Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Wojna wspomaganych [The Uplift War - pl]
Wojna wspomaganych [The Uplift War - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wojna wspomaganych [The Uplift War - pl]

Электронная книга - «Wojna wspomaganych [The Uplift War - pl]». Краткое содержание книги:

Ewolucja we wszechświecie powieści Brina nie jest tylko siłą naturalną — rozwinięte gatunki istot inteligentnych przyspieszają rozwój innych, „niższych” ras w ramach galaktycznego porządku wspomagania. Wiąże się z tym także system powiernictwa planet — Ziemianie otrzymali Garth w celu przyspieszenia odbudowy jego zniszczonego ekosystemu. Jednak ptasiopodobni Gubru szykują inwazję na Garth. Chcą nie tylko przejąć planetę, ale także wykorzystać ją w szantażu, mającym na celu ujawnienie miejsca stacjonowania odkrytej przez ziemski statek „Streaker” kosmicznej floty starożytnej rasy. Rozpoczęta wojna toczy się nie tylko na powierzchni Garth, gdzie pozbawione ludzkich zwierzchników neoszympansy organizują partyzantkę, ale i na poziomie galaktycznego systemu wspomagania, w ramach którego Ziemianie walczą o swoje prawo do planety.
1 ... 108 109 110 111 112 113 114 115 116 ... 192
Перейти на страницу:

Niemniej jej szymski adiutant był wyraźnie zbity z tropu i zakłopotany.

— Co się stało, Benjaminie? — zapytała. Wytarł sobie czoło ręcznie utkaną chusteczką, po czym sięgnął do drugiej kieszeni i wyciągnął z niej mały, czarny sześcian.

— Serowie, nasz kurier, młody Petri, wrócił wreszcie. Robert zbliżył się do niego.

— Czy dotarł do kryjówki? Benjamin skinął głową.

— Tak jest, dotarł. Przyniósł wiadomość od Rady. Ona jest tutaj — wyciągnął dłoń, w której trzymał sześcian.

— Wiadomość od Megan? — Robertowi zabrakło tchu, gdy spojrzał na nagranie.

— Tak jest, ser. Petri mówi, że pańska matka czuje się dobrze i przesyła życzenia.

— Ale… ale to świetnie! — zawołał Robert. — Znowu nawiązaliśmy kontakt! Nie jesteśmy już sami!

— Tak jest, ser. To prawda. W gruncie rzeczy… — Athaclena obserwowała, jak Benjamin męczy się, by znaleźć właściwe słowa. — W gruncie rzeczy Petri dostarczył coś więcej niż tylko wiadomość. W jaskiniach czeka na was pięcioro ludzi.

Zarówno Robert, jak i Athaclena mrugnęli powiekami.

— Pięcioro ludzi?

Benjamin skinął głową, lecz wyraz jego twarzy wskazywał, że nie był właściwie pewien, czy ten termin jest najtrafniejszy.

— To Terrageńska Piechota Morska, ser.

— Och — odrzekł Robert.

Athaclena zachowała milczenie. Kennowała bardziej uważnie niż słuchała.

Benjamin skinął głową.

— To zawodowcy, ser. Pięcioro ludzi. Przysięgam, że to niewiarygodne uczucie po tak długim czasie bez… chciałem powiedzieć, tylko z wami dwojgiem aż do tej chwili. Szymy zdrowo się podnieciły. Myślę, że byłoby najlepiej, gdybyście oboje wrócili najszybciej, jak tylko można.

Robert i Athaclena przemówili niemal jednocześnie.

— Oczywiście.

— Tak, wracajmy natychmiast.

W niemal nieuchwytny sposób bliskość pomiędzy Athacleną i Robertem uległa przemianie. Gdy nadbiegł Benjamin, trzymali się za ręce. Teraz nie odnowili tego uścisku. Wydawałoby się to nieodpowiednie. Maszerowali obok siebie wąską ścieżką. Pomiędzy nich zakradł się nowy, nieznany czynnik. Nie musieli spoglądać na siebie nawzajem, by wiedzieć, co myśli drugie z nich.

Na lepsze czy gorsze, wszystko się zmieniło.

58. Robert

Major Prathachulthorn zagłębił się w odczyty, rozrzucone na stole mapowym niczym spadłe z drzew liście. Obserwując niskiego, ciemnoskórego mężczyznę przy pracy, Robert zdał sobie sprawę, że ten chaos jest jedynie pozorny. Prathachulthorn nigdy nie musiał niczego szukać. Gdy czegoś potrzebował, odnajdywał to jakoś jedynie za pomocą szybkiego poruszenia skrytych pod powiekami oczu oraz pokrytych zgrubieniami dłoni.

Od czasu do czasu oficer piechoty morskiej spoglądał na holozbiornik i mruczał coś bezgłośnie do mikrofonu na gardle. Dane wirowały w zbiorniku jak szalone, przesuwały się i obracały, zmieniając nieznacznie położenie na jego komendę.

Robert czekał, stojąc w postawie swobodnej, przed stołem z grubo ociosanych kłód. Już czwarty raz Prathachulthorn wezwał go, by odpowiadał na lapidarnie sformułowane pytania. Za każdym razem Robert czuł coraz większy podziw dla rzucających się w oczy precyzji i umiejętności tego mężczyzny.

