Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #1
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-837-X
- Переводчик: Jacek Kozerski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]». Краткое содержание книги:
— Hmm. — Nepos podrapał się w wygoloną czaszkę. — A to kłopot… masz może jakąś propozycję?
Marek zastanowił się przez chwilę, a potem powiedział: — Mamy zwyczaj, wstępując na służbę do legionu, że jeden człowiek składa śluby, a wszyscy pozostali przysięgają postępować zgodnie z nimi. Gdybym złożył teraz tę przysięgę znowu, tym razem na moich bogów i na twego, czy to by wystarczyło?
— Nie potrafię wymyślić, o co więcej mógłbym prosić.
— W porządku. — Na rozkaz trybuna trębacze zadęli w swoje instrumenty, by zwrócić uwagę legionistów. Czyste dźwięki trąbek przebiły się przez wrzawę; Rzymianie poderwali głowy, by zobaczyć, co się stało.
Kiedy Marek stwierdził, że wszyscy patrzą na niego, zapytał czy jest ktoś, kto nie chce złożyć przysięgi, o jaką prosi Nepos. Nikt się nie odezwał. — Zatem doskonale — zwrócił się do swoich ludzi. — Na bogów, których zabraliśmy z Rzymu, i na boga, którego spotkaliśmy tutaj, ślubuję być posłusznym wobec Imperatora i spełniać jego rozkazy najlepiej jak potrafię. Czy teraz przysięgniecie to samo, co ja?
— Iuramusl — zawołali w tej samej łacinie, w której przysięgali wstępując do swoich legionów. — Przysięgamy! — Nepos mógł nie rozumieć tego słowa, lecz jego znaczenie nie pozostawiało żadnych wątpliwości. Ukłonił się dziękując Markowi i oddalił się pospiesznie, by odebrać potwierdzenie wierności od innych oddziałów.
Na zewnątrz obozu noc kotłowała się w niewiarygodnej wrzawie. Nie mając na tyle śmiałości, by szturmować wały obronne, Yezda robili wszystko co w ich mocy, żeby wzbudzić przerażenie w ludziach za nimi. Niektórzy podjeżdżali zupełnie blisko, by wywrzaskiwać groźby w łamanym videssańskim, podczas gdy inni zadowalali się nieartykułowanymi okrzykami nienawiści.
Jeszcze gorsze — pomyślał Marek — były wielkie bębny, które huczały wokół wszystkich obozowisk Yezda, jak nieregularne tętno jakiegoś umierającego, obłąkanego boga. Ziemia przenosiła wibracje tak samo jak powietrze i zdawały się one odbijać echem i rozbrzmiewać w ludzkich kościach.
Sen w takich warunkach okazał się przedsięwzięciem z góry skazanym na klęskę, nawet dla flegmatycznego Skaurusa. Z takim zapałem powitał posłańca oznajmiającego o wyznaczonej przez Mavrikiosa nocnej naradzie, że mężczyzna odszedł potrząsając w oszołomieniu głową. Marek nie potrzebował żadnych wskazówek, by trafić do namiotu Imperatora. Nie tylko przewyższał wszystkie inne wielkością, lecz również stał na najwyższym wzniesieniu obozu, by zapewnić Mavrikiosowi najlepszy z możliwych widok na otaczający teren.
Jednak dotarcie do niego przypominało przedzieranie się przez tłumy, które zawsze zapełniały rynek Palmas w stolicy Imperium. Po całym obozie krążyli ludzie; niektórzy kroczyli w wyraźnie określonym celu, inni błąkali się tu i tam, wykorzystując sam fakt ruchu do uśmierzenia dręczących ich myśli. Mimo iż dążył w określonym celu, trybun również nie zwracał na otoczenie takiej uwagi, jaką mógłby mu poświęcić. Ostrzeżenie Gajusza Filipusa nadeszło zbyt późno, by ustrzec go przed uderzeniem w plecy jakiegoś Halogąjczyka.
Jasnowłosy olbrzym odwrócił się zirytowany; na prawym oku miał skórzaną opaskę. — Uważaj jak idziesz, niezdaro… — Urwał nagle.
— Skapti! — zawołał Marek. — Nie sądziłem, że jesteś w armii Imperatora. Już dawno powinieneś nas odwiedzić.
— Kiedy widziałem się z tobą ostatni raz, powiedziałem, że znowu się spotkamy. — Dowódca garnizonu Imbros wzruszył ramionami. Mówiąc bardziej do siebie niż do Rzymian, ciągnął: — Człowieczy los to dziwna rzecz — jeśli sam nie wyjdziesz mu na spotkanie, on i tak cię spotka.
