Dzieci Boga [Children of God - pl]
- Автор: Расселл Мэри Дория
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-596-5
- Переводчик: Andrzej Polkowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:
Jej życie nigdy nie było zbyt szczęśliwe. Kiedy przemijało zadowolenie, nie czuła żalu — ot, po prostu życie wracało do normalnego trybu. W kilka tygodni po masakrze uznała, że miała szczęście znaleźć się pośród tych, którzy nie opłakują zmarłych.
— Deszcz pada na wszystkich, piorun uderza w niektórych — stwierdził jej przyjaciel Kanchay. — Czego nie można zmienić, o tym najlepiej zapomnieć — poradził jej i nie oznaczało to braku czułości czy gruboskórności, tylko jakże jej bliskie, pragmatyczne pogodzenie się z losem.
„Bóg stworzył świat i zobaczył, że było to dobre”, tak zawsze mówił jej ojciec, kiedy uskarżała się na jakąś niesprawiedliwość w okresie swego krótkiego dzieciństwa. „Nie sprawiedliwe. Nie szczęśliwe. Nie doskonałe, Sofio. Dobre”.
Dobre dla kogo? Często się nad tym zastanawiała, najpierw z rozdrażnieniem dojrzewającej dziewczynki, później ze znużeniem czternastoletniej kobiety pracującej na ulicach Stambułu pogrążonego w agonii wojny domowej.
Prawie nigdy w życiu nie płakała. Wcześnie przekonała się, że płacz nic nie daje, chyba tylko ból głowy. Zaledwie nauczyła się mówić, rodzice przyzwyczaili ją uważać łzy za tchórzliwą taktykę głupców i ćwiczyli ją w sefardyjskiej sztuce trzeźwego przekonywania; uzyskiwała to, co chciała, niedzicki pochlipywaniu, ale dzięki logicznej i przekonującej argumentacji, oczywiście w granicach określonego stadium jej neurologicznego rozwoju. Kiedy u progu swojej dojrzałości pochylała się nad poszarpanym przez pocisk moździerza ciałem matki, była zbyt wstrząśnięta, by płakać. Nie opłakiwała też swojego ojca, który pewnego dnia nie wrócił do domu i którego już nigdy nie zobaczyła: nie było jakiegoś zauważalnego przejścia od strachu do żalu. Nie współczuła innym młodym prostytutkom, kiedy płakały. Panowała nad sobą i nie chciała zepsuć sobie wyglądu napuchniętą, krostowatą twarzą, więc jadała bardziej regularnie od innych dziewczyn i była na tyle silna, by wbić klientowi nóż między żebra, jeśli próbował ją oszukać lub zabić. Sprzedawała swoje ciało, a kiedy pojawiła się taka możliwość, sprzedawała swój umysł — za o wiele wyższą cenę. Przeżyła i wydostała się ze Stambułu z nietkniętą godnością własną, ponieważ nie poddawała się emocjom.
I tym razem żal by jej nie dosięgnął, gdyby nie nocny koszmar — sen, w którym ujrzała swoje dziecko, tuż po narodzeniu roniące krwawe łzy. Obudziła się, przerażona, i poczuwszy żywy ciężar wewnątrz siebie, zaszlochała, najpierw z ulgi, bo upewniła się, że nadal jest w ciąży, a dziecko nie może krwawić w ten sposób. Lecz tama puściła i poddała się żalowi i rozpaczy. Złożyła ręce na swoim nabrzmiałym, krągłym brzuchu i szlochała, szlochała bez słów, bez uzasadnienia, i zrozumiała, że właśnie od tego — od tego przerażenia, od tego bólu — uciekała przez całe życie. I że miała przed czym uciekać.
Nie znała, dotąd łez, więc teraz bardzo cierpiała, płacząc, a kiedy zdała sobie sprawę, że łzy spływają jej tylko po jednej stronie twarzy, żal zamienił się w histerię. Kanchay, zaniepokojony jej szlochem, zapytał z lękiem:
— Sipaj, Fia, śniłaś o tych, którzy odeszli?
Nie mogła mu jednak nic odpowiedzieć, czy choćby poruszyć podbródkiem na znak, że go słyszy, więc Kanchay i jego kuzyn Tinbar zaczęli ją tulić i kołysać, patrząc w niebo i wyglądając burzy, która z pewnością nadejdzie, skoro ktoś zrobił fierno. Podeszli też inni, wypytując o jej zmarłych i zawiązując jej wstążki na przedramionach.
W końcu ocaliło ją wyczerpanie. Nigdy więcej, przysięgła sobie, zasypiając, wyzbyta już wszelkich odczuć i emocji. Już nigdy nie pozwolę, aby mi się to przydarzyło. Miłość to zobowiązanie. Kiedy ci wystawią rachunek, płacisz rozpaczą.
Dziecko kopnęło mocno, jakby zaprotestowało.
