Wielkie Polowanie
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #2
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karlowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Wielkie Polowanie». Краткое содержание книги:
— Planujesz coś, beze mnie, coś co sprowadzi twą śmierć?
— W tej chwili rada jestem, że nie ma żadnego stawu w tym pokoju — wymruczała, za chwilę jednak uniosła dłonie, gdy zesztywniał urażony lekkim tonem głosu. — Każdego dnia spoglądam w oczy swej śmierci, podobnie zresztą i ty. Jak mogłoby być inaczej, biorąc pod uwagę zadanie, któremu poświęciliśmy te ostatnie lata? Teraz jednak, kiedy wszystko zmierza do rozstrzygnięcia, możliwość ostatecznej porażki staje się również coraz bardziej realna.
Przez chwilę przyglądał się uważnie swoim dłoniom, wielkim i kanciastym.
— Zawsze przypuszczałem — powiedział powoli — że to ja pierwszy zginę. Jakoś, nawet w najgorszych chwilach, nigdy nie wydawało się...
Znienacka gwałtownym ruchem zatarł ręce.
— Jeśli więc istnieje możliwość, że zostanę przekazany komuś jak rozpieszczony salonowy piesek, to chciałbym chociaż wiedzieć, komu zostanę przekazany?
— Nigdy nie uważałam cię za pieska — powiedziała ostro Moiraine. — Myrelle również nie.
— Myrelle. — Skrzywił się. — Powinna być już Zieloną, albo czymś w tym rodzaju. Młodziutka dziewczynka zaledwie podniesiona do godności pełnej siostry.
— Jeśli Myrelle potrafi dać sobie radę ze swymi trzema Gaidinami, prawdopodobnie również podoła tobie. Mimo iż zapewne chciałaby cię zatrzymać, obiecała, że przekaże twoje zobowiązania innej, kiedy tylko znajdzie siostrę bardziej dla ciebie stosowną.
— Tak... Nie piesek, lecz paczka. Z Myrelle w roli doręczyciela! A Moiraine, która wszak nie jest przecież Zieloną, traktuje swego Strażnika w ten sposób. Od czterystu lat żadna Aes Sedai nie przekazała zobowiązań swego Strażnika innej, a ty chcesz zrobić mi to nie jeden raz, lecz dwukrotnie.
— To już się stało i nie mam zamiaru tego odwracać.
— Niech mnie Światłość oślepi, jeśli ma zamiar pozwolić, by przekazywano mnie z ręki do ręki. Masz choćby jakieś pojęcie co do tego, w czyich rękach skończę?
— To co zrobiłam, zrobiłam dla twego własnego dobra, a pewnie dla dobra innych również. Wszak może się okazać, że Myrelle przekona się, iż młodziutka dziewczynka zaledwie podniesiona do godności pełnej siostry, tak to powiedziałeś, nieprawdaż, potrzebuje Strażnika zahartowanego w walce i mądrego w sprawach tego świata, że młodziutka dziewczynka może potrzebować kogoś, kto wrzuci ją do stawu. Masz wiele do zaoferowania, Lan, toteż widzieć, jak to wszystko marnuje się w nie oznakowanym grobie, porzucać to dla kruków, podczas gdy mogłoby przypaść kobiecie potrzebującej tego, byłoby czymś o wiele gorszym niż grzech, o którym tyle plotą Białe Płaszcze. Tak, myślę, że okażesz się jej przydatny.
Oczy Lana rozszerzyły się nieznacznie, w jego przypadku oznaczało to to samo, co u innego człowieka spojrzenie pełnego wstrząsu niedowierzania. Rzadko widziała go tak wytrąconego z równowagi. Dwukrotnie otworzył usta, zanim przemówił:
— A kogóż masz na myśli, jeśli chodzi o...
Przerwała mu.
— Jesteś pewien, że smycz nie ociera szyi, Lan Gaidin? Dopiero teraz, po raz pierwszy zdajesz sobie sprawę z siły zobowiązań, z ich głębi. Mógłbyś skończyć z jakąś dobrze zapowiadającą się Białą, sama logika i kompletny brak serca, albo z Brązową, która widziałaby w tobie jedynie parę dłoni do przenoszenia jej ksiąg i szkiców. Mogę przekazać cię, komu mi się żywnie spodoba, jak paczkę, albo salonowego pieska, a ty będziesz musiał na to przystać. Pewien jesteś, że smycz nie ociera szyi?
— I po to było to wszystko? — Zazgrzytał zębami. Jego oczy płonęły jak niebieskie ognie, usta zacisnęły się w niewidoczną niemal kreskę. Po raz pierwszy widziała, jak zupełnie nie tłumiony gniew wytrawia mu twarz. — Cała ta rozmowa, to tylko sprawdzian. Sprawdzian! Aby zobaczyć, czy potrafisz zacisnąć mi smycz? Po tych wszystkich latach`? Od czasu, kiedy ci ślubowałem, jechałem tam, gdzie chciałaś, nawet jeśli uważałem to za głupie, nawet jeśli istniały racje, by udać się gdzie indziej. Nigdy nie musiałaś powoływać się na me zobowiązania. Na jedno twe słowo, patrzyłem spokojnie, jak wędrujesz prosto w środek niebezpieczeństwa i trzymałem ręce przy sobie, choć niczego nie pragnąłem bardziej, niż wyciągnąć miecz i wyciąć ci drogę w tłumie wrogów. I po tym wszystkim ty jeszcze mnie sprawdzasz?
