Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Altsin skinął głową.
– Może. A może nachodziły mnie takie głupie myśli, bo się ich spodziewałem? Może gdybym sądził, że opętała mnie Pani Wiatrów, zacząłbym bez przerwy puszczać bąki?
Coś błysnęło w oczach maski.
– Nie jesteś opętany. W każdym razie niczym innym poza głupotą i uporem. Ale dzięki temu jeszcze żyjesz. On nie jest zainteresowany przejęciem tego ciała nawet za cenę zmieszania waszych dusz.
– Naprawdę?
– Naprawdę. Poznał cię i wie, że nie pójdziecie wspólną drogą. To mogłoby go zupełnie odmienić, a tego nie chce. Nie po to opuścił swoje królestwo, żeby pętać się po ziemi w ciele złodzieja i oszusta. Choć dużo bym dał za wiedzę, po co to zrobił.
Przerażające podejrzenie przetoczyło się przez głowę Altsina.
– On, czyli kto? – zapytał cicho.
– Obejrzyj się i powiedz mi, kto za tobą siedzi, przyjacielu. Kilka lat temu opowiedziała mi pewną historię. Tę o swojej matce, Świątyni Reagwyra i jego Mieczu. O tym, co z Miecza uczyniono. Właśnie dzięki tej historii przyjąłem ją do siebie, bo trzeba niezłomnego ducha i mnóstwa szczęścia, by dokonać tego, co zrobiła. A szczęście to bezcenna rzecz. Ale pięć dni temu uzupełniła historię o pewien szczegół. O ranę na dłoni jej towarzysza. Ponoć wcześniej nie uznała tego za ważne.
Złodziej mimowolnie zacisnął rękę.
– Nie poczułem go, gdy w ciebie wstąpił. Zrobił to cichutko, a jakiś czas później jego wtargnięcie zostało przyćmione innym, głośnym i brutalnym, które wstrząsnęło połową świata wrażliwą na takie rzeczy. A przez ostatnie lata ukrywał się w sposób niemal doskonały, choć ciekaw jestem, czy jego pojawienie się miało coś wspólnego z tą falą, która przetoczyła się niedawno przez świat… Czy wyprzedził narodziny…?
Oum zawiesił głos i Altsin nagle zyskał pewność. Bożek najpewniej sądził, że ma do czynienia z awenderi obecnego Pana Bitew, który po Wojnach Bogów zdołał zjednoczyć większość kawałków swojej duszy w jedno i zasiadł na tronie w swoim królestwie, by przyjmować hołdy śmiertelników z bezpiecznej odległości. Temu rzeźbionemu w drewnie durniowi nawet do głowy nie przyszło, że może być inaczej. Trafiała się okazja do uzyskania kilku odpowiedzi.
– Sądzisz więc, że Pan Bitew wysłał jakąś część siebie w konkretnym celu?
– Tak uważam. Bogowie rzadko to robią, kawałek boskiej duszy bez wsparcia armii wyznawców to łakomy kąsek, także dla innych Nieśmiertelnych. Zresztą, ze wsparciem wojska również, Imperium i tak rzuciłoby się na niego niczym wygłodniały kocur na rybią głowę. Poza tym wybicie dziury w Mroku wymaga olbrzymiej Mocy, a zysk może się okazać mizerny. Ale gdy ma się tu… małą furtkę w postaci miecza, który kiedyś służył za wejście do świata śmiertelników, i ktoś tę furtkę uchyli, to można przebić Mrok niemal bez używania Mocy, i nie budząc przy okazji wszystkich wokół. Dlatego, jak sądzę, zaryzykował. – Rozległo się ciężkie westchnięcie. – Nie mówię za dużo? Wybacz, od wieków nie rozmawiałem z nikim, kto nie padałby przede mną na kolana i nie ograniczał się do pokornego potakiwania. Nie ma większej samotności niż samotność boga otoczonego przez kochających go wyznawców, więc rozmowa z tobą jest odświeżającym doświadczeniem.
– Do rzeczy.
– Właśnie o tym mówię. – W słowach dało się wyczuć uśmiech. – Powtarzam, on zaryzykował i przeszedł, choć jestem pewien, że nie spodziewał się ciebie. No bo jak to? W samym sercu własnej świątyni spotkać zagubione seehijskie dziecko i miejskiego szczura? Zapewne wykorzystał okazję, będąc pewnym, że wejdzie w ciało jakiegoś kapłana. Wielu z nich nosi znaki swojego boga na skórze, więc byłby w miarę bezpieczny. A trafiłeś mu się ty… Taki… kaprys losu.
