Wojna wspomaganych [The Uplift War - pl]
- Автор: Брин Дэвид
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-86211-55-5
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Wojna wspomaganych [The Uplift War - pl]». Краткое содержание книги:
Taniec był potężny i przekonujący. Wspierały go mapy, dane statystyczne oraz tabele pełne liczb. Suzeren Poprawności zdał sobie sprawę, że trzeba coś robić, i to szybko, gdyż w przeciwnym razie ten parweniusz zakończy dzień na pozycji lidera. Było niewyobrażalne, by miało dojść do takiego odwrócenia hierarchii w chwili, gdy zaczęli odczuwać w swych ciałach kłucie stanowiące wstęp do pierzenia!
Nawet pomijając sprawę jego hierarchii, trzeba było też wziąć pod uwagę wiadomość od Władców Grzędy. Zapytania nadsyłane z domu przez królowe i książąt stały się wręcz rozpaczliwe. Czy trójka na Garthu wypracowała już nową, śmiałą linię polityczną? Kalkulacje wskazywały, że ważne było szybkie wyjście z czymś oryginalnym i pełnym wyobraźni, gdyż w przeciwnym razie inicjatywa przejdzie na stale w ręce jakiegoś innego klanu.
Onieśmielała myśl, że los gatunku podąża za tobą w strumieniu poślizgowym.
Mimo całej widocznej finezji i piękna wymuskanych piór nowego biurokraty, łatwo było dostrzec jedną rzecz. Nowemu Suzerenowi Kosztów i Rozwagi brak było głębi i czystości wizji jego zmarłego poprzednika. Suzeren Poprawności wiedział, że żadna znakomita linia polityczna nie wyłoni się ze skąpstwa i krótkowzrocznego redukowania wydatków.
Trzeba było coś zrobić, i to teraz! Kapłan przybrał pozę przeczucia. Rozpostarł szeroko ramiona, demonstrując ich jaskrawe upierzenie. Biurokrata przerwał uprzejmie, być może nawet pobłażliwie, swój taniec i opuścił dziób, na znak, że oddaje mu pole.
Suzeren Poprawności zaczął powoli. Przemieszczał się na grzędzie małymi kroczkami. Kapłan celowo przejął kadencję użytą wcześniej przez swojego adwersarza.
— Choć Garthianie mogą nie istnieć, pozostaje jednak szansa, możliwość, okazja, byśmy użyli ceremonialnego obiektu, który zaplanowaliśmy, zbudowaliśmy, oddaliśmy do użytku takim kosztem.
— Istnieje plan, projekt, pomysł, który może jeszcze
zdobyć
chwałę,
honor,
poprawność
dla naszego klanu.
— Jako sedno, ośrodek, istotę tego planu musimy
poddać
egzaminowi,
inspekcji,
badaniom
podopiecznych dzikusów.
Po drugiej stronie komnaty Suzeren Wiązki i Szponu podniósł wzrok. W oku przygnębionego admirała zalśniło pełne nadziei światło. Kapłan wiedział, że odniósł chwilowe zwycięstwo, a przynajmniej odwlókł sprawę.
Wiele, bardzo wiele w następnych dniach będzie zależało od tego, czy ten nowy, śmiały pomysł okaże się trafny.
57. Athaclena
— Widzisz? — zawołał w dół do niej. — Poruszyło się w ciągu nocy!
Athaclena musiała osłonić dłonią oczy, gdy spoglądała w górę na swego ludzkiego przyjaciela, który siedział na gałęzi drzewa na wysokości ponad trzydziestu stóp nad ściółką leśną. Ciągnął on za zieloną, ulistnioną linę, która opuszczała się ku niemu pod kątem czterdziestu pięciu stopni z jeszcze wyżej położonego miejsca zaczepienia.
— Czy jesteś pewien, że to to samo pnącze, które odciąłeś poprzedniej nocy? — zawołała.
— No jasne! Wlazłem na górę i wylałem litr wody bogatej w chrom — pierwiastek, w którym specjalizuje się akurat to pnącze — w rozwidlenie tamtej gałęzi, daleko nade mną. Sama widzisz, że przyczepiło się na nowo dokładnie w tym miejscu.
Athaclena skinęła głową. Wyczuła otaczającą jego słowa otoczkę prawdy.
— Widzę, Robercie. I teraz w to wierzę.
Musiała się uśmiechnąć. Czasami Robert zachowywał się tak bardzo podobnie do tymbrimskiego młodzieńca — bystry, impulsywny i psotny. Było to, na swój sposób, lekko niepokojące. Obcy powinni się zachowywać w sposób dziwny i niepojęty, ale nie całkiem jak… cóż, chłopcy.
Ale Robert nie jest obcym — pomyślała. — Jest moim małżonkiem.