— Nie sprawdzam cię, Lan. Mówię wprost, bez żadnych głębszych intencji, że zrobiłam, co powiedziałam. Jednak w Fal Dara zaczęłam się zastanawiać, czy całkowicie jesteś ze mną.
Ostrożność rozbłysła w jego oczach.
„Lan, wybacz mi. Nie chciałam kruszyć murów, którymi otoczyłeś się tak ściśle, ale muszę wiedzieć”.
— Dlaczego zrobiłeś to, co zrobiłeś z Randem?
Zamrugał, to było zupełne zaskoczenie. Wiedziała, czego się teraz spodziewa i nie miała zamiaru tracić okazji, gdy wytrącony był z równowagi.
— Kiedy przyprowadziłeś go do Amyrlin, przemawiał, zachowywał się jak lord Pogranicza i urodzony żołnierz. Było to zgodne z tym, co dla niego zaplanowałam, ale nigdy przecież nie rozmawialiśmy ze sobą o nauczeniu go takich manier. Dlaczego, Lan?
— Wydawało się to... słuszne. Młody wilczarz musi kiedyś spotkać swego pierwszego wilka. Jeśli jednak wilk będzie widział w nim szczeniaka, jeśli zachowywać się będzie jak szczeniak, wówczas z pewnością wilk go zabije. Wilczarz musi być wilczarzem, przede wszystkim w oczach wilka, jeśli ma przeżyć.
— Tak właśnie widzisz Aes Sedai? Amyrlin? Mnie? Sfora wilków ścigająca twego młodego wilczarza? — Lan potrząsnał głową. — Wiesz, kim on jest, Lan. Wiesz, kim musi się stać. Musi. Pracowałam na to od dnia, kiedy się spotkaliśmy i jeszcze wcześniej. Teraz wątpisz w to, co zrobiłam?
— Nie. Nie, ale... — Skrywał się, na powrót budując swe mury. Ale wciąż jeszcze były w nich szczeliny. — Sama powiadałaś, że ta’veren wciągają otaczających ich ludzi, jak wir wodny połyka słomki. Zapewne ja również zostałem wciągnięty. Czułem tylko, że tak będzie słusznie. Ci wiejscy chłopcy potrzebują kogoś, kto będzie stał po ich stronie, Moiraine. Przynajmniej Rand potrzebuje. Wierzę w to, co robisz, nawet teraz, kiedy nie znam nawet połowy twych uczynków, wierzę tak, jak wierzę w ciebie. Nie prosiłem o zwolnienie mnie ze zobowiązań i nie poproszę. Jakiekolwiek są twoje plany, odnośnie do twego umierania i mojego bezpieczeństwa, odprawienia mnie, szczęśliwy będę, widząc jak żyjesz a wszelkie plany obracają się w nicość.
— Ta’veren — westchnęła Moiraine. — Być może to było to. Miast postępować ostrożnie, niczym ze źdźbłem, które należy delikatnie pokierować w dół strumienia, usiłuję przeprowadzić kłodę przez katarakty. Za każdym razem, gdy ją popycham, ona odpycha mnie, a im dłużej to wszystko trwa, tym staje się większa. A jednak muszę wytrwać do końca.
Roześmiała się cicho.
— Nie będę bardzo nieszczęśliwa, stary przyjacielu, jeśli uda ci się wypaczyć moje plany. Teraz jednak proszę, zostaw mnie. Muszę pomyśleć w samotności.
Wahał się jedynie przez moment, potem odwrócił i poszedł w kierunku drzwi. W ostatniej chwili zrozumiała, że musi zadać mu jeszcze jedno pytanie.
— Czy kiedykolwiek marzyłeś o czymś innym, Lan?
— Wszyscy ludzie marzą. Ale znam marzenia wyczerpujące się wyłącznie w samych sobie. To — dotknął rękojeści miecza — jest rzeczywistość.
Mury wyrosły na powrót, równie wysokie i mocne jak przedtem.
Kiedy wyszedł, Moiraine siedziała przez chwilę wtulona w oparcie krzesła, wpatrując się w ogień. Myślała o Nynaeve i szczelinach w murze. Bez specjalnych usiłowań, nie myśląc nawet, co czyni, ta młoda kobieta spowodowała, że mury popękały a w ich szczelinach wyrosło pnącze. Lan uważał, iż jest bezpieczny, zamknięty w swej fortecy przez los i własne pragnienia, ale powoli, cierpliwie pnącza rozsadzały mur, odsłaniając ukrytego wewnątrz człowieka. Już teraz zaczął dochowywać jej lojalności — na początku pozostawał zupełnie obojętny wobec ludzi z Pola Emonda, wyjąwszy tych, którymi interesowała się Moiraine. Nynaeve zmieniła to, podobnie jak zmieniła samego Lana.