Ścieżka Sztyletów
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #8
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karłowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:
Kolumna robiła spore wrażenie — na czele sztandar Białej Wieży, przedstawiający biały Płomień Tar Valon na tle spirali złożonej z siedmiu barw reprezentujących wszystkie Ajah. Uszyty potajemnie w Salidarze, dotychczas spoczywał na dnie jakiegoś kufra zamykanego na klucz, pozostającego w pieczy Komnaty. Sama Egwene raczej nie wydałaby rozkazu wzniesienia go, gdyby nie ceremonialna konieczność tego poranka. Za eskortę służył im oddział ciężkiej kawalerii, tysiąc żołnierzy w kolczugach i napierśnikach, parada lanc, mieczy, maczug i toporów rzadko kiedy widywana na południe od Ziem Granicznych. Dowodził nimi jednooki Shienaranin, mężczyzna, którego spotkała już kiedyś w innych okolicznościach, zdawało jej się, że tak dawno, jakby w poprzednim Wieku. Uno Nomesta łypał groźnie swym jedynym okiem ukrytym za opuszczoną przyłbicą hełmu, jakby się spodziewał, że za każdym pniem drzewa ktoś się na nich zasadził. Jego sztywno wyprostowani w siodłach ludzie zdawali się niemal równie czujni.
Przed nimi, prawie niewidoczna, bo przesłonięta przez drzewa, jechała grupka mężczyzn odzianych w hełmy i same napierśniki, miast kompletnych zbroi. Wiatr rozwiewał im płaszcze, których nie mieli jak przytrzymać, bo jedną ręką ściskali wodze, a drugą krótkie łuki. Przed nimi i na flankach kolumny jechali kolejni zbrojni, też w liczbie tysiąca: ci mieli przeprowadzać zwiady i osłaniać. Gareth Bryne nie spodziewał się żadnych podstępów ze strony Andoran, ale, jak twierdził, w przeszłości zdarzało mu się pomylić, a poza tym pozostawali jeszcze Murandianie. Tudzież możliwość, że napadną na nich skrytobójcy na żołdzie Elaidy, albo nawet Sprzymierzeńcy Ciemności. Światłość jedna wiedziała, kiedy albo dlaczego takiemu Sprzymierzeńcowi Ciemności zachciewa się zabijać. Nie wspominając już Shaido, którzy znajdowali się rzekomo gdzieś daleko, ale jakoś tak to już zawsze było, że nikt nigdy nie wiedział, gdzie oni są, dopóki nie zaczęli mordować. No i rzecz jasna również bandyci mogliby popróbować swych sił w przypadku niezbyt licznej grupy. Lord Bryne nie zaliczał się do ludzi, którzy ryzykują bez potrzeby, co Egwene bardzo cieszyło. Zwłaszcza że tego dnia pragnęła mieć tylu świadków, ile tylko możliwe.
Sama jechała przed sztandarem, w towarzystwie Sheriam, Siuan i Bryne’a, z pozoru całkowicie pochłoniętych własnymi myślami. Lord Bryne siedział swobodnie w siodle, mgiełka oddechu tworzyła warstewkę szronu na jego przyłbicy, a mimo to Egwene widziała, że w pamięci odnotowuje mapę terenu. Na wypadek, gdyby miał tutaj walczyć. Siuan siedziała w siodle nadzwyczaj sztywno, ze spojrzeniem cały czas utkwionym w północy, jakby już mogła dostrzec jezioro, i zapowiadało się, że będzie ją wszystko bolało, jeszcze zanim osiągną cel wyprawy. To kiwała głową, to nią kręciła, komentując chyba własne myśli. Widocznie się niepokoiła, bo inaczej nie zachowywałaby się w taki sposób. Sheriam wiedziała tyle samo, co Zasiadające, na temat tego, co ich czekało, a jednak zdawała się jeszcze bardziej zdenerwowana niż Siuan, bo stale poprawiała się w siodle i krzywiła. A w jej zielonych oczach z jakiegoś powodu lśnił gniew.
Tuż za sztandarem jechały podwójną kolumną siostry stanowiące Komnatę, wszystkie odziane w haftowane jedwabie, grube aksamity, futra i płaszcze z wielkim Płomieniem na plecach. Kobiety, które rzadko kiedy wkładały jakieś inne ozdoby oprócz pierścienia z Wielkim Wężem, tego dnia wystroiły się w najwspanialsze klejnoty, jakie udało im się wyszukać w szkatułkach z biżuterią znajdujących się w obozie. Ich Strażnicy prezentowali się nie mniej imponująco dzięki mieniącym się płaszczom; wystarczało, że ich poły załopotały na wietrze, i zdawali się częściowo znikać. Za nimi jechali służący, po dwóch albo trzech na każdą siostrę, a dosiadali najlepszych wierzchowców, jakie udało się dla nich znaleźć. Sami mogliby uchodzić za poślednią szlachtę, gdyby niektórzy nie wiedli za sobą jucznych koni; przetrząśnięto wszystkie kufry w obozie, by odziać ich w odpowiednio barwne ubrania.