Obudziła się w ramionach Kanchaya; ogon Tinbara oplatał jej nogi. Spocona, z napuchniętą częścią twarzy, wyzwoliła się z ich uścisków, wstała i powlokła się do strumienia, biorąc ze sobą chaninchay, niedawno zrobiony z szerokiej, płytkiej muszli leśnego pigaru. Przez długą chwilę stała nad wodą, a potem ostrożnie uklękła, by napełnić misę. Zanurzyła obie ręce w chłodnej, czystej wodzie i oblała sobie twarz. Potem napełniła misę ponownie i odczekała, aż czarna woda uspokoi się, aby użyć jej jako zwierciadła.
Nie jestem Runka, pomyślała zdumiona.
Taka dziwna utrata tożsamości już jej się kiedyś’ przydarzyła; kilka miesięcy po zawarciu pierwszego zamorskiego kontraktu, w Kyoto, każdego ranka spoglądała w lustro w łazience i odkrywała, że nie jest Japonką jak wszyscy dookoła. Teraz, tutaj, jej ludzka twarz wydawała się naga, jej ciemne, splątane włosy dziwaczne, jej uszy zbyt małe, niestosowne, jej pojedyncze tęczówki przerażająco bezpośrednie. Dopiero gdy uporała się z tymi dziwactwami, dotarła do niej reszta: ukośna, potrójna blizna, znacząca jej twarz od skroni do szczęki. I ślepe” wgłębione… miejsce.
— Kogoś boli głowa — powiedziała Kanchayowi, który przyszedł za nią nad potok i usiadł na brzegu.
— Jak Milo — odpowiedział Kanchay, który był świadkiem migren Sandoza i sądził, że to normalna dla cudzoziemców reakcja na smutek. Usadowił się wygodnie na umięśnionym, stożkowatym ogonie, wspierając się na nogach zgiętych w kolanach. — Sipaj, Fia, chodź tu i usiądź — zaproponował, a ona chwyciła jego wyciągniętą rękę, aby się na niej wesprzeć.
Zajął się jej splątanymi włosami, rozczesując je delikatnie palcami. Poddała się temu czułemu dotykowi, wsłuchując w ciszę, jaka powoli ogarnęła las w porze południa. Chwyciła końce wstążek zawiązanych na jej ramionach i zaczęła je splatać, aby zająć czymś ręce, podobnie jak to robiła Askama, gdy siedziała na kolanach Emilia. Askama często wplatała wstążki we włosy Annę Edwards i Sofii, ale żadnemu z cudzoziemców nigdy nie zaoferowano wstążek do przystrojenia ciała. „Może dlatego, że nosimy odzież”, powiedziała kiedyś Annę, ale nie była tego pewna.
— Sipaj, Kanchay, ktoś się zastanawia nad tymi wstążkami — powiedziała Sofia, obróciwszy do niego lewą stronę twarzy, aby go widzieć. Na lewe oko zawsze nieco gorzej widziała. Szkoda, pomyślała, że Jana’ata, który ją uderzył, nie był praworęczny — pozostawiłby jej lepsze oko.
— Tę daliśmy ci za Di, a tę za Ha’an — odrzekł Kanchay, chwytając kolejno obie wstążki. Jego oddech pachniał wrzosową wonią njoato, które w tym tygodniu stanowiło podstawę ich pożywienia. — Te za Dziordzi i za Dżimi. Te za Milo i Marca.
Poczuła skurcz w gardle, gdy usłyszała te imiona, a po chwili już płakała. Przypomniała sobie, że Askama próbowała zawiązać Sandozowi dwie wstążki po śmierci D.W. i Annę, ale był wówczas zbyt słaby i chory.
— A więc to nie dla ozdoby — zapytała — tylko żeby pamiętać o tych, którzy odeszli?
Kanchay roześmiał się łagodnie.
— Nie pamiętać! Okpić! Kiedy duchy znowu przyjdą, poczują zapach, wrócą do powietrza, do którego należały. Sipaj, Fia, jeśli znowu będziesz o nich śnić, powinnaś komuś o tym powiedzieć — ostrzegł ją, bo był roztropnym Runą. Potem dodał: — Czasami wstążki są po prostu ładne. Djanada myślą, że to tylko ozdoba. Czasami tak jest. — Znowu się roześmiał i powiedział: — Djanada są jak duchy. Można ich okpić.
Annę na pewno by zapytała, dlaczego duchy wracają, kiedy i w jaki sposób; Emilio i inni kapłani byliby zachwyceni tymi wierzeniami. Sofia zebrałakońce wstążek, pozwalając, by gładka satyna przelewała się jej przez palce. Wstążka Annę była srebrnobiała. Może jak jej włosy? Ale George też miał siwe włosy, a jego wstążka była jasnoczerwona, Emilia — zielona. Ciekawe dlaczego. Wstążka jej męża Jimmy’ego była świetliście niebieska; pomyślała o jego oczach i podniosła ją do twarzy, aby wyczuć zapach. Pachniała ziołami, świeżym sianem. Poczuła dławienie w gardle i puściła wstążkę. Nie, powiedziała sobie. On odszedł. Nie będę już więcej płakać.