Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza

Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:

Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
1 ... 104 105 106 107 108 109 110 111 112 ... 151
Перейти на страницу:

Nieprawda.

Nie udawaj. Kogo okłamujesz? Siebie? O co masz żal? Pamiętasz też przecież, jak się bałaś, gdy Oko go połknęło. Sama mu powiedziałaś, że tęsknisz za tłumaczem, ale on jest nie tylko nim. Każdy, każdy na świecie jest wieloma ludźmi. Ty: Deaną d’Kllean, Issaram, ale też półkrwi Meekhanką, mistrzynią talherów, a także Strażniczką Pamięci, Poszukującą i tą, która ocaliła tutejszego księcia. Naprawdę chcesz mieć dla siebie tylko tłumacza, ślepca? To tak, jakbyś pragnęła miecza, który nie ma rękojeści albo jelca, albo głowni. Musisz go przyjąć całego.

Nic mnie to nie obchodzi.

Naprawdę? – Tamta w lustrze uniosła brwi – Więc czemu boisz się wyjść na korytarz i spotkać z jedną z TYCH dziewczyn?

Nie boję się.

Kogo okłamujesz?

Ja wyjadę, on zostanie. I tak się to skończy.

Oczywiście. I może nawet kiedyś o nim zapomnisz. Ciotka na pewno by ci tak powiedziała. Lecz nie o tym rozmawiamy. Pytanie brzmi, czy mu powiesz, czy nie. Jeśli nie, to powstanie na pewno wybuchnie i dziesiątki, a może setki tysięcy dzieci Matki zginą. Mogą zwyciężyć, lecz za jaką cenę? A może zastanawiasz się, czy książę pójdzie w ślady swojego brata i postara się ulżyć doli niewolników, czy też postawi na stal i ogień. Czy możesz mu zaufać, czy nie? Czy uprzedzi wybuch buntu, wysyłając przeciw niewolnikom armię, czy też uspokoi ich mądrymi posunięciami?

– Mogą mu nie pozwolić – powiedziała głośno.

To prawda. – Odbicie posłało jej poważne spojrzenie. – I już zapewne to robią, oszukując jego szpiegów. Lecz jeśli nie będzie wiedział, to ty będziesz winna. Jeśli Konoweryn zapłonie, a krew dzieci naszej Pani użyźni ziemię, to ty będziesz winna. Niech wybór należy do niego. Tylko tak unikniesz grzechu zaniechania.

Nie.

Tak. Tu chodzi o zaufanie. Widziałaś jego twarz, gdy był dla ciebie tylko książęcym sługą. Widziałaś, co się w niej kryło, gdy nie nosił maski, gdy spodziewał się, że i tak umrze. To dobry człowiek, zna współczucie i litość. I nie jest głupcem. Nie wykona pochopnego ruchu, nie teraz, gdy Oko zapłonęło, a z Północy nadchodzą tak niezwykłe wieści. Imperium będzie świętować klęskę wroga, kupując jedwab, kość słoniową, perły, kamienie i przejadając fortunę w przyprawach. Konoweryn ma szansę na zgarnięcie większości tej fortuny. A Laweneres znajdzie sposób, by ją spożytkować.

Okłamujesz się.

Może. Ale brak działania czasem bywa działaniem. Wiesz przecież.

Wiem.

Ja też. Jestem tobą. Podjęłaś decyzję?

Tak.

Wstała. Sani domagał się działania, więc wyjęła szable i stoczyła długi, wyczerpujący pojedynek z kilkoma widmowymi przeciwnikami.

Nadal brakowało jej prawdziwego szczęku broni.

Potem poszła po swoją niewolnicę.

*

Rubinowy wisior wskazał jej drogę do komnat Laweneresa równie pewnie, jak słońce w zenicie wskazuje południe. Każdy, komu go pokazywała, kłaniał się nisko i kierował ją do odpowiednich drzwi.

Z młodą niewolnicą drobiącą kilka kroków za swoimi plecami opuściła Dom Kobiet, przeszła przez centralną część pałacu, zwaną Ogrodem Proszących, i po kwadransie dotarła do Skrzydła Płaczu. W tej części budowli Słowiki musiały mieć własny garnizon, bo nim minęła kilka komnat, naliczyła ich przeszło trzydziestu. Chyba świadczyło to o tym, że jeszcze im ufano.

Na widok wisiorka pierwszy z żółto odzianych wojowników skłonił się nisko i w znośnym suanari zaproponował, że będzie ich przewodnikiem. Poprowadził je w chaos komnat, przedsionków, korytarzy, wielkich sal, przeszklonych oranżerii, wypełnionych śpiewem małych fontann wewnętrznych placyków, przejść między ścianami. Jeśli kiedykolwiek do tej części pałacu zakradł się jakiś skrytobójca, zapewne błąkał się tu do tej pory.