Prawdopodobnie dlatego, że była jedyną Zasiadającą bez Strażnika, Delana zabrała dla towarzystwa Halimę, dosiadającą żwawej białej klaczy. Obie kobiety jechały niemalże udo w udo. Delana. niekiedy pochylała się w stronę Halimy, by rozmówić się z nią cicho, aczkolwiek Halima zdawała się zanadto podniecona, by jej słuchać. Halima rzekomo sekretarzowała Delanie, ale powszechnie uważano, że układ między pełną godności, jasnowłosą siostrą a krewką wieśniaczką o kruczoczarnych włosach to przykład chwalebnej dobroczynności albo mówiąc inaczej — prawdziwej przyjaźni. Egwene widziała pismo Halimy, miało ten bezkształtny charakter właściwy dzieciom dopiero uczącym się pisać. Halima tego dnia wystroiła się równie wspaniale jak każda z sióstr, jej klejnoty dorównywały precjozom Delany, z której szkatuły zapewne pochodziły. Za każdym razem, gdy podmuch wiatru rozchylał jej aksamitny płaszcz, pokazywała zaskakująco dużo łona i zawsze wtedy się śmiała, nie spiesząc z jego okryciem, nie chcąc przyznać, że jest jej zimniej niż siostrom.
Egwene chociaż raz była zadowolona z tych wszystkich podarowanych jej ubrań, bo dzięki nim mogła prześcignąć Zasiadające. Jej suknia z zielono-niebieskiego jedwabiu miała białe wstawki i była ozdobiona drobnymi perełkami, które też dekorowały wierzchy jej rękawiczek. Romanda w ostatniej chwili dostarczyła jeszcze płaszcz podbity gronostajowym futrem, a Lelaine naszyjnik i kolczyki ze szmaragdami i białymi opalami. Kamienie księżycowe we włosach stanowiły dar od Janyi. Amyrlin musiała tego dnia prezentować się olśniewająco. Nawet Siuan wyglądała tak, jakby się wybierała na bal, dzięki błękitnym aksamitom ozdobionym kremową koronką, z perłami przy szyi i we włosach.
Grupę Zasiadających prowadziły Romanda z Lelaine, które jechały tuż za chorążym, tak blisko, że ten stale oglądał się nerwowo przez ramię i niekiedy poganiał konia, by zmniejszyć dystans do wyprzedzających go jeźdźców. Egwene obejrzała się tylko raz, może dwa razy, ale wciąż czuła wzrok tamtych dwóch wwiercający się między jej łopatki. Każda bez wątpienia uważała, że udało im się dokładnie związać jej ręce, ale zapewne nie miały pewności, która trzyma w dłoni koniec powroza. Och, Światłości, to się nie może nie udać. Nie teraz.
Jeśli nie liczyć ich kolumny, ośnieżony krajobraz był prawie zupełnie nieruchomy. Przez jakiś czas towarzyszył im jastrząb, który kołował na tle zimnego, błękitnego nieba, zanim nie poleciał na wschód. Egwene dwukrotnie udało się wypatrzyć biegnącego w oddali lisa, wciąż jeszcze pokrytego letnim futrem, a raz dużego jelenia z wielkim porożem, który przemknął niczym duch i zniknął wśród drzew. W pewnym momencie spod kopyt Beli wyprysnął zając, sprawiając, że kudłata klacz gwałtownie podrzuciła łbem, a Siuan krzyknęła przeraźliwie i natychmiast złapała wodze, jakby się obawiała, że Bela poniesie. Rzecz jasna, Bela tylko parsknęła z odrazą i brnęła przed siebie tak jak dotąd, inaczej niż wierzchowiec Egwene, który spłoszył się znacznie bardziej, mimo że zając nawet się do niego nie zbliżył.
Po całym zdarzeniu Siuan zaczęła mruczeć coś pod nosem i upłynęło sporo czasu, nim poluźniła uścisk na wodzach Beli. Zawsze stawała się zrzędliwa, dosiadając konia — gdy tylko istniała możliwość, podróżowała na którymś z wozów — ale rzadko kiedy zachowywała się aż tak nieznośnie. I niepotrzebny był widok lorda Bryne’a ani świadomość zapalczywych spojrzeń, jakie kierowala w jego stronę, by wiedzieć dlaczego.