Ujął dłoń Skaurusa w swoje, na halogajską modłę, a potem potrząsnął głową, z posępnym rozbawieniem na twarzy. Nie dając Rzymianom czasu na rozwiązanie swej zagadki, odwrócił się i odszedł; wysoki, samotny i dumny. Odprowadzając go wzrokiem, Gajusz Filipus rzekł: — Widywałem już ludzi z takim spojrzeniem. Skazany na śmierć, tak określił go Viridoviks.
— Tak, i zdaje się uważać, że w jakiś sposób jestem częścią jego losu — oby bogowie dowiedli, że się myli. — Coś innego uderzyło Skaurusa. — Od kiedy to ty, właśnie ty, zapożyczasz powiedzenia od Celta?
Na twarzy centuriona pojawił się wyraz, jaki trybun widział przed chwilą, patrząc na Skaptiego, syna Modolfa. — Jednak pasuje, czyż nie?
— Temu nie mogę zaprzeczyć. Chodźmy — zobaczmy, czy czarodzieje Mavrikiosa znaleźli jakiś sposób, by dać nam skrzydła i wydobyć jakoś z tych tarapatów.
Żaden z czarodziei nie uczestniczył w przedbitewnej naradzie, bez względu na to czy mieli, czy nie, jakieś wiadomości o skrzydłach. Mavrikios zabrał ze sobą czarodziei — to prawda — lecz bardziej po to, by udaremniać czary wroga, niż aby wykorzystywać własne jako broń zaczepną; był człowiekiem wierzącym w siłę broni — z urodzenia i z wychowania. Walka, przed którą teraz stanął, może nie będzie odbywała się na warunkach, jakich pragnął, lecz to wcale nie oznaczało, że zamierza się przed nią uchylać.
W rzeczy samej był zaskakująco radosny, czemu dał wyraz, mówiąc do Ortaiasa Sphrantzesa: — Nie sądzę, że jest to sposób, który Kalokyres zalecałby jako odpowiedni na zwabienie wroga do bitwy, lecz nie powinno się to zbyt źle skończyć. O ile się nie mylę, koczownicy będą tak napuszeni po dzisiejszym zwycięstwie, że choć raz spróbują dotrzymać nam pola. A kiedy to zrobią, rozbijemy ich. W walce wręcz nie mają na nas sposobu.
Marek pomyślał, że wszystko wskazuje na to, iż Imperator może mieć rację. Z obrazu Yezda, jaki zdążył sobie wyrobić wynikało, że zwycięstwo mogło uczynić ich lekkomyślnymi. Prawdopodobnie tak bardzo będą pragnęli skończyć z Videssańczykami, że bez trudu dadzą się wciągnąć w pułapkę.
Myśli Imperatora biegły tym samym torem. Odzwierciedliły to rozkazy, jakie wydawał swemu bratu i Sphrantzesowi. — Wy dwaj na skrzydłach odegracie decydującą rolę w tym przedsięwzięciu, ponieważ dysponujecie większością lekkiej kawalerii. Szeroko rozwarte — oba skrzydła stworzą lej, którym Yezda uderzą w środek. Ciężkozbrojni zatrzymają ich uderzenie; gdy tylko zwiążą się walką na całej długości środkowej linii, zewrzecie skrzydła — o tak. — Imperator złączył rozwarte ramiona na wysokości piersi. — Otoczymy ich z trzech stron albo, jeśli Phos da, z czterech, i to powinno zakończyć całą sprawę.
Thorisin słuchał spokojnie wywodu Mavrikiosa, co jakiś czas tylko potakując skinieniem głowy, gdy Imperator dochodził do co istotniejszych konkluzji. — Jest wyjątkowo spokojny, prawda? — mruknął do Skaurusa Gajusz Filipus.
— Dlaczego ma nie być? To dla niego z pewnością żadna nowość. On i Mavrikios omawiali ten plan pewnie od zachodu słońca.
Z kolei Ortaias Sphrantzes słuchał tego wszystkiego po raz pierwszy i jego oczy rozbłysły podnieceniem. — Klasyczny fortel, Wasza Wysokość — wyrzucił z siebie — i pewna pułapka na niezdyscyplinowany barbarzyński motłoch. — Skaurus nie miał nic przeciwko temu, by zgodzić się z pierwszą częścią tego, co powiedział Ortaias, lecz druga część jego wypowiedzi uraziła trybuna, i to dość mocno. Plan Mavrikiosa przypominał mu manewr, jaki Hannibal zastosował pod Kannami, i wówczas tamta pułapka zamknęła się wokół Rzymian.
Imperator ucieszył się z pochwały. — Dziękuję ci, Ortaiasie — rzekł łaskawie. — Liczę, że jutro zagrzejesz swoich ludzi wspaniałą porywającą mową. — Mavrikios musiał czuć się doprawdy bardzo pewny siebie — pomyślał Marek — jeśli miał ochotę traktować tak uprzejmie bratanka swego rywala.