Ostatni szpieg Hitlera
- Автор: Сильва Дэниел
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Ostatni szpieg Hitlera». Краткое содержание книги:
– Dość już dostałeś, Martin – przemówił Neumann. – Dajmy temu spokój i wróćmy do środka.
Colville nie odpowiedział. Ruszył naprzód, osłonił się lewą ręką, a prawą wymierzył potężny cios, który wylądował na kości policzkowej Neumanna, rozrywając ciało. Niemiec miał wrażenie, że ktoś go zdzielił młotem. W głowie mu huczało, łzy napłynęły do oczu, nic nie widział. Potrząsnął głową, żeby oprzytomnieć, i przypomniał mu się Paryż: jak leżał w brudnej uliczce za kafejką, jego krew spływała rynsztokiem, a esesmani kopali go, okładali pięściami, kolbami od pistoletów, wszystkim, co im wpadło pod rękę.
Colville zadał kolejny morderczy cios. Neumann przykucnął, zrobił unik i wymierzył złośliwego kopniaka w jego prawe kolano. Colville zawył z bólu. Neumann błyskawicznie kopnął jeszcze trzy razy; Colville'a sparaliżowało. Neumann podejrzewał, że zmiażdżył mu rzepkę. Przeraził go także – Colville najwyraźniej nigdy jeszcze nie spotkał się z kimś walczącym tak jak on.
Uznał walkę za zakończoną i właśnie ruszał z powrotem do pubu, kiedy Colville przeniósł cały ciężar ciała na zdrową nogę i rzucił się na niego. Zaskoczony Neumann nie zdążył się uchylić. Colville runął nań i pchnął go na ścianę. Neumann miał wrażenie, że go przygniotła rozpędzona ciężarówka. Próbował złapać dech. Colville rąbnął go z całej siły głową pod brodę. Neumann przygryzł sobie język i poczuł w ustach krew.
Zanim Colville zdążył jeszcze raz rąbnąć, Neumann wymierzył mu kolanem cios w krocze. Colville zwinął się z bólu, jęcząc. Neumann znów podniósł kolano, tym razem trafił w twarz i złamał mu kość.
Pod Colville'em ugięły się kolana i opadł półprzytomny.
– Nie wstawaj, Martin – powiedział Neumann. – Jeśli wiesz, co dla ciebie dobre, to zostań tu, gdzie jesteś.
W tej samej chwili usłyszał pisk. Podniósł wzrok i zobaczył pędzącą ku nim Jenny.
Tej nocy Neumann nie mógł zasnąć. Zdrzemnął się na chwilę, ale ból go obudził. Teraz leżał bez ruchu, wsłuchany w uderzenia wiatru w bok domu. Z oddali dobiegał huk fal rozbijających się o brzeg. Nie wiedział, która jest godzina. Dźwignął się na łokciu i jęcząc z bólu sięgnął po zegarek, który leżał na szafce nocnej. Spojrzał na fosforyzujące wskazówki. Dochodziła północ.
Opadł na poduszkę i zapatrzył się w sufit. Bójka z Martinem Colville'em to fatalny błąd. Mógł wzbudzić podejrzenia i narazić na szwank całą operację. I zranił Jenny. Przed pubem darła się na niego i okładała go pięściami, wściekła, że skrzywdził jej ojca. Chciał dać łajdakowi nauczkę, tymczasem wszystko obróciło się przeciwko niemu. Teraz, leżąc w łóżku i wsłuchując się w nierówne podmuchy wiatru, zastanawiał się, czy nad całą operacją nie wisi fatum. Przypomniał sobie, co powiedziała Catherine w czasie ich spotkania na wrzosowiskach w Hampstead: „Coś się popsuło. Boję się, że mój kamuflaż długo nie wytrzyma". Przypomniał sobie rozkaz Vogla, żeby śledzić Catherine. I nie wiedział, które z nich – Vogel, Catherine czy on sam, a może wszyscy troje po kolei – już popełniło niewybaczalne błędy.
Neumann zbadał swoje obrażenia. Bolało go całe ciało. Posiniaczona, poobijana klatka piersiowa kłuła przy każdym oddechu, ale chyba żebra były całe. Język miał opuchnięty i przy każdym ruchu czuł rozcięcie. Podniósł rękę i dotknął policzka. Mary zrobiła, co mogła, żeby zasklepić ranę bez szwów – wizyta u lekarza w ogóle nie wchodziła w rachubę. Upewnił się, czy opatrunek się nie przesunął. Nawet to delikatne muśnięcie wystarczyło, żeby policzek zapulsował boleśnie.
