Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Dzieci Boga [Children of God - pl]
Dzieci Boga [Children of God - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Dzieci Boga [Children of God - pl]

Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:

Debiutancka powieść Mary Dorii Russell „Wróbel” zdobyła dla autorki powszechne uznanie. Oto kontynuacja owej jednej z najwspanialszych powieści fantastycznych ostatnich lat. Zaledwie ojciec Emilio Sanchez, jedyny członek pierwszej wyprawy, który powrócił na Ziemię, zdołał odzyskać zdrowie i równowagę psychiczną po straszliwych przejściach na planecie Rakhat, Towarzystwo Jezusowe prosi go (a właściwie zmusza), by zechciał wziąć udział w kolejnej misji. Sancheza dręczą wspomnienia i lęki, ale nie może uciec od swojej przeszłości. Rozpoczyna się druga batalia o rozum i duszę tak ciężko doświadczonego przez los kapłana.
1 ... 107 108 109 110 111 112 113 114 115 ... 137
Перейти на страницу:

Wiadomości od Sofii zawsze były adresowane do nich obojga, mimo to, co wydarzyło się w ciągu tych długich lat, odkąd opuścili puszczę. Ha’anala przeczytała ostatnią wiadomość i ostrożnie zamknęła laptop.

— Izaak, chcesz wrócić?

— Nie. — Nie zapytał: dokąd? To nie miało żadnego znaczenia.

— : Nasza matka tego pragnie. — Milczenie. — Ona jest stara, Izaaku. Któregoś dnia umrze.

To też nie wzbudziło w nim zainteresowania. Przyłożył dłonie do oczu i zaczął tworzyć różne wzory palcami. Ale nawet przez palce widział patrzącą na niego Ha’analę.

— Nie wrócę — powiedział, opuszczając ręce. — Oni nie śpiewają.

— Posłuchaj mnie. Nasza matka śpiewa. Twój lud śpiewa. — Zawahała się, a potem dodała: — Są inni, którzy należą do twojego gatunku, Izaaku. Znowu tu przybyli…

To go zainteresowało.

— Muzyka, którą znalazłem, jest dobra — oświadczył bez cienia triumfu czy zdziwienia. Po prostu to stwierdził: Z chmur spada deszcz, noc następuje po dniu, muzyka jest dobra.

— Mogą tu nie zostać. Nasza matka może wrócić z nimi. — Pauza. — Tam, skąd pochodzi twój gatunek. — Dłuższa pauza, żeby pozwolić mu pomyśleć. — Izaaku, jeśli nasza matka postanowi wrócić na H’earth, nigdy już jej nie zobaczymy.

Zaczął klepać się palcami po policzkach, po tych gładkich miejscach, gdzie nie rosły mu włosy, mrucząc monotonnie.

— Powinieneś przynajmniej ją pożegnać — nalegała Ha’anala.

„Powinieneś” nie miało klarowności. Zbadał to słowo, ale znalazł tylko jakiś bełkot o odpowiedzialności wobec innych, o zobowiązaniach. Jego emocje zapoznały się z jego stanem. Potrafił odczuwać zawód, ale nie zawód wobec kogoś. Czuł złość, ale nie złość na coś. Doświadczał rozkoszy, ale nigdy nie rozkoszował się czymś. Tylko śpiewanie łamało tę zasadę. Rozumiał harmonię: śpiewa się z kimś. Właśnie w ten sposób Ha’anala wytłumaczyła mu swoje małżeństwo z Shetrim: „Jesteśmy w harmonii”.

Izaak odchylił głowę, by spojrzeć na tkaninę namiotu. Promienie słońca rozświetlały każdy maleńki piksel między wątkiem i osnową. Nie chciał mieć nowego, kamiennego domu, bo namiot był czymś znajomym i lubił ten kolor. Poruszał się, ale nie tak jak liście. Spojrzał w dół i zobaczył, że Ha’anala nie odeszła, więc wyciągnął rękę i czekał na ciężar laptopa. Namiot był woalem, którego nikt nie odgarniał. Namiot chronił przed pyłem i liśćmi, chyba że była silna burza. Ale Izaak i tak miał swoje patyki, którymi co jakiś czas sprawdzał prostokąt, żeby się upewnić, czy namiot wciąż ma właściwe proporcje.

Potem: chłód guzika pod kciukiem, cichy trzask mechanizmu, niezmienna geometria pokrywy. Pomruk systemu, rozjaśnienie ekranu, klawiatura z klarownymi przyciskami. Kilka uderzeń w klawisze i kilka słów, i znowu to było, dokładnie tak, jak to zostawił, każdy ton doskonały i czysty. Pomyślał: Urodziłem się, aby to znaleźć.

Był, na swój sposób, zadowolony.

Wdowa Suukmel Chirot u Vaadai nie była już tak pewna jak dawniej, który z bogów kieruje jej życiem.

