Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Dzieci Boga [Children of God - pl]
Dzieci Boga [Children of God - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Dzieci Boga [Children of God - pl]

Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:

Debiutancka powieść Mary Dorii Russell „Wróbel” zdobyła dla autorki powszechne uznanie. Oto kontynuacja owej jednej z najwspanialszych powieści fantastycznych ostatnich lat. Zaledwie ojciec Emilio Sanchez, jedyny członek pierwszej wyprawy, który powrócił na Ziemię, zdołał odzyskać zdrowie i równowagę psychiczną po straszliwych przejściach na planecie Rakhat, Towarzystwo Jezusowe prosi go (a właściwie zmusza), by zechciał wziąć udział w kolejnej misji. Sancheza dręczą wspomnienia i lęki, ale nie może uciec od swojej przeszłości. Rozpoczyna się druga batalia o rozum i duszę tak ciężko doświadczonego przez los kapłana.
1 ... 5 6 7 8 9 10 11 12 13 ... 137
Перейти на страницу:

— Dlaczego, Kanchay? — zapytała ze złością, uznając, że gniew jest lepszy od bólu. — Dlaczego djanada spalili ogród i zabili dzieci?

— Ktoś myśli, że ten ogród nie był dobry. Trzeba chodzić po jedzenie. To niedobre sprowadzać jedzenie do domu. Djanada wiedzą, kiedy jest właściwy czas, żebyśmy mieli dzieci. Ktoś myśli, że coś się nam pomieszało i mieliśmy dzieci w niewłaściwym czasie.

Nie chciała się sprzeczać, była rozgrzana i zmęczona, zdenerwował ją też sposób, w jaki do niej mówił, tylko dlatego, że była wielkości ośmioletniego Runy.

— Sipaj, Kanchay… ale co pozwala Jana’atom mówić, kto może mieć dzieci i kiedy?

— Prawo — rzekł, jakby to była odpowiedź na jej pytanie. A po chwili dodał: — Czasami w kobietę może wejść niewłaściwe dziecko. Na przykład czasami dziecko powinno być cranilem. Za dawnych czasów takie dziecko zabierało się nad rzekę i wzywało cranilów: tu jest jedno z waszych dzieci, urodzone wśród nas przez pomyłkę. Trzymało się takie dziecko pod wodą, gdzie żyły cranile. To było trudne. — Milczał przez długi czas, w skupieniu delikatnie rozplątując jej włosy, pasemko po pasemku. — Teraz, kiedy urodzi się nam przez pomyłkę niewłaściwe dziecko, robią to za nas djanada. A kiedy djanada powiedzą: To jest dobre dziecko, wiemy, że wszystko będzie dobrze, matka może z nim wędrować. Serce ojca może być spokojne.

— Sipaj, Kanchay, a co mówicie swoim dzieciom? O tym, że dobrowolnie oddajecie się Jana’atom, żeby was zjedli?

Jego palce znieruchomiały. Łagodnie przytulił jej głowę do swojej piersi i zaczął cicho mruczeć, jakby śpiewał jej kołysankę:

— Mówimy im: za dawnych czasów byliśmy samotni na świecie. Wędrowaliśmy tam, dokąd chcieliśmy, nic nam nie groziło, ale byliśmy samotni. Kiedy pojawili się djanada, miło nam było ich zobaczyć i zapytaliśmy ich: Jedliście już? Oni odpowiedzieli: Nie, jesteśmy bardzo głodni! Więc daliśmy im to, co sami jedliśmy. Przecież wiesz, że zawsze trzeba nakarmić wędrowców, prawda? Ale djanada nie potrafili jeść tak jak my i odrzucili jedzenie, które im daliśmy. Więc usiedliśmy, żeby się zastanowić, co zrobić, bo przecież byłoby niegodziwe nie nakarmić gości. Kiedy o tym rozmawialiśmy, djanada zaczęli zjadać nasze dzieci. Starsi powiedzieli: Oni są wędrowcami, są naszymi gośćmi, musimy ich nakarmić, ale ustanowimy zasady. Powiedzieliśmy im: Nie możecie zjadać kogokolwiek, możecie zjadać tylko starych, z których już nie ma żadnego pożytku. W ten sposób oswoiliśmy djanada. Teraz wszystkie zdrowe dzieci są bezpieczne, zabierają nam tylko starych i chorych. Sofia przekręciła głowę, aby spojrzeć mu w twarz.

— Ktoś myśli: To dobra opowiastka dla dzieci, żeby dobrze spały i nie robiły fiernos, kiedy przyjdą rzeźnicy. — Podniósł głowę i znowu zaczął czesać jej włosy. — Sipaj, Kanchay, ktoś jest mały, ale nie jest dzieckiem, które trzeba chronić przed prawdą. Djanada zabijają bardzo starych, chorych i ułomnych. Czy zabijają również tych, którzy sprawiają im kłopot? Sipaj, Kanchay, dlaczego im na to pozwalacie? Co daje im do tego prawo?

