Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
– Na to może być za późno. – Deanie wymknęły się te słowa, nim zdążyła ugryźć się w język.
Twarz królowej niewolników skamieniała. Tylko oczy błysnęły jej spod opuszczonych rzęs.
– To kolejna wieść od truciciela?
– Nie. To wieść z północy. Od kogoś, kto wyrósł, mając Meekhańczyków za sąsiadów, którzy jeśli wyznaczą sobie cel, dążą do niego i już. Moja matka poświęciła oczy, by być z ukochanym mężczyzną. Nie spałabym spokojnie, gdybym miała kogoś takiego za wroga.
– Zgadzam się. – Demenaya ledwo dostrzegalnie skinęła głową. – Białe Konoweryn popełniło błąd, gdy chciwość zaślepiła naszą arystokrację i kazała jej kupować tanich meekhańskich niewolników. – Zawahała się. – Chciałabym… żebyś przekazała wieść do pałacu. Od Królowej Niewolników. Powiedz księciu albo trucicielowi, że Ród Trzciny wycofał większość swoich szpiegów z plantacji w południowej części kraju. Niemalże wszystkich. Oraz że Bawoły opróżniły większość garnizonów w tamtym rejonie. Nie wiem, gdzie podziali się ci wojownicy. I jedni, i drudzy Wynoszą więcej auwinih i amrih, niż pozwala na to prawo. Wiem, że dwór ma szpiegów w mojej Świątyni, i podrzuciłam im te informacje, ale jeśli książę o tym nie wie, to znaczy, że ci ludzie służą dwóm panom, a ja nie mam innego sposobu, by szybko go zawiadomić. Zgodzisz się?
Deana przygryzła wargę.
– Buntu, który może wybuchnąć – Demenaya zdawała się przenikać wzrokiem przez jej ekchaar – wszyscy się obawiają. Ale nikt nie robi nic, by mu zapobiec. Wszyscy czekają, nie wiadomo na co… Książę powinien jak najszybciej nadać niewolnikom większe prawa i jednocześnie wysłać Słowiki na prowincję. A także, być może, wezwać af’gemidów Bawołów i Trzcin, by zjawili się w mieście i wytłumaczyli swoje postępowanie. Musi to zrobić szybko. Zbliżają się Targi Kwiatów.
– Co to?
– Co kilka lat właściciele z najdalej na południe wysuniętych plantacji wyprzedają nadmiar dzieci. Za cenę zdrowej krowy można kupić dziesięcioro niewolniczych dzieci. – Spojrzenie królowej stało się nieobecne, głos ścichł do ochrypłego szeptu. – Kopalnie złota w Kambehii i innych księstewkach przyjmą ich każdą liczbę.
Czarnoskóra kobieta nalała sobie wina i pociągnęła długi łyk.
– Znasz Meekhańczyków, czy pozwolą sprzedać swoje dzieci?
Deana pokazała jej zaciśnięte pięści.
– Więc widzisz. Książę może i ma swoje obowiązki, może i stadko rozpłodowych samic czeka na niego z niecierpliwością, ale jeśli nie zacznie działać… Do cholery, może i jest ślepy, ale niech nie zachowuje się jak ułomny na umyśle. Przekażesz wieść?
Westchnęła. Nie tego się spodziewała, gdy wychodziła dziś na wycieczkę do miasta. Pajęcza nić miejscowych intryg w końcu ją dosięgła. Tylko że nie miała zamiaru spotykać się z Suchim, a na myśl o Laweneresie coś stawało jej gulą w gardle.
– Niczego ci nie obiecam, póki nie powiesz mi, gdzie jedziemy.
Demenaya uśmiechnęła się tajemniczo.
– Nie chcę ci psuć niespodzianki. Ale zdziwisz się, zapewniam.
Rozdział 10
Czekali na nich. Trzy kobiety i mężczyzna. Kobiety były młodsze, niż Altsin się spodziewał, mniej więcej w jego wieku, za to mężczyzna mógł być dziadkiem ich wszystkich. Złodziej od razu poczuł się ustawiony na właściwym miejscu, bo ta czwórka zignorowała go zgodnie, jakby był zjawą utkaną z mgły przez przypadkowy podmuch wiatru, poświęciła za to całą uwagę jego towarzyszce.
Doszło do wymiany zdań, ostrych, szybkich sztychów utkanych ze słów, w narzeczu, którego Altsin nie znał, po czym ich gospodarze odwrócili się i ruszyli między drzewa. Zawahał się, ale starcza dłoń pchnęła go w ramię.
– Idziemy. Lepiej się nie zgub. Wola Ouma wolą Ouma, ale strzały w tych lasach bardzo nisko latają.