W młodości skłaniała się ku bardziej tradycyjnym bóstwom: starym, kapryśnym boginiom, które utrzymywały słońca na właściwych orbitach, rzeki w ich korytach, codzienne życie w jego ustalonym rytmie. Po zawarciu małżeństwa polubiła Ingwy’ego, który rządził losem, bo dobrze znała gorycz braku szczęścia i była wdzięczna za to, że trafił się jej mąż, który ją doceniał. Wielu bożków zamieszkało w jej dostatnim domostwie: Bezpieczeństwo, Luksus, Cel, Równowaga. Było to szczęśliwe życie. Suukmel miała siedem córek; wszystkie poślubiły małżonków spełniających zarówno jej osobiste nadzieje, jak i wymogi ich pozycji rodowej i współczesnej sytuacji politycznej. Ona sama żyła dostatnio i spokojnie, odczuwając prawdziwą satysfakcję.

Potem jej życiem zaczął rządzić Chaos. Chaos roztańczony, Chaos rozśpiewany. Nie bogini, ale mężczyzna, który podarował jej skarb: życie tak intensywne, że aż ją to przerażało, ale od którego nie chciała i nie mogła uciec. Uzyskała władzę. Upajała się tym, co zakazane, tym, co nieprzewidywalne. Chaos nie żądał śmierci Cnoty w jej życiu, żądał narodzin Namiętności. Radości. Twórczości. Przemiany.

A teraz? Kto teraz mną rządzi, zastanawiała się leniwie Suukmel, patrząc, jak Ha’anala nagle opuściła namiot swojego brata. Lekki wiaterek przyniósł informację potwierdzającą obserwację: Ha’anala była wściekła. Mijając pospiesznie Suukmel, wyszła poza obręb osady, nie mówiąc nikomu ani słowa. Zatrzymała się tylko raz, by chwycić jednym pazurem rzemień wielkiego kosza i zarzucić go sobie na plecy.

Przez pewien czas Suukmel po prostu przyglądała się, jak Ha’anala wspina się po stromym piargu, i wstrzymała oddech, mając nadzieję, że młodsza od niej kobieta — z trudem utrzymująca równowagę i osłabiona czwartą ciążą — nie przewróci się na zdradliwym osypisku. Potem westchnęła i wstała, by pójść za nią, zabierając po drodze swój kosz i szorstkie płótno, ciężkie od wosku, brudu i niedawnego deszczu. Ha’anala w takim nastroju nie dbała o to, że kha’ani mogą ją zaatakować; Suukmel wolała osłonić się płótnem.

W zboczach gór otaczających dolinę N’Jarr pełno było skalnych rozpadlin, w których lubiło się gnieździć najobfitsze źródło pożywienia mieszkańców osady. Przy końcu Partanu, kiedy deszczów było coraz mniej, kha’ani wcześnie i często się rozmnażały, i to w niesamowitych ilościach. Dorosłe, zwinne i szybkie, rzadko dawały się złapać, ale w ciągu suchej pory ich jaja były łatwą zdobyczą — skórzaste, owalne torbiele wypełnione proteinami i tłuszczem. To, czym żywiły się embriony kha’ani, mogło też wyżywić Jana’atów; trzeba było tylko zjeść tego wystarczającą ilość. Było to jedzenie monotonne i raczej pozbawione smaku, ale wystarczające i było zawsze, a od czasu do czasu uzupełniano je zwierzyną bardziej godną miana zdobyczy, ale i bardziej niebezpieczną.

— Nie nadaję się na towarzyszkę! — zawołała Ha’anala, czując zapach zbliżającej się Suukmel. — Zostałaś ostrzeżona.

— A czy ja kiedykolwiek żądam od ciebie, żebyś była towarzyska? — zapytała Suukmel, podchodząc bliżej. — A poza tym przyszłam tu, żeby niepokoić kha ‘ani, a nie ciebie.

Chwyciła płótno pazurami i zaczęła nim gwałtownie łopotać, co wypłoszyło jakiegoś dorosłego kha’ani, a potem sama się pod nie wsunęła, szybko zgarniając do kosza miękkie worki w żółtawym świetle przefiltrowanym przez tkaninę i pomrukując cicho przy pracy.

— Co mam robić? — zapytała Ha’anala, a jej głos mieszał się z wrzaskami kha’ani i dochodził przytłumiony do Suukmel ukrytej pod ochronną tkaniną. — Czego ona się spodziewa? Mam iść do Gayjuru z Izaakiem? Wiesz, co ona powiedziała? Że wszystko zostanie przebaczone. Ona ma przebaczyć mnie! Oni przebaczą! Jak ona śmie…

— Masz rację. Nie jesteś najlepszą towarzyszką — zauważyła Suukmel, zgarniając do kosza zawartość następnego gniazda. — Można wiedzieć, na kogo tak pomstujesz?

— Na moją matkę!

— Ach.

— Trzy razy próbowaliśmy negocjować i za każdym razem nasi emisariusze zostali wymordowani jakieś sześćset cha ‘ań od Gayjuru — wściekała się Ha’anala, wrzucając do swojego kosza kolejną torbiel i zupełnie nie zważając na wrzaski i uszczypnięcia kha’ani, które roiły się wokół niej. — Ona mi mówi o zaufaniu!

1 ... 107 108 109 110 111 112 113 114 115 ... 137
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)