Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Ścieżka Sztyletów
Ścieżka Sztyletów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Ścieżka Sztyletów

Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:

Ścieżka Sztyletów
1 ... 107 108 109 110 111 112 113 114 115 ... 197
Перейти на страницу:

— Jak najbardziej — odparła Egwene potulnym głosem. Jeśli pozwoli Romandzie przemawiać w swoim imieniu, to wtedy nikt już nie będzie miał żadnych wątpliwości. Komnata i cały świat dowiedzą się, kto trzyma za kark Egwene al’Vere.

Romanda przez chwilę zdawała się borować wzrokiem dziury w jej czaszce, aż wreszcie przytaknęła.

— Oby tak było. Zamierzam usunąć Elaidę z Tronu Amyrlin i nie chcę, by moje starania zostały zaprzepaszczone, bo jakiemuś dziecku się wydaje, że potrafi przejść na drugą stronę ulicy nie trzymane przez nikogo za rękę. — Parsknęła, zarzuciła sobie płaszcz na ramiona i wypadła z namiotu. Razem z nią zniknęło zabezpieczenie.

Egwene siedziała i patrzyła krzywo na wejście do namiotu. Dziecko? Ażeby ta kobieta sczezła, ona jest Zasiadającą na Tronie Amyrlin! Wszak same ją wyniosły, czy im się to podoba czy nie, i będą musiały się z tym w końcu pogodzić! Porwała ze stołu kamienny kałamarz i cisnęła nim w klapę.

Lelaine uchyliła się, ledwie unikając strumieni atramentu.

— Miarkuj się, miarkuj, dziecko — powiedziała dźwięcznie, wchodząc do środka.

Podobnie jak Romanda nie poprosiła o pozwolenie, tylko objęła Źródło i utkała zabezpieczenie, by nikt nie mógł podsłuchać, o czym rozmawiają. O ile Romanda była jedną furią, to Lelaine zdawała się zadowolona z siebie, bo zacierała dłonie i uśmiechała się.

— Zapewne nie muszę cię informować, że twój sekrecik wyszedł na jaw. Lord Bryne postąpił bardzo nieładnie, ale wydaje mi się, że jest dla nas zbyt cenny, by go zabijać. I dobrze dla niego, że tak myślę. Ale mniejsza o to. Przypuszczam, że Romanda powiedziała ci o spotkaniu z Pelivarem i Arathelle i zaproponowała, że to ona będzie przemawiała w twoim imieniu. Mam rację? — Egwene poruszyła się, ale Lelaine uspokoiła ją machnięciem ręki. — Nie musisz odpowiadać. Znam Romandę. Niestety, dla niej dowiedziałam się o wszystkim prędzej niż ona, ale zamiast biec prosto do ciebie, wypytałam inne Zasiadające. Chcesz wiedzieć, co myślą?

Egwene wbiła dłonie w swój podołek, by ukryć, że zaciska je w pięści.

— Spodziewam się, że mi powiesz.

— Nie masz prawa mówić do mnie takim tonem — skarciła ją Lelaine, ale w następnej chwili już znowu się uśmiechała. — Komnata jest z ciebie niezadowolona. Bardzo niezadowolona. Nietrudno sobie wyobrazić, czym groziła ci Romanda, ale to ja mogę spokojnie zmienić te groźby w czyn. Z kolei Romanda wytrąciła z równowagi wiele Zasiadających swoimi matactwami. Jeśli więc nie chcesz jeszcze bardziej nadwątlić autorytetu, którego obecnie masz tak niewiele, to zdziwisz jutro Romandę, mówiąc, że to ja przemawiam w twoim imieniu. Aż trudno dać wiarę, że Arathelle i Pelivar okazali się tacy głupi, że poważyli się na akt omalże szaleńczy, ale zapewniam, będą uciekali z podkulonymi ogonami, kiedy już z nimi skończę.

— Skąd mam wiedzieć, że nie zrealizujesz swoich pogróżek? — Egwene miała nadzieję, że jej gniewne pomruki zostaną odebrane jako wyraz potulności. Na Światłość, jaka ona była już tym wszystkim zmęczona!

— Ponieważ ci to obiecuję — odwarknęła Lelaine. — Czy jeszcze do ciebie nie dotarło, że tak naprawdę to nie sprawujesz żadnej władzy? Rządzi Komnata, ale z kolei władzę nad Komnatą dzielimy ja i Komanda. Może za sto lat dorośniesz do stuły, ale na razie siedź cicho, nic nie rób i pozwól, by ktoś, kto wie, co czyni, pokierował procesem obalania Elaidy.

Po wyjściu Lelaine Egwene znowu tylko siedziała i gapiła się przed siebie. Tym razem nie pozwoliła, by jej gniew doszedł do stanu wrzenia.

„Może dorośniesz do stuły”. Prawie słowo w słowo to samo, co powiedziała Romanda. „Ktoś, kto wie, co czyni”. Czy ona przypadkiem nie oszukiwała samej siebie? Może rzeczywiście jest tylko dzieckiem, które rujnuje coś, z czym doświadczona kobieta poradziłaby sobie bez trudu?

Do namiotu wślizgnęła się Siuan, wyraźnie czymś zmartwiona.