Było jasne, że major Prathachulthorn to zawodowiec. W ciągu jednego tylko dnia on i jego nieliczny sztab zaczęli zaprowadzać porządek w prowizorycznych programach taktycznych partyzantów. Przegrupowywali dane, wyławiając z nich ukryte regularności oraz doszukując się rzeczy, których powstańcy-amatorzy nawet sobie nie wyobrażali.

Prathachulthorn prezentował sobą wszystko, czego potrzebował ich ruch. Był dokładnie tym, o co się modlili.

Nie budziło to wątpliwości. Robert jednak nie znosił go z całego serca. Starał się teraz dociec, dlaczego właściwie tak jest.

To znaczy, pomijając fakt, że każe mi tu czekać w milczeniu, zanim nie poczuje się gotowy.

Robert rozpoznał w tym prosty sposób na dobitne pokazanie mu, kto jest tu szefem. Wiedza ta pomagała mu znosić wszystko ze względnym spokojem.

Major w każdym calu wyglądał jak stuprocentowy terrageński komandos, mimo że jego jedyną ozdobą o charakterze militarnym były insygnia rangi na lewym ramieniu. Nawet w kompletnym mundurze wyjściowym Robert nie wyglądałby na żołnierza w takim stopniu jak Prathachulthorn w tej chwili — odziany jedynie w źle dopasowany strój z materiału utkanego przez goryle pod siarkowym wulkanem.

Ziemianin spędził trochę czasu na bębnieniu palcami w blat. Powtarzające się uderzenia przypominały Robertowi o bólu głowy, który już od co najmniej godziny próbował zwalczyć za pomocą biomechanizmu zwrotnego. Z jakiegoś powodu ta technika tym razem nie skutkowała. Czuł się uwięziony, odczuwał klaustrofobię, brak mu było tchu. Miał też wrażenie, że jego stan się pogarsza.

Wreszcie Prathachulthorn podniósł wzrok. Ku zaskoczeniu Roberta pierwszą uwagę majora można było zrozumieć jako coś odległe przypominającego komplement.

— No więc, kapitanie Oneagle — zaczął Prathachulthorn. — Przyznaję, że obawiałem się, iż sprawy będą wyglądały dużo, dużo gorzej niż się to ma w rzeczywistości.

— Słyszę to z ulgą, sir.

Prathachulthorn przymrużył oczy, jak gdyby podejrzewał, że w głosie Roberta kryje się cieniutka warstewka sarkazmu.

— Żeby wyrazić się precyzyjnie — ciągnął — obawiałem się, że okłamał pan w swym raporcie Radę na Wygnaniu i że będę musiał pana rozstrzelać.

Robert powstrzymał się przed przełknięciem śliny i zdołał zachować obojętny wyraz twarzy.

— Cieszę się, że nie okazało się to konieczne, sir.

— Ja również. Choćby dlatego, że jestem pewien, iż pana matka mogłaby być poirytowana. W obecnej sytuacji, biorąc pod uwagę, że pana przedsięwzięcie ma charakter ściśle amatorski, jestem skłonny przyznać, że dobrze się pan spisał — major Prathachulthorn potrząsnął głową. — Nie, to nie oddaje panu sprawiedliwości. Powiedzmy to w ten sposób. Jest wiele rzeczy, które zrobiłbym inaczej, gdybym tu był, biorąc jednak pod uwagę, jak kiepsko spisały się oficjalne siły, pan i pańskie szymy wypadliście naprawdę bardzo dobrze.

Robert poczuł, że pustka w jego piersi zaczyna się wypełniać.

— Jestem pewien, że szymy z radością to usłyszą, sir. Muszę jednak wskazać, że nie byłem tu jedynym dowódcą. Znaczną część tego brzemienia dźwigała Tymbrimka Athaclena.

Twarz majora przybrała kwaśny wyraz. Robert nie był pewien, czy powodem był fakt, że Athaclena była Galaktem, czy też to, że Robert jako oficer milicji powinien osobiście sprawować wyłączne dowództwo.

— Ach tak. „Pani generał” — jego lekceważący uśmiech był w najlepszym razie protekcjonalny. Skinął głową. — Wspomnę o jej współudziale w moim raporcie. Córka ambasadora Uthacalthinga jest najwyraźniej zaradną, młodą nieziemką. Mam nadzieję, że zechce nadal nam pomagać, w jakimś charakterze.

— Szymy ją uwielbiają, sir — wskazał Robert. Major Prathachulthorn skinął głową. Gdy spojrzał w stronę ściany, w jego głosie zabrzmiał ton zamyślenia.

— Tak, wiem o tym. Tymbrimska mistyka. Czasami zastanawiam się, czy media wiedzą, co, u diabła, robią, tworząc podobne idee. Sojusznicy czy nie, nasi ziomkowie muszą zrozumieć, że Ziemski Klan zawsze będzie z założenia samotny. Nigdy nie będziemy mogli w pełni ufać nikomu z Galaktów.

Nagle, jak gdyby poczuł, że mógł powiedzieć za dużo, Prathachulthorn potrząsnął głową i zmienił temat.

1 ... 108 109 110 111 112 113 114 115 116 ... 192
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)