Przymknął oczy i próbował zasnąć. Już przysypiał, kiedy na podeście za drzwiami usłyszał kroki. Instynktownie sięgnął po mauzera. Kolejne stąpnięcie, skrzypienie podłogi. Podniósł broń i wymierzył w drzwi. Odgłos naciskanej klamki.
Gdyby to była MI- 5 – pomyślał – na pewno nie zadawaliby sobie trudu, żeby się cicho zakradać do mojej sypialni. Ale jeśli to nie MI- 5 ani nie policja, to kto?
Drzwi się uchyliły i w szparze pojawiła się niewielka postać. W słabej smudze światła wpadającego z korytarza Neumann zobaczył Jenny Colville. Bezszelestnie odłożył mauzera na podłogę przy łóżku i szepnął:
– Co ty tu robisz?
– Przyszłam się upewnić, czy nic ci nie jest.
– Czy Sean i Mary wiedzą, że tu jesteś?
– Nie. Wślizgnęłam się bez pukania. – Usiadła na brzegu wąskiego łóżka. – Jak się czujesz?
– Bywało gorzej. Twój ojciec potrafi sprawić człowiekowi łomot. Ale ty o tym wiesz najlepiej.
W ciemnościach wyciągnęła rękę i musnęła jego twarz.
– Powinieneś pójść do lekarza. To rozcięcie na policzku wyglądało paskudnie.
– Mary świetnie się spisała. Jenny się uśmiechnęła.
– Nabrała wprawy przy Seanie. Mówiła, że za jego młodych lat sobota się dla niego nie liczyła, jeśli nie skończyła się solidną bójką w pubie.
– Jak się czuje twój ojciec? Chyba uderzyłem go o jeden raz za dużo.
– Wydobrzeje. Och, twarz wygląda paskudnie. Ale on nigdy nie był szczególnie przystojny.
– Przepraszam, Jenny. Zachowałem się idiotycznie. Powinienem się wykazać większym rozsądkiem. Po prostu zignorować go.
– Właściciel pubu mówił, że to ojciec zaczął. Zasłużył sobie na to. Zbierało mu się już od dawna.
– Już się na mnie nie gniewasz?
– Nie. Nikt jeszcze nie stanął w mojej obronie. Postąpiłeś jak bohater. Mój ojciec jest silny jak tur. Mógł cię zabić. – Zsunęła dłoń z jego twarzy i powiodła nią po torsie. – Gdzie się nauczyłeś tak bić?
– W wojsku.
– To było przerażające. Boże, ależ ty jesteś cały w bliznach.
– Prowadziłem nadzwyczaj bujne życie. Przysunęła się do niego.
– Kim jesteś, Jamesie Porterze? I co robisz w Hampton Sands?
– Zjawiłem się tu, żeby cię chronić.
– Jesteś moim rycerzem na białym koniu?
– Coś w tym rodzaju.
Jenny gwałtownie się wyprostowała i zdjęła przez głowę sweter.
– Jenny, co ty właściwie…
– Ciii, obudzisz Mary.
– Nie możesz tu zostać.
– Minęła północ. Chyba nie wygonisz mnie na dwór w taką szarugę?
Zanim zdążył odpowiedzieć, zdjęła kalosze i spodnie. Weszła do łóżka i wtuliła się w niego.
– Jeśli Mary cię tu zastanie, zabije mnie – powiedział Neumann.
– Przecież nie boisz się Mary?
– Z twoim ojcem sobie poradzę. Ale Mary to całkiem inna historia.
Pocałowała go w policzek.
– Dobranoc – powiedziała.
Po kilku minutach jej oddech się wyrównał. Neumann przytulił głowę do jej policzka i po chwili on również zasnął.
Rozdział trzeci
Berlin
Lancastery nadleciały o drugiej nad ranem. Vogel, który drzemał na połówce w gabinecie, wstał i podszedł do okna. Berlin drżał pod uderzeniami bomb. Rozchylił zasłony i wyjrzał. Samochód jeszcze stał – duży czarny wóz, zaparkowany po drugiej stronie ulicy. Tkwił tam od ubiegłego popołudnia. Vogel wiedział, że siedzi w nim co najmniej trzech mężczyzn. Wiedział też, że silnik pracuje, bo z rury wydechowej unosił się obłok dymu marznący w zimnym powietrzu. Dusza profesjonalisty burzyła się w nim na widok takiej partackiej roboty. Palić, chociaż się wie, że papieros będzie się żarzył w ciemnościach. Włączyć silnik, żeby nie zmarznąć, choć najgłupszy amatorzyna zauważy spaliny. Ale cóż, gestapo nie musiało się szczególnie przejmować rzemiosłem i zawodowstwem. Podstawą ich działalności był terror i brutalna siła. Ciosy młotem.