Światy braci Strugackich - Czas uczniów
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич, Скаландис Ант
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Rebis
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
— Co?
— Jeden miliard. Jeden, a nie piętnaście. Ale wiemy, że piętnaście. I żyjemy tak, jakby nas było piętnaście… — Rozkaszlał się. — Nie ma tu błędu, Stas. Dane zostały sprawdzone wielokrotnie. Różnice są nieznaczne.
— Zatem…
Lodowaty podmuch wiatru uderzył w twarz. Drobne kropelki wody.
— To może znaczyć tylko jedno: maszyna zrozumiała zadanie po swojemu. I po swojemu je wykonała. Otrzymała wynik. Ludzkość zmalała, zupełnie tego nie zauważywszy. W końcu wkomponowała się w ekosystem. Bez katastrof, bez bólu…
— Co to znaczy? Przecież wynika z tego, że unicestwiono czternaście miliardów ludzi?
— Może unicestwiono, może nie. Słyszał pan o planecie Nadzieja? Przykład brutalnej wpadki. W naszym wypadku mamy o czynienia z działaniem subtelnym, mistrzowskim.
— Czy to znaczy, że pan… jakby to powiedzieć… akceptuje to wszystko?
— Czy to ważne, jaki ja mam do tego stosunek? W sumie mnie to nawet nie interesuje.
— A nie wydaje się panu, że byłoby sensowne wstrzymać to? — zapytałem.
— Nie wiem. Przecież odbywa się stałe napromieniowanie.
Jeśli je pan usunie, nastąpi globalny szok. Pan ma, jak wiem bardzo wysoką psychiczną rezystancję. Ale i pan poczuje się gorzej, kiedy będzie pan patrzył na świat nowymi oczami.
— A co, bardzo się on różni?
— Formalnie nie. Ale sprawia zupełnie inne wrażenie.
— Ale czy maszyna nie zdecyduje, że powinno nas być jeszcze mniej? Albo że powinniśmy być niżsi? Mieć ogony? Żyć pod wodą?
— To możliwe. Wtedy będziemy żyć pod wodą. Obawiam się, że aktualnie najniebezpieczniejsza z punktu widzenia zachowania tego, co mamy, co nam zostało, jest zmiana sposobu istnienia. Starożytni mawiali: „Nie szkodzić”.
— Ale maszyna nie jest wieczna. Wcześniej czy później zestarzeje się, rozwali…
— Niech pan porozmawia o tym z Brombergiem. W końcu jest jednym z…
— Bromberg?!
— Tak. Stary Isaac Bromberg. Który oddał życie…
W tym momencie rozległ się sygnał wywołania. Sikorski z niezadowoleniem skinął w stronę ekranu, ale ten już się jarzył.
— Ekscelencjo! — niemal krzyknął jakiś człowiek. — Wiemy już, co się stało z Abałkinem! Wyjaśniliśmy to do końca… — Nagle zobaczył mnie. Jego oczy rozszerzyły się. Jasne zimne oczy.
— Bardzo dobrze, Maksym — rzekł Sikorski. — Jestem zadowolony. Ale czy warto wpadać bez uprzedzenia?
— Tak, Ekscelencjo, nie warto. Stas, to pan?
— Na razie ze mną wszystko w porządku — powiedziałem. — Rozmawiamy o życiu.
Ala
Wszystko, co najważniejsze, docierało do niej w półdrzemce.
…wiedziała skądś, że oczami zobaczy to inaczej, nie tak jak teraz: szmaragdowy piasek, czarne fale, w oddali niebiesko-szary lodowiec. Fale poruszały szare kawałki lodu, śryż przyniesiony do brzegu. To znaczy, że jest lato. Ala stała z szeroko rozstawionymi nogami i patrzyła w dal. Ogromne pomarańczowe cielsko leżało na poły zagrzebane w piasku. Sterczała tylko bardzo ludzka, ale zbyt ogromna ręka. Po białym niebie z liliowymi i żółtymi plamami pełzł łańcuszek purpurowych ogników. Gdybym tylko zechciała, to czarne wody rozstąpią się przede mną, otwierając drogę do tajemniczej głębi. Tam jest mój dom, mój prawdziwy dom. I w górach. I za bagnami, w głębokich rozpadlinach, z których ulatują kłęby pachnącego leczniczo dymu. Nigdy nikogo tu nie wpuszczę, sprawię, że przybysze pomylą drogę. Ale jest mi bez nich smutno, więc tworzę ich przed sobą z resztek wyobraźni. Ciemne miasto powstaje na plaży i fale je omywają, nie ścierając. Wysoki dźwięk wznosi się do nieba, zapalając koncentryczne pierścienie…
Ala ocknęła się, poderwała i rozejrzała. Wszystko było zbyt proste, żeby stało się koszmarem.
