trzy miesiące ciężkich walk partyzanci pytali swych dowódców, kiedy znajdą sposób, by zwabić w góry więcej Gubru, aby mogli się do nich dobrać. Athaclena i Robert śmiali się oraz obiecywali, że zrobią, co będą mogli, by zapobiec brakowi celów do ćwiczebnego strzelania.

Niemniej zauważyli, że zaczyna brakować im pomysłów. Ostatecznie, jak można zaprosić na ponowną wizytę gościa, którego dziób raz za razem spryskiwało się krwią? Być może nadszedł czas, by spróbować przenieść wojnę na terytorium nieprzyjaciela.

Problem tkwił w braku miarodajnych danych wywiadowczych o tym, jak wyglądają sprawy w Sindzie i w Port Helenia. Dotarła do nich garstka niedobitków z powstania w mieście, którzy zameldowali, że ich organizacja uległa całkowitemu rozbiciu. Od owego fatalnego dnia nikt nie widział Gailet Jones ani Fibena Bolgera. Nawiązano ponownie kontakt z kilkoma osobami w mieście, lecz jedynie dorywczy i fragmentaryczny.

Zastanawiali się, czy nie wysłać nowych szpiegów. Wydawało się, że nadarza się odpowiednia okazja, gdyż Gubru ogłosili publicznie, że oferują lukratywne posady specjalistom od ekologii i Wspomagania. Do tej pory jednak ptaszyska z pewnością nastroiły już swój sprzęt do przesłuchań i zbudowały w miarę sprawny wykrywacz kłamstw dla szymów. Tak czy inaczej, Robert i Athaclena postanowili, że nie podejmą podobnego ryzyka. Przynajmniej na razie.

Wędrując w stronę domu wąską, rzadko odwiedzaną doliną, natknęli się na zwrócony w stronę południową stok pokryty osobliwą, niską roślinnością. Stali przez pewien czas spokojnie, przyglądając się zielonemu polu płaskich, odwróconych czasz.

— A jednak nie przygotowałem ci posiłku z pieczonych korzeni bluszczu talerzowego — zauważył wreszcie poważnym tonem Robert.

Athaclena prychnęła, doceniając jego ironię. Miejsce, gdzie doszło do wypadku, znajdowało się daleko stąd, lecz ten wyboisty stok przywołał żywe wspomnienia owego okropnego popołudnia, gdy zaczęły się wszystkie ich „przygody”.

— Czy te rośliny są chore? Czy coś jest z nimi nie w porządku? — wskazała ręką na pole talerzy, które zachodziły na siebie ciasno niczym łuski jakiegoś drzemiącego smoka. Górne warstwy nie były lśniące, gładkie i grube, jak to sobie przypominała. Najwyżej położone kapelusze w tej kolonii wydawały się znacznie cieńsze i mniej mocne.

— Hm — Robert nachylił się, by przyjrzeć się najbliższemu z nich. — Lato niedługo się skończy. Cały ten upał wysusza już najwyższe warstwy talerzy. W środku jesieni, gdy nadciągną wschodnie wiatry wiejące z Mulunu, kapelusze staną się cienkie i lekkie jak opłatek. Czy mówiłem ci już, że one roznoszą strąki z nasionami? Wiatr je porwie i wzlecą w niebo jak chmury motyli.

— Tak, tak. Pamiętam, że o tym wspominałeś — Athaclena skinęła z zamyśleniem głową. — Czy jednak nie powiedziałeś również, że… Przerwał jej ostry krzyk.

— Pani generał! Kapitanie Oneagle!

Ujrzeli grupę szymów pędzących z sapaniem wąską, leśną ścieżką. Dwa z nich były członkami ich eskorty, lecz trzecim był Benjamin! Wyglądał na wyczerpanego. Najwyraźniej pokonał całą drogę od jaskiń biegiem.

Athaclena poczuła, że Robert naprężył mięśnie pod wpływem nagłego niepokoju. Dzięki przewadze, jaką zapewniała jej korona, wiedziała już jednak, że Ben nie przynosi straszliwych wieści. Nie doszło do żadnej krytycznej sytuacji czy ataku nieprzyjaciela.

1 ... 107 108 109 110 111 112 113 114 115 ... 192
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)