Wojna wspomaganych [The Uplift War - pl]
- Автор: Брин Дэвид
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-86211-55-5
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Wojna wspomaganych [The Uplift War - pl]». Краткое содержание книги:
— Pomówmy o naszych przyszłych operacjach przeciw nieprzyjacielowi…
— Zastanawialiśmy się nad tym, sir. Wydaje się, że tajemniczy przypływ aktywności przeciwnika w górach dobiegł końca, choć nie wiemy na jak długo. Niemniej chodzi nam po głowie kilka pomysłów. Rzeczy, które moglibyśmy wykorzystać przeciwko nim, kiedy wrócą, o ile do tego dojdzie.
— Dobrze — Prathachulthorn skinął głową. — Musi pan jednak zrozumieć, że w przyszłości konieczna będzie koordynacja wszystkich naszych działań w Mulunie z posunięciami innych sił planetarnych. Nieregularne oddziały po prostu nie są w stanie uderzyć skutecznie w nieprzyjaciela tam, gdzie tkwią prawdziwe źródła jego siły. Dowodem jest sposób, w jaki szymscy powstańcy w mieście zostali doszczętnie rozbici, gdy spróbowali zaatakować baterie kosmiczne w pobliżu Port Helenia.
Robert rozumiał, o co chodzi Prathachulthornowi.
— Tak jest, sir. Co prawda od tego czasu udało nam się zdobyć trochę amunicji, która mogłaby okazać się użyteczna.
— W istocie, kilka pocisków. Mogą się przydać, jeśli zdołamy się połapać, w jaki sposób je odpalić. A zwłaszcza, jeśli będziemy mieli wystarczające informacje o tym, gdzie je wymierzyć. Mamy zdecydowanie zbyt mało danych — ciągnął major. — Chcę zebrać ich więcej i złożyć raport w radzie. Potem naszym zadaniem będzie przygotowanie się do wsparcia takiej akcji, jaką postanowi ona podjąć.
Robert zadał wreszcie pytanie, które odkładał od chwili, gdy wróciwszy zastał tu Prathachulthorna i jego małą grupę ludzkich oficerów, którzy przewracali podziemne schronienie do góry nogami, szperali we wszystkim i przejmowali kontrolę.
— Co się teraz stanie z naszą organizacją, sir? Athaclena i ja nadaliśmy pewnej liczbie szymów status tymczasowych oficerów. Oprócz mnie jednak nikt tutaj nie ma prawdziwego kolonialnego patentu oficerskiego.
Prathachulthorn wydął wargi.
— Cóż, pański przypadek jest najprostszy, kapitanie. Niewątpliwie zasługuje pan na odpoczynek. Może pan odprowadzić córkę ambasadora Uthacalthinga do kryjówki. Dostarczy pan nasz następny raport wraz z moją rekomendacją mówiącą, że powinien pan otrzymać awans i medal. Wiem, że pani koordynator to się spodoba. Będzie pan mógł przekazać im, w jaki sposób dokonał pan swego wspaniałego odkrycia dotyczącego gubryjskiej rezonansowej techniki wykrywania. — Major za pomocą tonu swego głosu dał wyraźnie do zrozumienia, co pomyślałby o Robercie, gdyby przyjął on tę propozycję. — Z drugiej strony, byłbym zadowolony, gdyby przyłączył się pan do mojego sztabu ze statusem tytularnego porucznika piechoty morskiej jako dodatkiem do pańskiego kolonialnego patentu. Przydałoby się nam pańskie doświadczenie.
— Dziękuję, sir. Myślę, że zostanę tutaj, jeśli nie ma pan nic przeciwko temu.
— Świetnie. W takim razie wyznaczę kogoś innego, by odprowadził…
— Jestem przekonany, że Athaclena również zechce zostać — dodał pospiesznie Robert.
— Hmm. No dobrze. Jestem pewien, że mogłaby na razie być pomocna. Wie pan co, kapitanie. Poruszę tę sprawę w następnym liście do Rady. Jedna kwestia musi jednak zostać rozstrzygnięta. Ona nie ma już statusu wojskowego. Szymy mają zaprzestać zwracania się do niej jako do dowodzącego oficera. Czy to jasne?
— Tak jest, sir, całkiem jasne.
Robert zastanawiał się jedynie, jak można zmusić do przestrzegania podobnego rozkazu cywilne neoszympansy, które miały tendencję, by nazywać wszystkich i wszystko, jak im się tylko żywnie podobało.
— Dobrze. Teraz, co do tych, którzy uprzednio znajdowali się pod pańskim dowództwem… Tak się składa, że mam ze sobą kilka kolonialnych patentów oficerskich in blanco. Możemy je przyznać szymom, które wykazały godną uwagi inicjatywę. Nie wątpię, że może pan zarekomendować parę nazwisk.
