Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza

Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
1 ... 113 114 115 116 117 118 119 120 121 ... 152
Перейти на страницу:

Te myśli były dziwnie jasne i spokojne, jakby nie należały’ do niej. Czy to znaczyło, że umiera? Odetchnęła głębiej – bolało, krew płynęła, więc chyba jeszcze żyła.

Nie płacz!

Rydwany stały na wzgórzu, jakby czekając na ruch koczowników. Ktokolwiek dowodził wozami, czy to Felano, czy Kanewey, musiał mieć piękny widok na pole przyszłej bitwy. Owalna niecka otoczona niewielkimi wzniesieniami, zamknięta linią rzeki, tylko namioty koczowników szpeciły oddalone wzgórza niczym pleśń na chlebie. Dowódca tego oddziału nie mógł widzieć ich wszystkich, ale jeśli nie był głupcem, musiał zakładać, że za wzniesieniami, ukryte przed jego oczyma, znajdują się większe siły.

Mimo to wydał rozkaz i rydwany ruszyły.

Utworzyły szyk bojowy, zwany Pestką w Wiśni, twardy, zwarty rdzeń osłaniany po bokach przez dwie luźne kolumny. Och, bardzo lubiła patrzeć, jak Eso’bar ćwiczy ze swoimi rydwanami wszystkie możliwe szyki, zarówno dla małych grupek, jak i dla całej Fali. Sądząc po liczbie wozów, przed sobą miała Strumień, dwieście rydwanów, w sam raz na silny zwiad.

Nad wzniesieniami po przeciwnej stronie niecki pojawiły się kolejne tumany kurzu, z których po chwili wyłoniły się następne rydwany. Przybywało ich z każdą chwilą. Czyli jechała tu cała Fala, około sześciuset pojazdów. A to by znaczyło...

Wiatr zakołysał nią nagle, haki wbiły się głębiej. Boli, boli, boli!

Nie! Skup się! Nie płacz...

To... by znaczyło... że karawana jest blisko... Jak to tłumaczył jej Eso’bar? Strumień lub mniej to siły obmacujące, sprawdzające. Fala to siła łamiąca, młot karawany. Nie wysyła się Fali na zwiad.

Przekręciła głowę w lewo, nad wzgórzami wciąż unosiła się chmura kurzu. Byli tam! Byli...

Złowiła spojrzenie swojego strażnika i zadrżała. W oczach koczownika rozsiadło się ponure, syte zadowolenie. Se-kohlandczycy wiedzieli, że obóz Verdanno musi tędy przejechać, a Ojciec Wojny był już na miejscu ze swoją gwardią. Wszystko wyglądało tak, jak to sobie zaplanowali; stado stepowych wilków śliniło się na widok przyszłego łupu.

Opuściła wzrok, a on zaśmiał się krótko, gardłowo i wykonał jakiś gest, którego oczywista obelżywość była jasna nawet dla niej. Potem trącił ją trzonkiem oszczepu, a gdy zakołysała się, zagryzając zęby, wskazał na zachód, rzucił kilka słów i znów szturchnął ją drzewcem. Sens był jasny – wkrótce wszyscy będziecie tak wisieć.

Spojrzała we wskazanym kierunku. Pierwsze wozy bojowe, tworzące czoło Pancernego Węża, pojawiły się właśnie na szczytach. Szły szeroko, bardzo szeroko, linią długą na ponad pół mili. A potem zaczęła wyjeżdżać karawana.

Wóz za wozem, karne jak na paradzie kolumny pojazdów mieszkalnych i transportowych, szerokie aleje między nimi wypełnione rydwanami i tabunami zapasowych koni. Z tej odległości wszystko wyglądało jak armia żuków i mrówek, ale ta ilość! Gdy wędrowali w Olekady, a potem przez góry czy w obozie u ich stóp, nawet nie wyobrażała sobie, jak będzie wyglądać taki przemarsz. Tysiące wozów, dziesiątki tysięcy koni i ludzi!

W kilka minut pojazdy zapełniły połowę największego wzgórza, a wciąż nie było widać drugiego końca karawany. Zza szczytu wyjeżdżały kolejne kolumny, flankowane potrójnym szeregiem wielkich jak domy wozów bojowych i osłaniane kolejnymi setkami rydwanów. To było prawdziwe, olbrzymie wędrowne miasto i wydawało się, że nawet bogowie go nie powstrzymają. Że jeśli Verdarrno zechcą, pojadą po prostu przed siebie, miażdżąc wszelki opór samą masą.

Koczownik zamarł na kilka chwil z na wpół otwartymi ustami. Zaśmiałaby się, gdyby tak nie bolało. Tego się nie spodziewałeś, prawda? Zanim będziecie mogli nas wieszać na hakach, usypiemy z waszych trupów całe góry.

Na sygnał, którego nie usłyszała, zza wzniesienia po jej lewej wypadła jazda. Pięciuset? Ośmiuset? Tysiąc konnych? Trudno było to ocenić, zwłaszcza że szli galopem w dość luźnym szyku. Żadnych kolczug i lanc, tylko skórzane albo pikowane pancerze, łuki i krótkie oszczepy. Lekkozbrojni, którzy mieli za zadanie spowolnić karawanę i upuścić jej pierwszej krwi.

Jej strażnik parsknął wściekle i wskazując obóz Sahrendey, wywarczał kilka słów.