Jego palce na chwilę znieruchomiały, a potem powiedział z prozaiczną akceptacją:

— Jeśli odmówimy pójścia z rzeźnikami, kiedy nadejdzie czas, będą musieli pójść inni. — Zanim zdołała odpowiedzieć, dotknął jej brzucha, jakby byłajego żoną. — Sipaj, Fia, to dziecko jest już dojrzałe!

W ten sposób oficjalnie zmienił temat rozmowy.

— Nie — odpowiedziała Sofia — jeszcze nie. Może za szesnaście nocy.

— Tak długo! Ktoś myśli, że nabrzmiejesz jak datinsa.

— Sipaj, Kanchay — powiedziała, śmiejąc się nerwowo — może i tak.

Strach i nadzieja, strach i nadzieja, strach i nadzieja. I tak bez końca. Dlaczego tak się boję? Jestem Mendes. Stać mnie na wszystko.

Lecz była również — choć tak krótko — radosną panią Quinn, przez jedno lato szczęśliwą żoną absurdalnie wysokiego, komicznie swojskiego i tak bardzo kochanego irlandzkiego katolika, astronoma. Mogło być gorzej, pomyślała, przypominając sobie zwykłą, dobroduszną reakcję Jimmy’ego na jakiś kryzys.

Dziecko kopnęło tak mocno, że aż jej dech zaparło.

Jestem Sofia Mendes Quinn i mogło być gorzej.

3. NEAPOL: wrzesień 2060

Czasami, jeśli siedział cicho, ludzie odchodzili.

Kiedyś mieszkał tu świecki szofer. Pomieszczenie nad garażem dzieliło od domu rekolekcyjnego zaledwie kilkaset metrów, ale to wystarczało i Sandoz uznał je za swoje z taką dziką zachłannością, że aż sam był zaskoczony. Niewiele tam wniósł — aparaturę fotoniczną i dźwiękową, biurko — ale to było jego. Obnażone krokwie i bielone ściany. Dwa krzesła, stół, wąskie łóżko, kuchenka, kabina prysznicowa i toaleta za zasłoną.

Pogodził się już z tym, że nad pewnymi sprawami nie panuje. Nocne koszmary. Przekleństwo neuralgii, kiedy uszkodzone nerwy rąk wysyłały ku ramionom wiązki ognistych igieł bólu. Nie powstrzymywał się już od krótkich okrzyków, kiedy taka seria ugodziła go bez ostrzeżenia. Tutaj, w samotności, mógł uczyć się z tym żyć — przyjmować uderzenia bólu, kiedy nadchodziły, odpoczywać, kiedy się kończyły. Gdyby tylko wszyscy zostawili go w spokoju — gdyby pozwolili mu zmagać się z tym na jego własny sposób — czułby się zupełnie dobrze.

Czekał z zamkniętymi oczami, kołysząc się nad swoimi dłońmi, nasłuchując kroków oddalających się od jego drzwi. Znowu rozległo się pukanie.

— Emilio! — To był głos ojca generała i wyczuł w nim radość. — Mamy niespodziewanego gościa. Ktoś przyjechał, żeby się z tobą zobaczyć.

— Chryste… — szepnął Sandoz, wstając i chowając dłonie pod pachami.

Zszedł na dół po trzeszczących schodkach, stanął przed bocznymi drzwiami i przez chwilę starał się uspokoić oddech. Potem jednym krótkim ruchem łokcia wyjął hak z otworu we framudze drzwi i czekał w milczeniu, zgięty w pół.

— No, dobra — powiedział w końcu. — Otwarte.

Na podjeździe stałGiuliani z jakimś wysokim księdzem. Afryka Wschodnia, pomyślał Sandoz, ledwo na niego zerknąwszy, wpatrując się szeroko otwartymi oczami w twarz ojca generała.

— To nie jest najlepsza pora, Vince.

— Nie — przyznał pogodnie Giuliani. — Najwyraźniej nie najlepsza.

Emilio oparł się o ścianę, nie do końca panując nad swym ciałem. No cóż, nic na to nie można poradzić. Gdyby ten Lopore zatelefonował, że przyjeżdża…

— Wybacz mi, Emilio. Zajmiemy ci tylko kilka minut. Pozwól, że ci przedstawię…

— Znasz swahili? — zapytał nagle Sandoz gościa po arabsku, i to z akcentem sudańskim, który nagle sobie przypomniał. Afrykańczyk wydał się nieco zaskoczony pytaniem, ale skinął głową. — Co jeszcze? Łacina? Angielski?

1 ... 5 6 7 8 9 10 11 12 13 ... 137
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)