— Właśnie przyszedł Gareth Bryne, żeby mi powiedzieć, że Komnata już wie — oznajmiła sucho. — Udawał, że przyszedł spytać o swoje koszule. On i te jego cholerne koszule! Spotkanie zostało wyznaczone na jutro, nad jeziorem, w odległości pięciu godzin jazdy na północ. Pelivar i Arathelle są już w drodze. Towarzyszy im również Aemlyn, przedstawicielka trzeciego najsilniejszego z Domów.

— To więcej niż Lelaine i Romanda uznały za stosowne mi przekazać — odparła Egwene, równie sucho. Nie. Sto lat bycia prowadzoną za rękę, popychaną, podnoszoną za kark, albo nawet tylko pięćdziesiąt czy wręcz pięć i nie będzie się nadawała do niczego więcej. Jeśli ma dorosnąć, musi dorosnąć już teraz.

— Och, krew i przeklęte popioły — jęknęła Siuan. — Ja tego nie wytrzymam! Co one ci powiedziały? Jak poszło?

— Mniej więcej tak, jak się spodziewałyśmy. — Egwene aż się uśmiechnęła ze zdziwienia, które odbiło się również w tonie jej głosu. — Siuan, nie mogłyby przekazać mi Komnaty w lepszy sposób, niż gdybym im powiedziała, co mają zrobić.

Ostatki światła bladły już, kiedy Sheriam weszła do swojego niewielkiego namiotu, jeszcze mniejszego od namiotu Egwene. Gdyby nie pozycja Opiekunki, musiałaby go z kimś dzielić. Wsunąwszy głowę do środka, zdążyła tylko zauważyć, że ktoś tam jest, bo zaraz potem została otoczona tarczą i rzucona twarzą w dół na posłanie. Oszołomiona, próbowała krzyknąć, ale do ust wciśnięto jej róg koca. Suknia i bielizna odpadły od ciała niczym pęknięta bańka mydlana.

Czyjaś dłoń pogładziła ją po głowie.

— Miałaś mnie systematycznie informować, Sheriam. Ta dziewczyna coś sobie zamierzyła i chcę wiedzieć, co to takiego.

Minęło dużo czasu, zanim przekonała wypytującą, że już jej powiedziała wszystko, co wie, że nigdy, przenigdy nie zachowałaby dla siebie ani słowa. Gdy wreszcie została sama, padła na posłanie i potem, zwinięta w kłębek, długo łkała z bólu przepełniającego jej oćwiczone ciało, gorzko żałując, że kiedykolwiek odezwała się bodaj słowem do którejkolwiek z sióstr zasiadających w Komnacie.

17

Pośród lodów

Następnego dnia, jeszcze przed wschodem słońca, obóz Aes Sedai opuściła kolumna jeźdźców. Jechali na północ, wśród głuchej ciszy przerywanej niekiedy skrzypnięciem siodła albo chrzęstem, jaki towarzyszył zapadaniu się kruchej powłoki śniegu pod końskimi kopytami. Z rzadka parsknął któryś z wierzchowców albo brzęknął metal, ale cisza prędko pochłaniała wszelkie dźwięki. Księżyc już zaszedł, niebo lśniło od gwiazd, jednak zalegający wszędzie śnieg skutecznie rozjaśniał mrok. Gdy na wschodzie pojawiły się nareszcie pierwsze przebłyski świtu, byli już w drodze od dobrej godziny. Nie znaczyło to jednak, by pokonali duży dystans. Na otwartym terenie Egwene pozwalała Daisharowi rozwinąć nieco prędkość; koń galopował mozolnie, a spod jego kopyt tryskały tumany bieli niczym fontanny wodnego pyłu. Przeważnie jednak zwierzęta po prostu szły, i to bynajmniej wcale nie szybko, bo droga je wiodła na skroś rzadkiego lasu, w którym śnieg utworzył wielkie zaspy i przywarł do konarów drzew. Dęby, sosny, drzewa sorgumowe i skórzane, a także inne gatunki, których nazw nigdy nie poznała, wszystkie wyglądały na jeszcze bardziej skatowane niż wtedy, gdy dokuczał im upał i susza. Tego dnia przypadało Święto Abrama, ale nie miały go uświetniać tradycyjne miodowe ciasteczka z niespodziankami w środku. Niech Światłość sprawi, by tego dnia ludzie znaleźli jednak jakiś powód do radości.

Wzeszło słońce, jasnozłota kula, która nie dawała ciepła. Hausty powietrza kłuły w gardle, a wydobywając się z płuc, przybierały postać mgielnych obłoczków. Wiał ostry wiatr, niby niezbyt mocny, a jednak przeszywający, a z zachodu mknęły ku Andorowi ciemne, skłębione chmury. Aż żal jej było tych wszystkich ludzi, którzy mieli dopiero poczuć na sobie ich brzemię. I jednocześnie czuła radość na myśl, że ich wreszcie przestaną nękać. Chyba by oszalała, gdyby musiała czekać bodaj jeszcze jeden dzień. Ostatnio w ogóle nie mogła spać, nie tyle przez ból głowy, ile od dręczącego niepokoju. Niepokój i macki strachu, które wkradały się do jej umysłu niczym fale zimna do wnętrza namiotu przez szczeliny między podłogą a ścianami. Nie czuła jednak zmęczenia. Czuła się jak ściśnięta sprężyna, jak mechanizm zegara nakręcony do oporu, pełna energii, która za wszelką cenę szukała ujścia. Światłości, wszystko jeszcze mogło się beznadziejnie popsuć.

1 ... 107 108 109 110 111 112 113 114 115 ... 197
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)