Lord z planety Ziemia
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:
Skanowania pamięci nie można nazwać nieprzyjemnym czy bolesnym procesem. Tylko potem nie od razu przychodzi się do siebie. Leżę na miękkiej kozetce, delikatnie masującej moje ciało. Powoli sobie przypominam, już bez pomocy sunącej po komórkach mózgu sondy myślowej. Była walka na Somacie i zwyciężyłem. Ukrywałem się w górach. Teraz jestem z Terry na Ziemi. Roaderzy, Ałma Ata, Nurlan, Terry z Trofeum w torbie. „Rodzinna” kolacja. Maccord. Fangowie. Skanowanie pamięci. Chyba wszystko w porządku. Tylko tak bardzo chce mi się spać… Dobiega mnie cicha rozmowa:
– Czy wszystko z nim w porządku, doktorze?
– Oczywiście. Proszę poczekać kilka minut, działanie narkozy zaraz minie. Wszystko w porządku…
– Sierżancie! – To głos Lansa. Jakiś obcy, twardy, władczy. – Co powiecie o filmie?
– To nie może być prawda, poruczniku – z szacunkiem, ale także z przekonaniem w głosie odpowiedział nieznajomy żołnierz. – Widział pan przecież, tam było osiem K-B czternastek „Wściekłość”. Człowiek nie może stawić im oporu. Pole siłowe padłoby po kilku sekundach.
Fałszywa pamięć jest wykluczona, młodzi ludzie – włączył się do rozmowy lekarz. – Zeskanowałem wszystkie warstwy, aż do ośrodków podkorowych. Wegetatywny układ nerwowy, reakcje ruchowe, tło emocjonalne. Nie wiem, z kim on tam walczył, ale walka wyglądała właśnie tak, jak widzieliśmy. I słyszeliśmy, proszę o wybaczenie, madame… Pacjent jest bardzo porywczy.
– Ja przeklinałabym jeszcze gorzej – odpowiedziała zimno Terry. – Pod ostrzałem ośmiu cyborgów bojowych nawet z pana opadłoby dobre wychowanie.
– To znaczy, że roboty tylko pozorowały walkę… – zasugerował sierżant niepewnie.
– A pole siłowe kołysało się od wiatru – odpowiedział złośliwie Lans. – Proszę zanieść kasetę do działu technicznego. Niech zajmą się nią specjaliści. A może Siergiej miał niestandardowy blok energetyczny, Terry?
– Nie wiem. Raczej standardowy. W końcu co za różnica? Najważniejsze, że żyje… – głos Terry lekko drży.
Statek Korpusu Desantowego powinien dostarczyć nas na Tara w ciągu dziesięciu godzin. Nie była to maksymalna prędkość, za to piloci omijali niebezpieczne sektory, nie oddalali się od ziemskich baz, gotowych przyjść nam z pomocą w razie ataku Fangów.
– Trzeba przyznać, że Maccord stracił na rozmowę z nami sporo cennego czasu – prychnąłem. – Biorąc pod uwagę złożoność sytuacji…
– Książę, Rajmund tracił jedynie swój osobisty czas – zaprotestował Lans. – Gdy znajdowaliśmy się w jego gabinecie, czas otaczającego nas świata stał w miejscu.
Skinąłem głową. Mogłem się był domyślić. Siewcy nie po to nauczyli się manipulować czasem, by marnować go bez potrzeby.
– Lans, jak myślisz, podsłuchują nas tutaj? – zapytała Terry.
– Na pewno. Podsłuchują i podglądają.
Terry rozejrzała się po kabinie, jakby w nadziei, że wypatrzy sterczące ze ścian mikrofony. Potem uśmiechnęła się.
– Dobrze, więc nie będziemy rozmawiać o niczym poważnym. Opowiem wam bajkę, chcecie?
Nim zdążyliśmy się odezwać, zaczęła opowiadać.
– Słyszałam ją dawno temu, jeszcze zanim poznałam Siergieja. Miałam wtedy siedem lat… Dziwne, że dotąd ją pamiętam.
– No, mów? – zachęciłem ją. – Już dawno nikt mi nie opowiadał bajek.
Bajka jest prosta. – Terry zignorowała mój uśmieszek. – O Siewcach. Nie wiem, skąd się wzięła, czy podrzuciły ją Świątynie, czy wymyślili ludzie… Początek jest banalny. Dawno, dawno temu, gdy czas i przestrzeń jeszcze nie istniały, wszechświat zrodził wielki naród, Siewców. Oni sprawili, że czas zaczął płynąć, oni sprawili, że rozsunęły się granice świata…
– Jakie granice, przecież przestrzeni jeszcze wtedy nie było – zauważyłem. – Coś mi się wydaje, że to styl Świątyń!
