Miedziany Król
- Автор: Дяченко Марина и Сергей
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 978-83-7590-012-5
- Переводчик: Iwona Czapla
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Miedziany Król». Краткое содержание книги:
Przypadek sprawia, że poznaje pradawne zaklęcie — prośbę skierowaną do tytułowego Miedzianego Króla: w zamian za rzecz szczególnie dla proszącego ważną Król dać ma to, czego w danej chwili proszący szczególnie potrzebuje, przy czym to Król, a nie proszący, decydować ma, co stanie się przedmiotem zamiany. Chłopak korzysta z owej wiedzy w sposób bezwzględny. Dzięki niej z niewolnika wspina się na sam szczyt społecznej drabiny — dowodzona przez niego armia jest w stanie konkurować z największymi potęgami tego świata. Czy aby jednak na pewno dzięki temu osiąga sukces? Czy może osiągnąłby go i tak, bez pomocy mitycznego Króla?
— A najważniejsze — niecierpliwie zapytał Razwijar. Powiodło ci się?
Glen nerwowo potarł dłonie.
— Jest ich dwóch. Obaj są piratami, na jednego wołają Żniwiarz, na drugiego Kikut. Z Chwatem od dawna są na noże. Swoich ludzi mają mało, ale to bestie doborowe, trzy sezony chodzili na bentalskiego smoka… Cały czas bałem się do nich zbliżyć.
— No i?
— Splunąłem, pomyślałem, raz sytusze śmierć… i poszedłem. Wszystko powiedziałem, jak kazałeś. Oczy im zapłonęły, o tak — Glen rozstawił przed oczami wskazujące palce i kciuk. — A teraz ich człowiek liczy na znak z zamku.
Razwijar zamyślił się.
— Co ty za to chcesz, Glenir? — zapytał wreszcie.
— Obiecałeś panie dać mi broń. I jeszcze…
— Kobietę?
— Tak.
Władca mimowolnie przypomniał sobie Dżal i swoje namiętne pragnienie, żeby wywieźć ją z zamku, wykraść i mieć tylko dla siebie.
— Jest twoja.
Źrenice Glena rozszerzyły się. Milcząc opadł przed Razwijarem na jedno kolano.
Po kilku dniach od tego spotkania zamek przeżył nalot strzelców na skrzydlakach. Jaska zobaczyła ich pierwsza i podniosła alarm. Razwijar nakazał jej pozostać w wieży i nie próbować używać pierścienia. Robotnicy rozbiegli się, chroniąc się, gdzie kto mógł, przed lecącymi z nieba strzałami.
Oddział składał się z sześciu skrzydlaków. Unosiły się wysoko, potem lotem pikującym spadały jeden za drugim, a napastnicy ostrzeliwali zamek, łatwo odnajdując niezabezpieczone miejsca, zasadzając strzały w otworach wentylacyjnych, w szczelinach, w okienkach strzelniczych. Jeden z rzemieślników został zabity na miejscu. Dwóch strażników zostało rannych. Na środkowej galerii zasiadł oddział pod dowództwem Brana i wielkie arbalety po raz pierwszy pokazały swoją bojową przydatność. Ani jednego skrzydlaka nie udało się zestrzelić, ale obstrzał ze strony najeźdźców został przerwany. Ptaki uniosły się, zatoczyły koło nad zamkiem, jakby obiecywały rychły powrót i odleciały za szczyty.
Od tamtej pory naloty powtarzały się kilka razy. Dziesiętnik Bran uczył młodych robotników strzelać z łuku. Prace zwolniły tempo, pasterze przestali pokazywać się w zamku, szpiedzy donosili Razwijarowi, że ludzie są zniechęceni i nie wierzą w opiekę zamku. Wielu z pewnością, przy najbliższej nadarzającej się okazji, ucieknie. Także patrol na przełęczy w tych dniach został ostrzelany, z pięciu patrolujących zginęło trzech, nie uratowały ich ani tarcze, ani kryjówki. Tari-Koło był ranny.
Jaska na wpół leżała w fotelu na wieży. Było jej niedobrze; szarpała pierścień na swoim palcu, jakby chciała go zdjąć, ale się nie zdecydowała.
Goniec Pod Wieczór nie na darmo otrzymał swoje imię. Zmierzch w górach następował coraz wcześniej; Dalekie Światło leżał na ziemi, jego jasna skóra było widoczna z daleka. Goniec stał na strzemionach, w ręce trzymał strzępek białej tkaniny, którym machał nad głową. Kiedy obu przyprowadzono do władcy, jeszcze ściskał ten skrawek w pięści.