Robert skinął głową.
— Zrobię to, sir.
Przypominał sobie jedynego poza nim członka ich „armii”, który należał już do milicji. Myśl o Fibenie — z pewnością od dawna już nieżyjącym — sprawiła, że poczuł się nagle jeszcze bardziej przybity.
Te jaskinie! Doprowadzą mnie do szaleństwa. Coraz trudniej jest znieść chwile, które muszę tu spędzać.
Major Prathachulthorn był zdyscyplinowanym żołnierzem i przeżył całe miesiące w podziemnej kryjówce Rady. Robert jednak nie miał równie silnego charakteru.
Muszę się stąd wyrwać!
— Sir — odezwał się pospiesznie. — Chciałbym prosić pana o pozwolenie na opuszczenie bazy na kilka dni. Chciałbym się udać w okolice Przełęczy Lorne… do ruin Centrum Howlettsa.
Prathachulthorn zmarszczył brwi.
— Tam gdzie dokonywano nielegalnych manipulacji genetycznych na gorylach?
— Tam gdzie odnieśliśmy nasze pierwsze zwycięstwo — przypomniał komandosowi. — I gdzie zmusiliśmy Gubru do zgody na parol.
— Hmm — mruknął major. — Co się pan spodziewa tam znaleźć? Robert stłumił chęć wzruszenia ramionami. Ze względu na swą narastającą raptownie klaustrofobię, potrzebę znalezienia jakiegokolwiek usprawiedliwienia, które pozwoliłoby mu się stąd wyrwać, uczepił się pomysłu, który do tej pory był jedynie przebłyskiem skrytym głęboko w jego umyśle.
— Być może broń, sir. Jest koncept, który mógłby się okazać bardzo pomocny, o ile się sprawdzi.
To pobudziło zainteresowanie Prathachulthorna.
— Co to za broń?
— Wolałbym na razie tego nie precyzować, sir, dopóki nie będę miał szansy, by sprawdzić kilka rzeczy. Będę nieobecny tylko trzy dni, maksimum cztery. Obiecuję.
— Hmm. Dobrze — wargi Prathachulthorna wydęły się. — Tyle czasu będzie potrzeba jedynie na to, by doprowadzić do porządku te systemy danych. Dopóki tego nie zrobimy, tylko by nam pan przeszkadzał. Później jednak będę pana potrzebował. Musimy przygotować raport dla Rady.
— Tak jest, sir. Wrócę najszybciej, jak będę mógł.
— A więc dobrze. Proszę zabrać ze sobą porucznik McCue. Chciałbym, żeby ktoś z moich ludzi obejrzał okolicę. Niech pan jej pokaże, w jaki sposób udało się panu osiągnąć ten mały triumf, przedstawi ją dowódcom ważniejszych szymskich grup partyzantów w tym rejonie, po czym wróci bez zwłoki. Może pan odejść.
Robert stanął na baczność.
Chyba już wiem, dlaczego go nie cierpię — zdał sobie sprawę, gdy zasalutował, zrobił w tył zwrot i wyszedł, odsuwając zwisający koc, który służył jako drzwi do podziemnego gabinetu.
Od chwili, gdy wrócił do jaskiń i zastał tam Prathachulthorna wraz z jego ludźmi, którzy zachowywali się jak właściciele, traktowali szymy z góry i osądzali wszystko, czego udało im się wspólnie dokonać, Robert nie potrafił się uwolnić od wrażenia, że jest dzieckiem, któremu do tej pory pozwalano na odgrywanie cudownie dramatycznej roli w naprawdę świetnej zabawie. Teraz jednak dziecko musiało znosić rodzicielskie poklepywania po głowie, które paliły, nawet jeśli miały w założeniu być pochwałą.
Była to zawstydzająca analogia, lecz Robert wiedział, że w pewnym sensie jest ona trafna.
Wydał z siebie milczące westchnienie i oddalił się pośpiesznie od gabinetu i ciemnej zbrojowni, którą uprzednio dzielił z Athacleną. Teraz całkowicie przejęli ją dorośli.
Dopiero gdy Robert znalazł się z powrotem pod wysokimi koronami drzew, poczuł, że znowu może oddychać swobodnie. Wydawało mu się, że znajome zapachy lasu oczyściły jego płuca z fetorów ociekających wilgocią jaskiń. Zwiadowcy mknący przed nim i obok niego byli tymi, których znał — szybcy, wierni i dziko wyglądający ze swymi kuszami i czarnymi jak sadza twarzami.
Moje szymy — pomyślał, czując się odrobinę winny, że sformułował to w tych słowach. Niemniej towarzyszyło mu poczucie własności. To było jak za „dawnych dni” — dawniejszych niż wczoraj — gdy czuł się ważny i potrzebny.