Ścieżka Sztyletów
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #8
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karłowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:
Egwene nie zatrzymała się, tylko od razu wjechała na przysypany śniegiem lód. Wyobraziła sobie pączek róży otwierający się do słońca, stare ćwiczenie nowicjuszek. Nie objęła saidara, ale odzyskała wielce teraz pożądany spokój.
Siuan i Sheriam jechały jej śladem, tak jak i Zasiadające z ich Strażnikami oraz służba. Spośród żołnierzy towarzyszyli im tylko lord Bryne oraz chorąży. Na podstawie okrzyków wznoszących się za jej plecami zrozumiała, że Uno rozstawia swoich podkomendnych wzdłuż linii brzegu. Po obu stronach szeregu, których nie trzeba było szczególnie strzec na wypadek ewentualnej zdrady, rozlokowani zostali wojownicy w najlżejszych zbrojach. Jezioro wybrano na miejsce spotkania między innymi dlatego, że pokrywający je lód był dostatecznie gruby, by utrzymać sporą liczbę koni, ale nie setki, a tym bardziej nie tysiące, tym samym udaremniając z góry wszelki podstęp. Rzecz jasna, pawilon, niedosiężny dla strzały z łuku, znajdował się w zasięgu Jedynej Mocy. Ale co z tego, skoro najnikczemniejszy z ludzi wiedział, że jest bezpieczny, dopóki nie zagrażał życiu którejś z sióstr. Egwene odetchnęła głęboko, powoli zaczynał wracać do niej spokój.
Zgodnie z obyczajem, Zasiadającą na Tronie Amyrlin powinni byli powitać słudzy z ciepłymi napojami i ręcznikami ogrzanymi gorącem cegieł, a także lordowie i lady, których zadaniem było odebranie jej wodzy i zaoferowanie pocałunku z okazji Święta Abrama. W normalnych okolicznościach służba przywitałaby gościa każdej rangi, a tymczasem z pawilonu nikt się nie wyłonił. W końcu sam Bryne zsiadł z konia, po czym podszedł do Daishara, by wziąć jego uzdę, a ten sam chudy młodzieniec, który poprzedniego dnia przyniósł świeże węgle, podbiegł przytrzymać strzemiono Egwene. Nadal kapało mu z nosa, a jednak w tym kaftanie z czerwonego aksamitu tylko troszkę na niego za dużym i w jasnoniebieskim płaszczu przyćmiewał arystokratów, którzy gapili się na nich spod baldachimu. Tamci w większości byli ubrani w grube wełny, ozdobione skąpym haftem, niewielkimi ilościami jedwabiu i koronek. Zapewne mieli spore trudności ze znalezieniem właściwego odzienia, gdy spadły śniegi, zwłaszcza że już wtedy maszerowali. Aczkolwiek prosta prawda była taka, iż ten młodzieniec przyćmiłby swym wyglądem nawet Druciarza.
Posadzkę pawilonu wyłożono dywanami, w koszach płonęły węgle, a wiatr rozwiewał nie tylko dym, ale również ciepło. Dla obu delegacji przyszykowano dwa rzędy ustawionych naprzeciwko siebie krzeseł, po osiem w każdym. Nie spodziewali się, że przybędzie aż tyle sióstr. Niektórzy z arystokratów wymienili spojrzenia wyrażające konsternację, a ich służący naprawdę załamywali ręce, zastanawiając się, co teraz zrobić. Niepotrzebnie.
Krzesła żadną miarą nie tworzyły kompletu, ale wszystkie były podobnych rozmiarów i żadne nie kłuło w oczy większym sfatygowaniem niż pozostałe. Żadnego też nie wyróżniała większa liczba pozłacanych rzeźbień. Kilku służących, w tym chudy młodzieniec, wbiegło do środka i nie zważając na krzywe miny arystokratów, ani nawet nie mówiąc zwyczajowego „za waszym pozwoleniem”, wniosło krzesła przygotowane dla Aes Sedai na śnieg, po czym pospiesznie razem zabrało się do rozpakowywania jucznych koni. Nadal nikt nie odezwał się nawet słowem.
W bardzo krótkim czasie przygotowana została dostateczna liczba siedzeń dla Zasiadających Komnaty i Egwene. Były to zwykłe ławy, wypolerowane do połysku, ale za to ustawiono je na dużych skrzyniach owiniętych w tkaniny barwy danej Ajah, które utworzyły razem szereg tej samej długości co bok pawilonu. Skrzynia ustawiona przed nim, służąca za podstawę ławy, na której miała zasiąść Egwene, została owinięta taką samą pasiastą tkaniną, z której uszyto jej stułę. Ubiegłej nocy było dużo biegania, by znaleźć pszczeli wosk do polerowania oraz tkaniny we właściwych barwach.
Kiedy Egwene i Zasiadające zajęły swoje miejsca, okazało się, że siedzą o stopę wyżej niż pozostali uczestnicy spotkania. Przedtem Egwene miała w związku z tym pewne wątpliwości, ale brak bodaj jednego słowa powitania rozwiał je ze szczętem. Najnędzniejszy farmer byłby zaofiarował kubek z jakimś napitkiem i ucałowałby nawet włóczęgę z okazji Święta Abrama. One nie były petentkami, a tamci nie byli im równi. One były Aes Sedai.