– A skąd to nagłe zainteresowanie światem śmiertelników? Nie lepiej… bezpieczniej siedzieć we własnym królestwie i przyjmować hołdy? Tak jak robił to od zawsze.
Oum nie odpowiedział od razu, a jego wzrok nagle stał się śmiertelnie ciężki.
– Nie od zawsze, przyjacielu. Od czasu do czasu wasi bogowie sięgali po ten świat, bo byli pewni, że to już ten moment, albo żywili przekonanie, że ta chwila już nigdy nie nadejdzie. Ostatni raz stało się tak jakieś tysiąc lat temu, gdy otworzyło się Oko Agara, Laal osłabiła swoje królestwo, próbując zdobyć nowych wyznawców, Galleg prawie wdał się w wojnę z Anday’yą, a Bliźnięta… He, he, Bliźnięta były gotowe odwrócić swój los. A potem okazało się, że ona nie była tym, kim wszyscy się spodziewali, że będzie. A na dodatek zginęła szybko i głupio – głos boga przeszedł w półszept, a Altsin nagle przestał czuć spojrzenie przyciskające go do ziemi. – Potem przez wieki świątynie walczyły ze sobą, delikatnie kierowane niewidocznymi rękoma. Rzezie, pogromy, ekspansje na cudze tereny, święte wojny. Od czasu naszego powrotu ten świat nie tonął w takiej rzece krwi. I nagle… Meekhan. Małe, gówniane państwomiasto, niemające nic poza garścią kiepskich czarodziejów, uporem, którego nie powstydziłby się granitowy głaz, i jej imieniem na sztandarach. I rozbijają jedną armię za drugą, a na Nieśmiertelnych pada strach, bo jeśli to już? Jeśli zajęci własnymi wojnami przegapili to… Niewidzialne ręce cofają się, wrota boskich królestw zatrzaskują, a walczące ze sobą świątynie tracą bezpośrednie wsparcie. I Imperium rośnie w siłę, bo ludzie mają dość nieustannych wojen i garną się pod jego skrzydła. Ale to nie było to. Więc może teraz będzie.
Altsin zdał sobie sprawę, że właśnie o tym wspominała Gualara. Stary, umierający bożek bełkotał bez sensu, gdy umysł odmawiał mu posłuszeństwa. Pora przyciągnąć jego uwagę.
Złodziej nabrał tchu.
– To nie on – powiedział spokojnie.
Drewniana rzeźba oczywiście nie drgnęła, ale Altsin miał wrażenie, że jej wzrok spadł na niego ciężarem tysiąca balastowych kamieni.
– Co „nie on”?
– To nie ten Pan Bitew, o którym myślisz. Nie ten, który po Wojnach Bogów odszedł do swojego królestwa, żeby lizać rany.
– Nie?
To „nie” poprzedzało ciszę, bezdenną i lodowatą jak morskie głębiny.
– Nie. Nie wszyscy jego awenderi zebrali się z powrotem. Z tego, co wiem, jeden z nich został wygnany poza Mrok, ale nie do królestw Nieśmiertelnych.
– Tak?
Altsin wyczuł to „tak” w drżeniu podłogi i ścian. Nareszcie przyciągnął całą uwagę bożka Seehijczyków.
– Bitewna Pięść Reagwyra. Ten, który oszalał po śmierci córki i próbował rzezią odpowiedzieć na to, co uznał za swoją krzywdę. To on. – Złodziej popukał się w skroń. – Jest tutaj. I wiesz co? W jego wspomnieniach widzę, jak orzesz ocean brzuchem długim na ponad ćwierć mili. Płyniesz, choć nie potrzebujesz do tego wioseł ani żagli. I widzę, jak wielu takich jak ty przybija do naszych brzegów, by rabować i grabić, i pędzić ludzi w gardziele nienasyconych okrętów o burtach złotych, brązowych, czarnych i czerwonych. Widzę… pamiętam ochronne czary, których złamanie kosztowało życie wielu najlepszych magów, a nawet awenderi, i widzę, jak szturmowano wasze statki, aż wreszcie odpłynęły i uciekły poza krawędź świata.
Cisza pogłębiła się. Złodziej nie odrywał oczu od drewnianej twarzy, bo miał wrażenie, że jeśli to zrobi, jeśli na mgnienie oka opuści wzrok, przerwie bezgłośną próbę sił, to rozpęta się piekło.
– Patrzę i choć nie chcę w to uwierzyć, to muszę, bo jeśli ten obraz pokazuje prawdę – wskazał malunek ukazujący dolinę widzianą z lotu ptaka – to gdyby połączyć linią wszystkie zewnętrzne drzewa vanuhii, powstałby zarys statku. Długiego na ponad ćwierć mili, szerokiego na sto pięćdziesiąt jardów.