Oczywiście. Dlaczego nie oni?

* * *

Stali na szczycie wzniesienia – kilkudziesięciu mężczyzn, szczelnie owiniętych szarymi płaszczami, by nie zdradził ich błysk kolczug, otaczało luźnym kordonem starca pośrodku. Wszyscy patrzyli na nadciągającą karawanę. Była olbrzymia, gigantyczna. Tylko ci, którzy pamiętali pierwszą wojnę z Wozakami, mogli znaleźć dla niej porównanie, choć nawet wtedy obozy wroga nie były tak karne i zdyscyplinowane. Lecz takich weteranów było mało, większość zginęła na ziemiach Imperium.

Kyh Danu Kredo czekał. Rozkazy wydano i były jasne, a teraz, niczym najnędzniejszy z niewolników, musiał pokornie tkwić na zewnątrz kręgu gwardzistów, dopóki Ojciec nie przypomni sobie o jego istnieniu. Więc czekał, patrząc, jak jego lekkozbrojni idą do pierwszego ataku. Nie miał już nikogo więcej, w chwili pojawienia się Yawenyra Jeźdźcy Burzy spod jego komendy przeszli do oddziałów Ojca Wojny. Ich a’keery rozdzielano właśnie między Skrzydła, najwyraźniej stary śmierdziel nie ufał Błyskawicom, które przez ostatnie lata były utrzymywane przez jego Syna.

Uśmiechnął się w myślach. Sam zrobiłby podobnie, dodatkowo wyznaczając nowych dowódców, a starych umieszczając pod strażą na tyłach. Yawenyr mógł być wiekowy jak świat, mógł od wielu miesięcy, jak opowiadali ludzie, być na wpół trupem, ale umysł miał wciąż żywy. Jeszcze nikomu nie udało się przewidzieć, jaki wykona następny ruch.

Wieść o tym, źe nadciąga osobiście, była jak kubeł lodowatej wody. Wszyscy spodziewali się, że wyśle swoich Jeźdźców Burzy na północ pod dowództwem Kaileo Hynu Lawyo, bo temu z Synów ponoć ufał najbardziej, ale nie, on zjawia się osobiście. I to nie niesiony w lektyce, lecz siedząc w siodle, na czele kolumny pancernych, jak za czasów wojny z Imperium. Podobno też wszędzie woził ze sobą młodą niewolnicę, która ogrzewała mu łoże. Jakże by inaczej, Kyh Danu Kredo uśmiechnął się kwaśno w myślach. Tylko w myślach.

Na zewnątrz zachowywał spokój. Jak do tej pory Ojciec nie spotkał się z nim osobiście, przysłał tylko gońca z rozkazami, które właśnie wykonywano. Dlatego Skrzydło lekkiej jazdy Danu Kreda, tysiąc jeźdźców, pędziło teraz na spotkanie tych parszywych, śmierdzących, zawszonych miłośników koni. I tyle. „Pomacajcie ich, Pan Wielkich Stepów, Władca Złotego Namiotu, chce zobaczyć, czego się nauczyli”. Tyle usłyszał od posłańców, Ojciec przemówił. Takie traktowanie nie wróżyło dobrze, ale żeby Kyh Danu Kredo, Biały Sokół, Władca Ośmiu Plemion, Syn Wojny znany na całych Stepach miał okazywać niepokój? Prędzej rozbierze się do naga i pokaże Taniec Młodej Nałożnicy.

Kazali mu przyjść bez broni i stanąć w takim miejscu, by każdy widział pustą pochwę szabli i miejsce przy pasie, w którym powinien wisieć sztylet. On mógł tak potraktować posłańców od psożernych Sahrendey, ale żeby jemu kazać czekać jak ostatniemu niewolnikowi?! Dla wszystkich w obozie będzie jasne, że Ojciec Wojny nie spogląda już łaskawie na Kyh Danu Kreda. Już widział płomyki, które zapalają się w oczach Sale Mozo Leury czy Certa z Białej Owcy. Ich klany były najsilniejsze i każdy z osobna uważał, że to on powinien uklęknąć przed Yawenyrem i odebrać od niego Synowski Pas.

Gdyby mógł, wyszczerzyłby się jak wilk. Jeszcze nie dziś, sucze pomioty. Gdyby chciał mojej głowy, tkwiłaby już na szczycie lancy.

Jeden z gwardzistów skinął na niego dłonią. Skinął! Jakby wzywał najprostszego pastucha.

Stłumił gniew.

– Mój Synu. Cieszę się ze spotkania.

Ten głos. Ostatni raz widzieli się cztery lata temu, cztery lata wypełnione układaniem planów, knuciem i szukaniem sojuszy na czas, gdy Yawenyr już odejdzie, by stanąć przed obliczem Pana Burz. Cztery lata... Ojciec Wojny zachowywał się wtedy jak starzec, który ledwo potrafi wyszeptać kilka słów, trzęsie się jak w febrze i ślini, wlepiając zamglony wzrok w przestrzeń. Przez te cztery lata Danu Kredo regularnie płacił daninę na rzecz Złotego Namiotu, choć ostatnie trzy razy pozwolił sobie na sprawdzenie jego siły, przysyłając coraz mniej złota, koni i niewolników. Brak reakcji był odpowiedzią, jakiej potrzebował.

1 ... 113 114 115 116 117 118 119 120 121 ... 152
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)