Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Lord z planety Ziemia
Lord z planety Ziemia - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Lord z planety Ziemia

Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:

Były żołnierz wyrusza w galaktyczną wyprawę w nieznany świat. I staje do pojedynku o władzę nad planetą, na której nikt nie wie o istnieniu Ziemi – dobrze ukrytej przed wzrokiem innych przez wszechpotężną rasę. Żeby wrócić na Ziemię, Siergiej musi ją najpierw odnaleźć. Ale naszej planety szuka także ktoś, kto chce ją zniszczyć…
1 ... 99 100 101 102 103 104 105 106 107 ... 135
Перейти на страницу:

– Obojętni – powiedziałem.

– Słucham?

– Kim oni są? Nie na darmo pan o nich wspomniał, Maccord. Niech pan coś o nich powie.

– Nie mogę, ponieważ sam nic nie wiem. Istnieje wersja dość logicznie wyjaśniająca wszystkie zagadki. Jakaś struktura w społeczeństwie Fangów, a może nawet… – zawahał się.

– A może nawet w ludzkim – dokończyłem twardo. – Struktura pod umowną nazwą Obojętni. Sami nie walczą, ale pchają do walki Fangów i ludzi. A może Obojętni istnieją poza naszymi cywilizacjami? Może to inna rasa, pragnąca zniszczyć konkurentów?

– Może. Brak danych, Siergiej. Na ludzi nie oddziałują… sprawdzaliśmy, szukaliśmy śladów obcej ingerencji. I nie mam pojęcia, jak mieliby zmusić do walki Fangów.

– Zadawaliście to pytanie ambasadorom Fangów?

– Oczywiście. Otrzymaliśmy typową odpowiedź: „Znamy nazwę Obojętni, ale nie stykaliśmy się z nimi”. Pytani, czy ktoś ich zmusza do wojny z ludźmi, Fangowie zdecydowanie zaprzeczyli.

Poczułem, jak drgnęła dłoń Terry. Księżniczka chciała coś powiedzieć, ale się rozmyśliła. Słusznie. Skoro Maccord nie chce grać w otwarte karty, my również nie jesteśmy do tego zobowiązani.

– Komandorze Maccord – odezwał się nieoczekiwanie Lans. – Z warunków mojego kontraktu z projektem „Siewcy” wynika, że mam prawo odejść w każdej chwili. Proszę przyjąć moje podanie o odejście.

Wyciągnął kieszeni pomiętą kartkę, która na naszych oczach wyprostowała się, przybierając całkiem porządny wygląd.

Rajmund w zadumie popatrzył na Lansa, potem na księżniczkę.

– Zdaje pan sobie sprawę, że ogłoszono gotowość drugiego stopnia, poruczniku? Stan przedbitewny. Nie mogę spełnić pańskiego żądania.

– Nawet na prośbę rządu sojuszniczej planety? – spytała cicho Terry. Lans uśmiechnął się przepraszająco.

– Nawet na pani prośbę… Ale proponuję wariant kompromisowy. Lans, chce pan zerwać z nami wszelkie stosunki, czy po prostu pragnie pan podążyć za swoimi władcami?

– Za swoimi przyjaciółmi – poprawił cicho Lans, patrząc na mnie. Skinąłem głową. – Projektowi „Siewcy” służyłem uczciwie… teraz mam inne obowiązki.

– Dobrze pan pracował, poruczniku. Dwanaście operacji bojowych, trzy pochwały… To przecież pańska grupa zlikwidowała desant Fangów na Antaresie 7.

– Tak.

– Poruczniku, zgadza się pan na bezterminowy urlop? Formalnie pozostanie pan naszym współpracownikiem, w praktyce nie będzie pan musiał słuchać rozkazów. Nikt nie będzie miał prawa odwołać pana z urlopu.

– Dobrze – powiedział po chwili zastanowienia Lans.

– Życzę udanego odpoczynku. – Maccord uśmiechnął się i położył papier na przezroczystym blacie biurka. Kartka zapadła się w szkło i znikła. – Nie chciałbym tracić takich ludzi jak pan tuż przed rozpoczęciem wojny.

– A wojna jest nieunikniona – powiedziałem jakby wbrew sobie. – Nie ma żadnej nadziei?

Maccord pokręcił głową.