Ruszył ścieżką wijąca się między drzewami, tunelem pełnym tańczących cieni i plam światła. Stawiał stopy ostrożnie, omijając kamienie i przypominające paluchy olbrzymów korzenne wypustki, którymi drzewa wgryzały się w ziemię.
– O co byli źli? – zapytał, przechodząc nad kolejną przeszkodą.
– Że ci towarzyszę. – Wiedźma zajęła pozycję za jego plecami, co na chwilę przypomniało mu o sztylecie, który miała. – Łatwiej byłoby o wypadek, gdybym nie plątała im się pod nogami.
– Bo gdy wieloryb umiera, młode rekiny zaczynają szybciej pływać?
– Tak. Niektórzy z nich liczą, że gdybyś znikł, on… – Stara wiedźma zasapała się, zaklęła więc plugawo i zatrzymała się. – … on uwierzy, że jakoś uciekłeś z wyspy. A potem zapomni.
Złodziej też się zatrzymał i obejrzał. Kobieta stała pochylona, z jedną ręką wczepioną w korę najbliższego drzewa, i w tańczących po ścieżce cieniach wyglądała nie jak żywy człowiek, lecz jak część tego drzewa, jakiś dziwaczny odrost.
– Czasem zapomina – dodała cicho, patrząc mu prosto w oczy.
– Jest tak źle? – Co prawda uprzedziła go o wszystkim, ale nie sądził, że sprawy mają się aż tak kiepsko. Wizja spotkania z istotą o być może boskiej mocy, która nie kontroluje już nawet swojej pamięci, lekko nim wstrząsnęła. Oum miał być stary, może umierający, ale nie zdziadziały.
– Nie wiem. Gdy przyszłam tu pierwszy raz, sześćdziesiąt lat temu, większość czasu spał, budził się kilka razy do roku, by spojrzeć na nas i pobłogosławić. Pił z nas mało, ledwo co…
– Pił?
– Moc. Nie wiesz, jak pożywiają się bogowie? Piją Moc przez swoich wyznawców, czerpią ją z modlitw, skupienia, medytacji, z tego, jak ludzie koncentrują się na ich istocie. Im potężniejszy bóg, tym na większym obszarze są rozrzucone jego świątynie i tym więcej ma Mocy do dyspozycji.
Co napędza mu kolejnych wyznawców stawiających następne świątynie, to oczywiste, pomyślał. Dlatego bogowie, mimo że – jak Setren Byk na Północy czy Laal na Wschodzie – dominowali lokalnie, starali się też mieć wiernych w różnych zakątkach świata. Niczym kupcy, którzy inwestują w wiele przedsięwzięć naraz.
Najwyraźniej Oum tego zaniedbał.
– A teraz?
– Teraz wiele się zmieniło. Teraz Czarnymi Wiedźmami zostają kobiety, których głównymi atrybutami są młodość i zdrowie. Trzydzieści lat temu żadnej z nich nie przyjęłybyśmy w poczet Sług Drzewa. Za mało umieją, niewiele wiedzy i doświadczenia wnoszą do Doliny. Są zbyt ambitne i za łatwo zapominają o różnicy między panem a sługą.
– Więc jesteś Czarną Wiedźmą?
– Już nie. Zrzuciłam szaty po bitwie pod Kamaną. On… musiał wtedy czerpać Moc gwałtownie i dziko. Te, które wtedy mu służyły, kobiety w moim wieku lub starsze, zapłaciły wielką cenę. Ja przeżyłam tylko dlatego, że nie było mnie w Dolinie, brałam udział w bitwie, wypruwając flaki z nesbordzkich czarowników. Większość moich sióstr odeszła, umarła, wykrwawiając się do środka i na zewnątrz, więc zmieniłyśmy… – wydęła usta – … sposób naboru. Po tej bitwie, po ostatnim kameluuri, Oum zaczął czerpać Moc mniej delikatnie, bardziej niszczycielsko. Więc postanowiłyśmy wybierać do służby w Dolinie młode, zdrowe wiedźmy, takie, które wytrzymają co najmniej dziesięć lat, może więcej. Słyszałeś o czarownikach, którzy stracili kontrolę? No to wyobraź sobie, co dzieje się z ciałem, gdy staje się kanałem dla boga.
Wstrząsnęła nim.
– Awenderi?
– Nie, nie naczynie, tylko rurka, którą olbrzym pije wino. Bardzo wąska i krucha. Gdy budzi się z uśpienia, gdy potrzebuje Mocy, Oum sięga po nią przez swoje sługi. I część z nich płaci za to życiem. Czasami.