Strażnicy stanęli za swoimi siostrami, a Siuan i Sheriam zasiadły przy Egwene. Siostry ostentacyjnie rozchyliły poły płaszczy i zdjęły rękawiczki, by pokazać, że zimno ich się nie ima, co zdecydowanie różniło je od arystokratów, szczelne otulonych swymi okryciami. Płomień Tar Valon wyeksponowany poza pawilonem łopotał dumnie w całej swej okazałości na coraz silniejszym wietrze. Cały ten obraz psuła jedynie Halima, która przysiadła w niedbałej pozie obok Delany na brzeżku okrytej szarą tkaniną skrzyni i przyglądała się wyzywająco Andoranom oraz Murandianom.
Kilka osób wytrzeszczyło oczy, kiedy Egwene zasiadła na ławie ustawionej na samym przodzie, ale nie było ich wiele. Tak naprawdę nikt nie wyglądał na szczególnie zdziwionego.
„Już pewnie słyszeli o dziewczynie zasiadającej na tronie Amyrlin” — pomyślała kwaśno.
Cóż, zdarzały się przecież jeszcze młodsze królowe, w tym również królowe Andoru i Murandy. Spokojnie skinęła głową i Sheriam wskazała gestem rząd krzeseł. Nieważne, kto przybył tu pierwszy ani kto postawił ten pawilon: liczyło się przede wszystkim to, kto zwołał spotkanie. Kto mu przewodził.
Jej zachowanie nie zostało przyjęte najlepiej, jak zresztą należało się spodziewać. Zapadła chwila milczącego wahania, w trakcie której arystokraci zastanawiali się gorączkowo, jak tu odzyskać równą pozycję, i na niejednej twarzy pojawił się krzywy grymas, gdy pojęli, że taki sposób nie istnieje. Zasiedli więc z ponurymi minami, czterech mężczyzn i cztery kobiety, z dużą złością zbierając płaszcze i poprawiając spódnice. Ci pośledniejsi rangą stanęli za krzesłami, można było łatwo dostrzec, że Andoranie i Murandianie nie żywią do siebie wiele ciepłych uczuć. A skoro już o tym mowa, Murandianie, zarówno mężczyźni, jak i kobiety, w walce o pierwszeństwo mamrotali coś wściekle i potrącali się wzajem z równą zapalczywością, z jaką traktowali swych „sojuszników” z północy. Aes Sedai częstowano spojrzeniami równie mało przychylnymi, a kilkoro uczestników spotkania popatrywało też ponuro na Bryne’a, który stanął sobie skromnie z boku, z hełmem pod pachą. Bryne był postacią doskonale znaną po obu stronach granicy, czuli przed nim respekt nawet ci, którzy woleliby widzieć go martwym. Tak przynajmniej było w czasach, zanim się objawił jako dowódca armii Aes Sedai. Bryne ze swej strony ignorował te kwaśne spojrzenia tak samo, jak przedtem ignorował kwaśne uwagi Zasiadających.
Oprócz niego jeszcze jeden człowiek nie przyłączył się do żadnej z grup. Blady mężczyzna; o niecałą dłoń wyższy od Egwene, odziany w ciemny kaftan i napierśnik, miał wygolony przód czaszki i czerwoną wstążkę zawiązaną na lewym ramieniu. Pierś jego ciemnoszarego płaszcza zdobił wyhaftowany wizerunek dużej czerwonej dłoni. Talmanes stał naprzeciwko Bryne’a, nonszalancko wsparty o jeden ze wsporników pawilonu, i obserwował wszystko, niczym nie zdradzając, co myśli. Egwene wiele by dała, żeby się dowiedzieć, co on tu właściwie robi. I co mówił, zanim tu przybyła. Tak czy owak, na pewno musiała się z nim rozmówić. Jeśli będzie można to załatwić w taki sposób, by nie przysłuchiwało im się sto par uszu.
Szczupły starszy mężczyzna w czerwonym płaszczu, który siedział w samym środku rzędu krzeseł, pochylił się do przodu i otworzył usta, ale ubiegła go Sheriam, przemawiając czystym, donośnym głosem.
— Matko, pozwól, że ci przedstawię reprezentujących Andor, Arathelle Renshar, Głowę Domu Renshar, Pelivara Coelana, Głowę Domu Coelan, Aemlyn Carand, Głowę Domu Carand, oraz jej męża, Culhana Caranda. — Wymienieni wysłuchali tego z kwaśnymi minami, każde ledwie raczyło skinąć głową. Okazało się, że Pelivar to ten szczupły mężczyzna z włosami przerzedzonymi nad czołem. Sheriam mówiła dalej, nie robiąc chwili przerwy; Bryne’owi na całe szczęście udało się zdobyć listę nazwisk tych, którzy zostali wybrani do rozmów. — Pozwól, że ci przedstawię reprezentujących Murandy, Donela do Morny a’Lordeine. Cian do Mehon a’Macansa. Paitra do Fearna a’Conn. Segan do Avharin a’Roos. — Murandianie jakby jeszcze gorzej przyjęli ten brak tytułów niż Andoranie. Donel, który wystroił się w większą omalże ilość koronek niż którakolwiek kobieta, zapalczywym ruchem podkręcił wąsa, a Paitr majstrował przy swoim zaroście z takim zapamiętaniem, jakby chciał go sobie wyrwać. Segan wydęła pełne wargi, ciskając skry ciemnymi oczyma, Cian zaś, tłustawa, siwiejąca kobieta, prychnęła tak głośno, że wszyscy ją słyszeli. Sheriam jakby niczego nie zauważyła. — Patrzy na was Strażniczka Pieczęci. Stoicie przed Płomieniem Tar Valon. Możecie przedłożyć swoje petycje Zasiadającej na Tronie Amyrlin.