– Może pan liczyć na jakieś trzy tygodnie pokoju, Siergiej. Względnego pokoju. Najlepiej niech pan pozostanie na Tarze… jeśli pan chce.

Zamilkł, spojrzał na Terry i kontynuował:

– Przecież mógłbym odesłać was w przeszłość. Do XX wieku. Żylibyście sobie na Ziemi albo w chronokolonii. Tylko nie afiszujcie się ze swoim istnieniem, bo o ile wiem, zniknęliście z przeszłości. Przyjmijcie inne imiona, zapomnijcie o Fangach…

– Nie! – odpowiedzieliśmy chórem.

Westchnąłem.

– Maccord, czy pan wie, co to znaczy żyć w przeszłości? Nie mam na myśli warunków życia, chronokolonie są doskonale rozwinięte. Czy pan wie, co to znaczy żyć w czasie, który już się dokonał? Żyć ze świadomością, że dla prawdziwego świata, dla przyszłości już jestem martwy? Że nic nie mogę, nie mam prawa nic zrobić? Nic wybitnego, zauważalnego, nic prawdziwego? Wolno panu to nazwać zarozumialstwem, ale od takich myśli można zwariować. Uciekliśmy z XX wieku właśnie dlatego, że uczyniliście go przeszłością.

Maccord pokiwał głową.

– Rozumiem. Propozycja była nie na miejscu. Cóż, dostaniecie statek, który zawiezie was na Tara. Ale najpierw skanowanie, Siergiej.

– Ja i Lans chcemy być przy tym obecni – powiedziała szybko księżniczka. – Orientuję się w technologii tego procesu i zadbam, żeby był jednostronny.

– Jak pani sobie życzy, księżniczko. – Maccord wzruszył ramionami. – Nie mamy zamiaru umieszczać w mózgu Siergieja fałszywej pamięci ani psychokodów. Mnie interesuje tylko to, co się wydarzyło na Somacie.

Ciemny granat nieba. Żółte słońce wyłania się zza horyzontu, białe pełznie do zenitu. Somat.

Piasek przede mną jest biały aż do zniszczonego domu. Tam już tylko czerń, żużel, popiół, sadza. Zakamuflowane białe roboty są świetnie widoczne, jak cele na strzelnicy.

Ja też jestem takim celem. Wokół drży tęczowa mgiełka pola siłowego, wyginając się pod promieniami laserów. Pewnie roboty używają również destruktorów, dostrojonych do tkanki nerwowej. Ale promień destruktora jest niewidoczny.

Białe figury robotów są nieruchome, nie próbują się uchylić. Obcy jest im instynkt samozachowawczy, a zadanie brzmi – zniszczyć mnie. Chwytam je w okienko celownika, płonie podczerwony punkt – cel został namierzony… i mój destruktor wymierza w przeciwnika promień dostrojony do tkanek pseudomózgu. Nie wiem właściwie, w którym momencie robot nie wytrzymuje naporu, bo zewnętrznie nic się nie zmienia. Gasną tylko świecące punkty laserów w otworach strzelniczych… O, a ten wyraźnie oszalał. Kręci się w miejscu, jego laser tnie inne roboty. Te na chwilę odrywają się ode mnie i w zgodnej akcji niszczą oszalałego współbrata. Doskonale. Mój generator pola długo nie wytrzyma, ale będę walczył. Ilu zdążę zniszczyć, nim pęknie bańka mydlana ochrony? Ciekawe…

Cisza. Słychać tylko brzęczyk bloku energetycznego, prawie wyczerpanego. Pole wokół gaśnie. Ale laserowe igły już znikły, tylko na siatkówce oka zachowały się jeszcze oślepiające kreski promieni. Patrzenie na płomień spawarki elektrycznej oraz na lasery bojowe szkodzi na wzrok… Mrużę oczy – w ciemności płoną ogniste strzały… Splatają się, układają w nieznane litery. Znowu patrzę na swój dom, na swój były dom. Roboty tkwią wokół niego jak potworne rzeźby. Udają? Po co, przecież moja ochrona znikła… Czy mimo wszystko je załatwiłem?

Destruktor też jest wyczerpany. Wyciągam pistolet – żałosna broń przeciwko opancerzonym potworom – i powoli idę w stronę domu.

1 ... 99 100 101 102 103 104 105 106 107 ... 135
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)