— Wojna — powiedział od progu. — Przyjmiemy imperatorską władzę albo nas pozabijają.
— Otrzymaliście tęczowy akt? — Razwijar uśmiechnął się z przymusem. — „Imperator boleje nad każdym swoim poddanym”?
— Nie potrafię czytać — sucho zauważył Goniec. — Seniorom przyniesiono wiadomość od namiestnika, wszyscy wiedzieli, że tak będzie. Na granicy naszych ziem zbierają się wojska. Nie patrole — wojska… Wiele wierzchowych ptaków. Wielu obcych. Wiele broni, kuźnie dymią…
Chcą nas przycisnąć i zabić — odkaszlnął — jednym uderzeniem. Jak człapacza.
— Co zdecydowali seniorzy?
— Posłali nas do ciebie. Jeśli jesteś pewny… jeśli twoje słowa nadal mają moc… gotujcie się do walki. Ty, twoi ludzie. Twój mag.
— Moje słowa nadal mają moc — potwierdził Razwijar.
Skontrolował posterunki.
Gestem wstrzymał Łuksa, który chciał porozmawiać:
— Potem.
Wszedł na wieżę. Jaska leżała. Znowu było jej niedobrze. Razwijar przysiadł na skraju pościeli.
— Zaczęło się — cicho zapytała dziewczyna.
— Tak.
— Łuks chciał mnie wywieźć.
— Jak?! — Razwijar stracił głowę.
— Ocalić mnie i dziecko… wyprawić w odległe jaskinie. Sam chciał zostać z tobą.
Władca długo myślał zaciskając i rozluźniając pięści.
— On myślał o moim życiu — cicho powiedziała Jaska.
— Kocha mnie.
— A ja ciebie nie kocham?!
— Ty myślisz tylko o zwycięstwie.
— Tak. Ponieważ to zwycięstwo będzie także twoje. I naszego dziecka. Nie możemy nie zwyciężyć.
Spojrzenie Jaski rozjaśniło się:
— Rzucasz mnie w wir walki — powiedziała z czułością.
— Mnie, słabą, brzemienną kobietę.
— Nieprawda. Razem idziemy do walki: ja — wojownik, ty — mag.
— I za to będę zawsze cię kochać — przymknęła oczy. — Ciebie, a nie twojego przybranego brata. Który gotów jest oddać za mnie i życie, i swoją cześć, i zwycięstwo… Wyjdź, muszę się ubrać.
— Miałem zamiar uszyć ci nową suknię — wyszeptał zażenowany, wstając.
— Już mi ją uszyto — uśmiechnęła się słabo. — Kiedy ty wciąż zbierałeś się do tego, Łuks o wszystko się zatroszczył, przyprowadził krawca… I mam suknię i płaszcz z lamówką. Idąc na śmierć, chcę wyglądać jak szlachetna pani… Żartuję, żartuję. Moja nowa suknia warta jest naszego przyszłego zwycięstwa.
Roześmiała się. Coś w tym śmiechu nie spodobało się Razwijarowi. Czyżby gorycz?
Nad płaską równiną pośrodku Nagórza krążyły opadając powoli pierwsze płatki śniegu.
Jeźdźcy stali ramię w ramię, każdy miał na głowie hełm, na ramionach naramienniki, a na plecach tarczę. Wojownicy przedniego oddziału trzymali po krótkim mieczu w każdej ręce.
Jeźdźcy wierzchem na swoich braciach zdawali się czterorękimi istotami. Na flankach stali strzelcy z arbaletami. Za ruchomą fortyfikacją z okutych żelazem bierwion, zasiedli łucznicy, pośród których było wiele kobiet. Wszyscy Nagóreni zdolni do noszenia broni, którym podległość Imperatorowi była wstrętną, wydychali białą parę w mroźne powietrze Lego poranka.
Oddzielnym, niewielkim odziałem stali strażnicy z zamku. Ponuro patrzyli przed siebie.
Dziesiętnik Bran patrzył na świat poprzez prześwit w hełmie. Stary kaleka był prawie bezużyteczny w walce, ale jednak przyszedł.
Ziemia drgała. Coraz silniejszy stawał się przeciwny wiatr. Przeciwległy koniec pola zasnuły był mgłą, która zgęstniała posłuszna sile wielkiej magii. Białą zasłonę trzymała umiejętna ręka; mag ukrywał imperatorskie wojsko i Nagóreni nie widzieli niczego, oprócz białego mirażu.
Potem mgła się rozstąpiła jak kotara, jednym porywem wiatru. I ci, których skrywała, równocześnie ruszyli z miejsca. Zadrżała ziemia.