Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl]
Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl]

Электронная книга - «Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl]». Краткое содержание книги:

Środowisko Galaktyczne XXI wieku, zamieszkiwane przez uporządkowane i pokojowe międzygwiezdne społeczeństwo, nie było stosownym miejscem dla nieuleczalnych awanturników, ukrytych psychotyków czy bezwzględnych oszustów. Tak więc gdy na Ziemi odkryto jednokierunkowy tunel czasowy prowadzący w przeszłość odległą o sześć milionów lat, niedostosowani społecznie — zgłodniali przygód, romantyki nieznanego ludzie — zapragnęli życia wolnego od dławiących praw Środowiska. Każdy z nich poszukiwał szczęścia takiego, jakie sobie wyobrażał. Ale kto mógłby przewidzieć, co ich tam czeka
1 ... 103 104 105 106 107 108 109 110 111 ... 116
Перейти на страницу:

— Jeśli przybędą jutro przed świtem, możemy jeszcze przypuścić atak według drugiego wariantu.

— Jeśli przybędą. Czy zastanawiałaś się nad problemem nawigacji? Najpierw Ryszard musi przylecieć do Ukrytych Źródeł. Ale jak ma je znaleźć? Na pewo te malutkie dolinki górskie muszą wyglądać z powietrza bardzo podobnie, a naszą ukryśliśmy z powodu Polowania. Ryszard nie zdoła odróżnić naszego kanionu nawet w świetle dziennym, jeśli nadleci na dużej wysokości, a nie odważy się nas poszukiwać z niskiego pułapu, bo mógłby go zauważyć nieprzyjaciel.

Amerie odpowiedziała cierpliwie:

— Madame ukryje statek myślowo, to rzecz oczywista. Uspokój się! To zadręczanie się szkodzi twojemu zdrowiu. O, pogłaszcz kotka. To bardzo uspokaja. Gdy głaszczesz futro, generujesz jony ujemne.

— Ah so desu ka?

— Należy przypuszczać, że w lataczu jest noktowizor na podczerwień do nocnych lotów, tak jak w naszych kapsułach XXII wieku. Nawet jeśli nie będzie tu żadnego z naszych wojowników, w Ukrytych Źródłach pozostanie ponad trzydzieści ciepłych ciał ludzkich. Ryszard nas wyniucha.

Stary Kawai wciągnął powietrze. Nowa, okropna myśl przeleciała mu przez głowę.

— Metapsychiczna osłona samolotu! Jeśli jego objętość przekracza dziesięć metrów sześciennych, Madame nie zdoła uczynić go niewidocznym! Może go tylko jakoś zamaskować i mieć nadzieję, że Tanowie nie zogniskują na nim zbyt dokładnie swych zdolności postrzegania. A co będzie, jeśli maszyna okaże się tak duża, że zdolności Madame nie wystarczą na okrycie jej wiarygodnym złudzeniem?

— Coś wymyśli.

— To okropnie niebezpieczne. — Jęknął. Kotek — obdarzył go tęsknym spojrzeniem w zamian za kilka nerwowych klepnięć starczej ręki. — Latające Polowanie może wykryć samolot nawet na postoju tutaj! Wystarczy, że Velteyn obniży lot, by przyjrzeć się dokładniej moim kiepskim siatkom maskującym. One są wprost nędzne.

— Do maskowania w nocy wystarczą. Velteyn, dzięki Bogu, nie zna podczerwieni. A obecnie nie lata tak daleko na zachód. A w ogóle przestań gderać! Wpędzisz się w anewryzm serca. Gdzie twoje jirikf!

— Jestem głupim, bezużytecznym starcem. Gdybym umiał się rządzić doktryną Zen, to przede wszystkim mnie by tu nie było… Siatki… Jeśli zawiodą, to będzie tylko moja wina! Moja hańba!

Amerie westchnęła zirytowana. Wepchnęła mu kotka w ręce.

— Zabierz Deej do domku Madame i daj jej resztki ryby. A później weź ją na kolana, zamknij oczy, głaszcz ją i pomyśl o tych wszystkich ślicznych trójwymiarowych telewizorach, które spływały z twej taśmy montażowej w Osace.

Starzec zachichotał.

— Zamiast liczyć barany? Yatte mimasu! A swoją drogą, może mnie to uspokoi. Zgadza się, że jeszcze jest czas na przypuszczenie ataku… Chodź, koteczko. Podzielisz się ze mną twymi cennymi jonami ujemnymi. — Powlókł się do domku, ale po paru krokach odwrócił się, by powiedzieć z chytrym uśmieszkiem: — Niemniej występuje tu pewna sprzeczność. Wybacz mi popisywanie się znajomością przestarzałej technologii, Ameriesan, ale nawet najnędzniejszy elektronik wie, iż jest zupełnie niemożliwe, by jony ujemne były kotjonami!

— Zmywaj się stąd, Stary!

Chichocząc znikł w drzwiach domku.