Słowik zatrzymał się przed niepozornymi drzwiami, ukłonił jeszcze niżej i stanął z boku. No tak, on nie miał prawa przerywać księciu zajęć o każdej porze dnia i nocy.

Weszła bez pukania.

Uderzył ją w oczy przepych. Ściany ozdobione macicą perłową i jedwabiem, olbrzymie okna, posadzka z ciemnego drewna. A na środku łoże, okryte bladoróżowym, spływającym do ziemi muślinem. Do tego toaletka z wielkim lustrem w ramie ozdobionej porcelanowymi kwiatami, kolekcja pachnących olejków na jej blacie, rozrzucone tu i ówdzie delikatne koronkowe batysty.

Obrzuciła to wszystko jednym spojrzeniem.

Kobieca sypialnia, pomyślała.

Jestem w kobiecej sypialni.

Słowik musiał się pomylić.

W tej samej chwili łoże ożyło, zasłona rozchyliła się na boki i Deanę uderzył uśmiech. Ostry jak klinga talhera ozdobiona pyvą, perfekcyjny, zwycięski. Uśmiech, który wdarł się w jej pierś i rozciął serce na pół.

Varala skinęła jej głową, delikatnie wodząc palcami po twarzy śpiącego mężczyzny.

– Ciiii. Jest zmęczony – odezwała się w meekhu, przykładając palec do ust i nie przestając się uśmiechać. – A musi oszczędzać siły.

Poprawiła szatę, chmurę muślinu w kolorze ciut głębszym niż ten otulający łoże.

– Cóż tak istotnego cię tu sprowadza?

Deana przymknęła oczy. Sani pojawił się nagle, bitewny trans wołał do niej z głębi duszy, obiecywał błyskawiczne zmazanie tego uśmiechu z twarzy Pierwszej Nałożnicy, taniec śmierci i wyzwolenia, wolności i krwi. Och, jakaś jej część wiedziała, że gdyby ta kobieta mogła w tej chwili zajrzeć pod jej ekchaar, wrzeszczałaby już na całe gardło. Zakręciło jej się w głowie, zamrowiły dłonie. Jakby miała zemdleć.

– Nie… – Odetchnęła dwa razy, przeganiając sprzed oczu kolorowe plamy. – Nic, co nie mogłoby zaczekać.

Varala ze zdumiewającą szybkością zerwała się z łoża i w dwóch krokach była przy niej. Owionął ją słodki, ciężki zapach.

– Nic ważnego? – Uśmiech znikł. – Naprawdę? To dobrze. Bardzo dobrze.

Wyciągnęła dłoń, jakby zamierzała ją pchnąć w pierś, i w ostatniej chwili zatrzymała się. Dziwne, Deana nawet nie sięgnęła po broń.

– Mówiłam ci… mówiłam, żebyś zostawiła go w spokoju. – Z bliska nałożnica nie wyglądała już tak młodo, jak przy ich pierwszym spotkaniu, była starsza, dojrzalsza, ale przez to nie sprawiała wrażenia mniej doskonałej. – On nie jest dla ciebie. Więc powiem ci to wyraźniej. Nigdy nie zajmiesz mojego miejsca w jego sercu. Nigdy nie będziesz dla mnie groźna, choćbyś nie wiem jak bardzo starała się przywiązać go do siebie poczuciem wdzięczności lub winy.

Kolejny uśmiech rozciął jej serce.

– Odwiedza mnie prawie co dzień, wiedziałaś o tym? On jest księciem, Dziecięciem Ognia, ostatnim z dynastii, która włada Konoweryn od tysiąca lat. A ty? Kim jesteś? Czego chcesz? Po co przyszłaś?

Śpiący mężczyzna zamamrotał coś, poruszył się niespokojnie. Varala zamarła i obejrzała się przez ramię.

Deana wykorzystała tę chwilę, by wziąć głęboki oddech, przytłumić szalejący w jej ciele sani, uspokoić walące serce.

Kim jestem? Czego chcę? Po co przyszłam?

– Jestem awyssą w drodze do Kan’nolet – zaczęła cicho i, dzięki ci Matko, głos jej nie zdradził. – Chcę powrócić do domu. Przyszłam prosić o zgodę na opuszczenie pałacu i dołączenie do karawany wędrującej przez pustynię.

1 ... 104 105 106 107 108 109 110 111 112 ... 151
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)