Zresztą żyła wśród Terran tak długo, że zastanawiała się, czy nie zaczęła myśleć jak jeden z nich.
Czy gdy — jeśli w ogóle do tego dojdzie — wrócę do domu, będę zbijać z tropu wszystkich wokół, przerażając ich i zdumiewając przenośniami? Dziwacznymi, przejętymi od dzikusów poglądami? Czy ta perspektywa mnie pociąga?
W wojnie zapanował zastój. Gubru przestali wysyłać w góry podatne na atak ekspedycje. Ich wysunięte placówki opanował bezruch. Nawet nieustanny warkot bojowych robotów nie docierał w wysoko położone doliny już od z górą tygodnia, ku wielkiej uldze szymskich farmerów i wieśniaków.
Mając teraz trochę więcej czasu, Athaclena i Robert postanowili wziąć sobie jeden dzień wolny, dopóki mają okazję, i spróbować lepiej poznać się nawzajem. Ostatecznie kto mógł wiedzieć, kiedy dojdzie do wznowienia walk? Czy będą jeszcze mieli podobną szansę?
Obojgu zresztą potrzebna była chwila odpoczynku. Nadal nie nadeszła wiadomość od matki Roberta, a los ambasadora Uthacalthinga pozostawał niejasny, choć Athaclena uzyskała przelotny wgląd w plany ojca. Jedyne, co mogła zrobić, to postarać się wykonać swoją część najlepiej jak potrafiła i mieć nadzieję, że Uthacalthing nadal żyje i jest w stanie zrobić resztę.
— No dobrze — zawołała do Roberta. — Zgadzam się. Pnącza można w pewien sposób wytresować. Ale teraz złaź! Ta gałąź wygląda niepewnie.
Robert jednak uśmiechnął się tylko.
— Zejdę na dół na swój własny sposób. Znasz mnie, Clennie. Nie mógłbym się oprzeć podobnej okazji.
Athaclena wytężyła mięśnie. Znowu wyczuła to kapryśne uczucie na krawędziach jego emocjonalnej aury. Nie różniło się ono zbytnio od syulff-kuonn, koronowego kennowania otaczającego młodego Tymbrimczyka delektującego się figlem, który zamierzał spłatać.
Robert szarpnął mocno za pnącze. Wciągnął powietrze, rozszerzając swą klatkę piersiową do stopnia nieosiągalnego dla żadnego Tymbrimczyka, po czym zaczął walić w nią szybko z głuchym odgłosem. Wydał z siebie przeciągłe, zawodzące jodłowanie.
Athaclena westchnęła.
Och. Na pewno składa hołd temu bóstwu dzikusów. Tarzanowi.
Robert odbił się od gałęzi, ściskając pnącze w obu rękach. Zakreślił, z wyciągniętymi, złączonymi nogami, łuk ponad leśną łąką, przelatując tuż nad niskimi krzewami. Krzyknął głośno.
Rzecz jasna, była to jedna z tych rzeczy, które ludzie wynaleźli w ciągu stuleci mroku dzielących pojawienie się inteligencji od odkrycia przez nich nauki. Żaden wychowany na Bibliotece gatunek Galaktów, nawet Tymbrimczycy, nigdy by nie pomyślał o podobnym sposobie transportu.
Zwrot trasy wahadła poprowadził Roberta z powrotem w górę, w kierunku gęstej masy liści i gałązek w połowie wysokości leśnego olbrzyma. Jego jodłowanie umilkło nagle, gdy przemknął z trzaskiem przez listowie i zniknął.
Ciszę przerwał jedynie słaby, ciągły deszcz drobnych szczątków roślinnych. Athaclena zawahała się, po czym zawołała.
— Robercie!
Z wysoko położonego gąszczu nie nadeszła odpowiedź. Nic się w nim nie poruszyło.
— Robercie! Czy nic ci się nie stało? Odpowiedz mi!
Anglickie słowa brzmiały ochryple w jej ustach.
Spróbowała zlokalizować go za pośrednictwem korony. Małe pasma nad jej uszami wyciągnęły się ku przodowi. Tak jest, był tam… mogła też stwierdzić, że cierpi pewien ból.
Pobiegła na drugą stronę łąki, przeskakując nad niskimi przeszkodami. Rozpoczęła się transformacja gheer. Nozdrza dziewczyny rozszerzyły się automatycznie, by wpuścić więcej powietrza. Akcja jej serca uległa trzykrotnemu przyśpieszeniu. W chwili, gdy dobiegła do drzewa, paznokcie na palcach jej rąk i nóg zaczęły już twardnieć. Zrzuciła ze stóp miękkie buty i natychmiast zaczęła się wspinać, szybko znajdując miejsca uchwytu na szorstkiej korze. Wlazła po olbrzymim pniu aż do pierwszego konaru.