Amerie poszła wzdłuż kanionu koło chatek i domków. Kiwała głową i machała ręką do garstki osób, które jak ona nie mogły się powstrzymać od obserwowania nieba w oczekiwaniu i modlitwie. Ostatni zdolni do walki mężczyźni i kobiety wymaszerowali pod dowództwem Uwego trzy dni temu, lecz optymalny dla dwudniowego ataku termin nadszedł i minął. Ale ciągle jeszcze było dość czasu na jednodniowy. Być może jutro o świcie po raz pierwszy w świecie Wygnania przedstawciele ludzkości zjednoczą się, by rzucić wyzwanie swym ciemiężcom.

— O Boże, niech się tak stanie! Niech Madame i pozostali zjawią się tu na czas!

Słońce było coraz niżej, powietrze stawało się chłodniejsze. Wkrótce prądy termiczne, pionowe kominy ogrzanego powietrza, znikną zupełnie i żeglujące drapieżniki będą musiały wracać na ziemię. Amerie przyszła do swego prywatnego kącika: miejsca z niskim, ale rozłożystym jałowcem i położyła się twarzą ku niebu, by się pomodlić. Jakiż to był cudowny miesiąc! Jej ramię szybko się zrosło, a ludzie… Ach Boże, jakże była głupia, kiedy myślała, żeby zostać pustelnicą. Ludność Ukrytych Źródeł i inni banici z Motłochu w całej okolicy potrzebowali jej jako lekarza, doradcy i przyjaciela. Wśród nich pracowała zgodnie ze swym powołaniem. I cóż się stało z tym starym przymusem ukarania samej siebie ucieczką do przystani samotnej pokuty? Tutaj przecież może służyć Bogu, kontemplować w ciszy lasu, a gdy ludzie jej potrzebują, jest obecna, by pomagać.

A On jest wśród nich. Było to spełnieniem jej marzeń, choć w innej formie. Teraz modliła się już w języku żywych.

Do Pana się uciekam; dlaczego mi mówicie: «Niby ptak uleć na górę!»
Bo oto grzesznicy łuk napinają, kładą strzałę na cięciwę, by w mroku razić prawych sercem.
Gdy walą się fundamenty, cóż może zdziałać sprawiedliwy?
Pan w świętym swoim przybytku, Pan ma tron swój na niebiosach.
Oczy Jego patrzą, powieki Jego badają synów ludzkich.
Pan bada sprawiedliwego i występnego, nie cierpi Jego dusza tego, kto kocha nieprawość…
On sprawi, że węgle ogniste i siarka będą padać na grzeszników…[4]

Orłosęp odleciał do swej kryjówki wśród turni, a orły do gniazd na drzewach godzinę przed zachodem słońca. Kanie rozleciały się w różne strony, by zaspokoić głód owadami, i wreszcie znikły nawet myszołowy, zdumione pewnie, co je skłoniło do tracenia czasu w daremnej nadziei uczestnictwa w uczcie wielkiego przybysza. Pozostał on jeden; krążył samotnie w górnych rejonach, zupełnie lekceważąc fakt, że prądy wstępujące zanikły.

Amerie zaś obserwowała go leżąc koło jałowca, obserwowała daleką plamkę niezmordowanie krążącą, która najpierw zwabiła, a później rozczarowała pozostałe ptaki. Ptak o nieruchomych skrzydłach.

Z bijącym sercem zerwała się na nogi i pobiegła w głąb kanionu, by zwołać wszystkich mieszkańców wioski.

— Cofnąć się! — ktoś krzyknął. — Na litość boską, nie dotykać, póki pole nie jest wyłączone!

Wydawało się, że olbrzymi stwór, ciągle jeszcze lekko połyskujący purpurą, wypełnia niższy koniec kanionu. Opadł nad ziemią, gdy tylko niebo stało się całkiem ciemne, z szybkością o włos przydźwiękową; pędził przed sobą falę uderzeniową silną jak huragan, która poszarpała strzechy domów i rozpędziła gęsi biednego starego Peppina jak wichura suche liście. Zatrzymał się nieruchomo nie wyżej niż dwa metry nad czubkami najwyższych drzew, z opadającym dziobem, jaskółczymi skrzydłami i wachlarzowatym ogonem, okrytymi pełzającą siatką prawie niewidzialnego ognia. Stary Kawai, już całkiem opanowany, lakoniczny i sprawny, posłał kilku młodzików po mokre worki, a pozostałym mieszkańcom wioski polecił przygotować zwoje siatki maskującej.

Wszyscy patrzyli pełni lęku, jak wiszący w powietrzu olbrzymi ptak złożył wielkie skrzydła wzdłuż trzydziestometrowego kadłuba i ostrożnie opuścił się jeszcze niżej. Wepchnął się skośnie między dwa wysokie świerki, gdzie prawie nie było poszycia, zachwiał się tuż nad ziemią i na koniec oparł na swych długich nogach. Rozległ się głośny syk, kilka krzaków się zatliło, a u stóp podwozia latającej maszyny wzbiły się spirale dymu. Powłoka samolotu przybrała odcień matowej czerni.

вернуться

4

Psalm ll, l-6a (źródło: Biblia Tysiąclecia).

1 ... 103 104 105 106 107 108 109 110 111 ... 116
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)