Puste krzesła stały w nierównym półkolu, jakby rozmawiały ze sobą. Przez otwarte okna wpadały dźwięki. Dochodziły stamtąd odgłosy uderzenia piłki, niezrozumiałe mechaniczne hałasy i elektryczne trzaski.
Wszedł Gorbowski, zatroskany jak wcześniej. Usiadł na krześle okrakiem, przyjrzał się Ali, westchnął i pokręcił głową.
— Odnalazł się nasz Stas — oznajmił. — Tylko nie wiem, czy to dobrze.
— Gdzie jest? — szybko zapytała Ala.
— Na Ziemi. U Sikorskiego.
— Kto to jest Sikorski?
— Naprawdę pani nie wie? To była głośna historia.
— Pierwszy raz… — zamilkła. Wewnątrz niej pękła banieczka. — Wiem. Tak. Wszystko wiem. Ale na co on Stasowi?
Gorbowski wzruszył ramionami.
— Jesteśmy beznadziejnie spóźnieni. Przede wszystkim tu. — Dotknął czoła. — A prócz tego nastąpił pewien paraliż woli.
— Paraliż woli — powtórzyła Ala. — Szkoda.
— Jak się pani czuje? — zapytał Gorbowski. — Była pani w takich tarapatach.
— Nie wiem. Nijak się nie czuję. Jeszcze się nie przepaliło.
— Tak, rozumiem. No to jak, zostawimy robotę zawodowcom?
— Nie — powiedziała Ala. — Nie mogę. Powinien być ktoś, kto rozumie.
— Za pół godziny Maksym odlatuje na Ziemię. Do Sikorskiego. Ja na razie zostaję. Pani co zamierza?
— Polecę — zdecydowanie odparła Ala.
— Czy Stas coś dla pani… znaczy?
Ala popatrzyła na Gorbowskiego. Nie było jasne, czy rzeczywiście nie rozumie, czy pyta o coś innego?
— Mam go tu — powtarzając jego gest, dotknęła czoła. — I już niemal nie mogę tego znieść.
Stas
— Nic pan nie rozumie, Popów — ochrypłym głosem powiedział Bromberg. — Przypuszczam, że pan wszystko wie, ale ni cholery nie rozumie.
— Dlaczegóż to? — zapytałem uprzejmie. — Starożytny sposób odzwyczajania od narkotyków: wolno i stopniowo zmniejszać dawki. Dziewiętnasty wiek.
— A nie próbował pan kogoś w ten sposób odzwyczaić od jedzenia? Od powietrza? Nie? No to niech pan spróbuje, niech pan spróbuje…
— Dość, Bromberg. To nie ja, to pan nie rozumie, że pańskie przedsięwzięcie padło. Jeśli ja się powstrzymam, nie powstrzymają się inni. To jest strzał śrutem. Zabrali się do nas serio.
— Kto? Kto się zabrał? Co pan gada, idioto?
— Pewien bardzo kompetentny rozum, który kojarzy się nam z Małym. Widzi pan, im nie podoba się nasze zachowanie.
— Powiedziałem: idiota! Powtórzyć? Powtórzę: idiota! Jaki Mały? Jaki rozum? To wszystko wymysły pańskiej ukochanej! Wciska panu bajki, żebyśmy…
Poczekałem, aż się wykrzyczy, i zapytałem:
— Proszę mi powiedzieć, czy na pana działa ta sugestia?
— Na mnie? Oczywiście, że nie. Wiem, że ona istnieje, że jest skierowana na modyfikację mojego zachowania, i postępuję z poprawką na nią.
— Jak dawno temu przeglądał pan ostatni raz widmo tego promieniowania?
— Regularnie. Bo co?
— Nie rzuciło się panu w oczy nic szczególnego?
— Nie. I nie mogło się rzucić. Dlatego że niczego niezwykłego tam nie ma.
— Rozumiem. Więc proszę mnie uważnie posłuchać. Mieszkałem na planecie, gdzie nie ma hipnopromieniowania. Na Ziemi jestem około doby. Nawet na zwykłego człowieka promieniowanie jeszcze nie ma wpływu przy takim okresie. Jego oddziaływanie się kumuluje, prawda?