– Siewcy byli narodem wojowników. Walczyli z armiami chaosu i mroku, zabijali twory złej woli wszechświata. Siewcy gasili gwiazdy, gdy te zaczynały myśleć. Ten wszechświat stworzony został dla ludzi, zdecydowali. I zasiali na wszystkich planetach ziarna życia, i postawili na nich Świątynie…
Demonstracyjnie ziewnąłem. Terry popatrzyła na mnie z ironią.
– Nudne?
– Aha…
– Spróbuj wytrzymać. I nastał dzień, gdy Siewcom zabrakło we wszechświecie wrogów. Hucznie świętowali zwycięstwo. Przestrzeń i czas były im posłuszne, porządek i chaos również. Nie było nikogo silniejszego od nich.
Nagle zrobiło mi się nieswojo. Uśmiechnąłem się z przymusem.
– No, no, ale mieliście wymyślne bajeczki… Chcesz, to opowiem ci o siedmiu…
Terry jakby mnie nie słyszała.
– I wtedy pojawił się ich główny wróg. Siewcy nie mogli go pokonać. Wróg był ich dziełem, ale nie oni go stworzyli. Przyszedł stąd, dokąd zmierzali, ale nie zdążyli dojść. Był obojętny i niewzruszony, jak kamień; ciekawski i żywy jak dziecko; słaby i silny jednocześnie. Siewcy nazwali swojego wroga… Obojętni. I odeszli z wszechświata, by powrócić, gdy nadejdzie czas głównej bitwy, gdy na planetach wyrosną ziarna życia…
Terry zamilkła, patrząc w pustkę. Lans powiedział cicho:
– Księżniczka weszła w trans, żeby przypomnieć sobie bajkę dosłownie. Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że też słyszałem coś takiego dzieciństwie. Szkoda, że nie umiem tak panować nad swoją pamięcią.
Ostrożnie pogładziłem Terry po policzku. Drgnęła i odwróciła się do mnie.
– Taka to właśnie bajeczka, Sierioża.
4. Znowu Tar
Na orbicie Tara powitała nas eskorta składająca się z dziesięciu statków. Włączyliśmy holosześcian i mogliśmy obserwować, jak statki konwojujące tworzą wokół nas półkole.
– Terry, jesteś pewna, że na Tarze będą zadowoleni z naszego powrotu? – zapytałem.
Księżniczka popatrzyła na mnie z roztargnieniem.
– Regent zapewnia, że Tar pozostał wierny. Muszę tylko dowieść, że jestem księżniczką Tar, która znikła dwieście lat temu. Innych pretendentów nie ma.
– A regent?
– On nie należy do domu imperatorskiego. Nie ma nikogo, kto mógłby pretendować do tronu… prócz mnie.
– Cóż… – objąłem ją. – W takim razie… Terry!
W oczach księżniczki zobaczyłem strach. Dobrze ukrywany, ale dość długo byliśmy razem, by nauczyć się rozumieć swoje emocje.
– Boisz się?
– Tak.
Przez głowę przemknęła mi szalona myśl. Omal nie odskoczyłem od Terry. Siewcy mogli przecież stworzyć sobowtóra… Jeśli Terry… Zacisnąłem zęby. Nie wolno tak myśleć. Obok mnie stoi Terry Tar, moja księżniczka, moja żona.
– Siergiej, to ja – powiedziała cicho księżniczka. – Słowo honoru. Przynajmniej ty we mnie wierzysz?
Skinąłem głową.
– Widzisz, sprawdzanie odbywa się zgodnie ze starożytnym rytuałem z czasów, gdy jeszcze nie było identyfikacji genetycznej. Do badania pretendenta wykorzystuje się zestaw antygenów… tak zwany A-siedem.
– Co to takiego?
– Każdy imperator Tara oddaje do laboratorium medycznego krew, z której wyodrębnia się kilka kompleksów antygenowych, przekazywanych dziedzicznie. Jeśli ten odczynnik zaszczepi się dzieciom imperatora, nic się nie stanie. Za to człowiek obcej krwi umrze w męczarniach. Wprowadzą mi antygeny siedmiu ostatnich imperatorów Tara, ojca, dziadka, pradziadka…
– I co z tego? – Nadal nic nie zrozumiałem. – Przecież jesteś prawowitą córką!
– Swojego ojca jestem pewna… prawie. – Terry przygryzła wargę. – Ale jeśli chodzi o pozostałych… Czy ziemscy królowie i królowe zawsze dochowywali sobie wierności?
– Nie bardziej niż zwykli ludzie – wyszeptałem. – Więc w tym rzecz… Co za bzdura! Nie można cię karać za zdradę twoich przodków!